Brazylia, Urugwaj, Hiszpania, NBA. Przez świat z Bartłomiejem Rabijem.

Data:

Bartłomiej Rabij, na co dzień komentator piłkarski, szef redakcji Sportklubu i przede wszystkim znawca brazylijskiego futbolu oraz twórca projektu Radio Brazylia po raz pierwszy udzielił wywiadu, w którym opowiedział nie o piłce nożnej, a dla samego siebie pewnie niespodziewanie o koszykówce, głównie tej związanej z Ameryką Południową. Dla nas regionu nieco egzotycznego, a przecież fakty jasno pokazują, że ten kontynent może poszczycić się łącznie siedemnastoma medalami zdobytymi podczas igrzysk i mistrzostw świata. Za rok w Rio de Janeiro będzie szansa na osiemnasty. Zapraszamy na rozmowę-wędrówkę z Bartłomiejem Rabijem.

Piotr Grabowski: Udzielał Pan ostatnio dużo wywiadów w różnych mediach z uwagi na turniej Copa America, ale nigdzie nie było choćby najmniejszej wzmianki o koszykówce. Na meczach piłkarskich w Brazylii był Pan wielokrotnie, a jak jest z basketem? 

Bartłomiej Rabij: Podczas jednego z pobytów, było to w 2010 roku, faktycznie zdarzyło się raz, że wybrałem się na mecz II ligi brazylijskiej, dokładnie drużyny Botafogo Rio de Janeiro. To był taki efektowny i szybki basket, jakieś wsady i wyglądało to z trybun naprawdę nieźle, ale jakiegoś wielkiego zainteresowania tam nie było. Kilkaset osób na trybunach w starej, obskurnej hali w Brazylii to tyle co nic.

Jest Pan kojarzony z piłką nożną, a jak wygląda sytuacja z dyscypliną, o której będziemy rozmawiać?

Koszykówka to w mojej hierarchii jeden z tych sportów, który od lat oprócz futbolu oglądam w telewizji najczęściej, podobnie jak i lekkoatletykę. Nie znam się oczywiście na niej w takim samym stopniu jak na piłce nożnej, ale jeśli są pokazywane turnieje mistrzowskie, poświęcam wtedy na to swój czas i mogę podchodzić do tego wszystkiego bardziej na luzie, kibicowsko.

Byli lub są nadal jacyś zawodnicy, którzy wyjątkowo zapadli Panu w pamięć?

Numer jeden to bez dwóch zdań Drażen Petrovic. Byłem zachwycony jego stylem gry, tym jak się porusza, na tamte czasy, kiedy NBA dopiero otwierała się na Europę, był kimś wyjątkowym. Do tej pory nie znalazłem sobie żadnego koszykarza, który by mnie tak zachwycił jak Petrovic. Z Polaków bardzo ceniłem Dariusza Zeliga, a ponadto szczególnie zapadł mi w pamięć też Paweł Kosior. Nie widziałem go nigdy na oczy, ale w poniedziałki, gdy kupowałem krakowskie Tempo, bo nigdy nie splamiłem się Przeglądem Sportowym i wyżej ceniłem właśnie Tempo, zawsze tam w jednej z rubryk były wyniki weekendowych spotkań. Wiele razy czytałem, że Kosior dla tego Startu Lublin rzucał 35 albo i 40 punktów. Działał mi facet na wyobraźnię, myślałem: co za strzelba! Za to w NBA najbardziej lubiłem oglądać nie centrów, ale czwórki, mocnych silnych skrzydłowych, pewnie to ze względu na styl Charlesa Barkleya. Na tej pozycji później też bardzo ceniłem Chrisa Webbera.

W NBA jednym z narodów, który „wyprodukował” największą liczbę graczy do tej ligi spoza USA są właśnie Brazylijczycy. Ostatnio zdobywają mistrzostwa, są wybierani w drafcie. Mając na uwadze między innymi Igrzyska olimpijskie w Rio w 2016 roku mocno też na brazylijski rynek wkroczyła NBA, organizując tam mecze przedsezonowe, choćby z udziałem LeBrona Jamesa. Według Pana NBA może skutecznie podbić Brazylię i być popularna jak np. w Chinach?

Brazylia działa na wyobraźnię, bo to wielki rynek, na który składa się 200 milionów ludzi. Tak mi się teraz przypomniała taka jedna sytuacja sprzed kilkunastu dni w trakcie trwania Copa America. Grało u mnie brazylijskie radio i pewien słuchacz brał udział w konkursie. Odpowiedział on poprawnie na pięć pytań piłkarskich, a ostatnie brzmiało: jak nazywa się Brazylijczyk, który zdobył mistrzostwo NBA z Golden State Warriors? Proszę sobie wyobrazić, że słuchacz będący sportowym kibicem, który tak pewnie odpowiadał wcześniej, nie umiał odpowiedzieć na tak proste pytanie, a nawet ja słuchając tego radia z odległej Polski wiedziałem, że chodzi o Leandrinho. Sam fakt dużej liczby graczy w NBA jakoś nie dziwi – jest z tego ogromnego kraju kogo wybierać i jest tam kultura uprawiania sportu, szczególnie dyscyplin drużynowych.

Drugi sezon z rzędu drugi Brazylijczyk z rzędu zdobywa mistrzostwo NBA. Nie robi to tam wrażenia?

Oczywiście pojawiało się o tym dużo informacji, natomiast nie są to wydarzenia, o których będzie się mówić tygodniami. Brazylia to specyficzny kraj, o którym mało się w Polsce mówi, a jeśli już ma to miejsce, to w sposób bardzo uproszczony, głównie o sporcie, a warto wiedzieć, że jest tam spory ucisk fiskalny, karty kredytowe oprocentowane nawet na 100%, mój znajomy ma lepsze warunki, bo „tylko” na 91%, PlayStation jest najdroższe na całym świecie. Przy tym wszystkim państwo organizuje w ciągu dwóch lat mundial i za rok igrzyska olimpijskie. Poza tym osłabła pozycja ESPN, za to mocno do gry wkroczył FOX. ESPN Brasil nastawione na NBA i inne amerykańskie sporty zamknęło już gazetę i ostatnio radio. NBA w Brazylii stawia na trudny grunt, a sportowych bohaterów też tam nigdy nie brakowało.

A co do samej popularności basketu, w Brazylii to sport numer dwa? Trzy?

Nie, jest na pewno niżej. Brazylijczycy interesują się tymi sportami, w których odnoszą sukcesy. Numer jeden zarezerwowany jest bez względu na wszystko oczywiście dla piłki. Na drugiej pozycji długo była Formuła 1, ale w tej chwili, gdy nie ma już takich sukcesów jakie odnosił kiedyś Ayrton Senna, a później nawet Felipe Massa lub Rubens Barrichello, większą furorę robi MMA. Potem jeszcze jest siatkówka i dopiero można mówić o koszykówce. To, że reprezentacja zagra w ćwierćfinale igrzysk lub mistrzostw świata, na ten kraj to zdecydowanie za mało. Nikt nie ogłosi tego w kategoriach jakiegoś sukcesu. By pozycja tej dyscypliny była wyższa, musiałby w końcu nastąpić jakiś przełom w postaci medalu, najlepiej udziału w finale na tych najważniejszych imprezach, a tego już bardzo dawno nie było.

Brazylia na medal na dużej imprezie czeka już 37 lat, ale za rok stanie przed największą szansą od kilku dekad, kiedy zagra na igrzyskach olimpijskich u siebie. 

To pozwoliłoby zaistnieć też koszykówce w szerszej przestrzeni medialnej. Nakreślę jedną sytuację:  popularny sportowy dziennik „Lance” ze swoich 32 stron 24 poświęca piłce brazylijskiej, 6 piłce międzynarodowej, reszta pozostaje na pozostałe dyscypliny. Basket jako sport numer pięć traktowany jest więc tam bardzo zdawkowo. Jeśli chodzi o poszczególny regiony, mocną pozycję ma szczególnie w stolicy – Brasilii, w Rio występuje mocne Flamengo, które jest najpopularniejszym klubem w całym kraju. Ponadto jeśli już mówi się o samej dyscyplinie, bardzo często głos zabiera Oscar Schmidt, który jest cały czas bardzo popularny i zapraszany do programów, oczywiście na tyle, na ile popularna i obecna jest koszykówka. Schmidt ma spory autorytet, to on jest w zasadzie twarzą i najważniejszą postacią budowanej dopiero od kilku lat ligi NBB. Przynajmniej tak wynika z wystąpień w mediach, bo głównie on się na ten temat wypowiada. Ciekawą postacią jest też Ze Boquinha, były koszykarz, a teraz analityk wspomnianego wcześniej ESPN Brasil, który często wypowiada się na tematy związane z NBA.

Brazylia ostatnio przez długi czas była cieniu swojego odwiecznego rywala. W piłce Argentyna w XXI wieku jak na możliwości jakimi dysponuje ten kraj, odnosiła wyniki, które mogły często rozczarowywać. Co innego koszykówka. Argentyńskie „złote pokolenie” to wspaniała historia i passa sukcesów.

W kwestiach argentyńskich nie siedzę tak mocno jak w Brazylii, natomiast oczywiście też docierają do mnie informacje, czytam tamtejszą prasę, śledzę wydarzenia. O ile o reprezentacji się jeszcze rozmawia i pisze, zwłaszcza przy okazji dużych turniejów, tak o lidze argentyńskiej w dzienniku sportowym „Ole” chyba jeszcze nie przeczytałem. Nie wiem nic o lidze argentyńskiej w koszykówce. Argentyna ma ponadto problem, żeby kadra utrzymała się w ścisłym topie, skład jest coraz starszy, a następców, którzy też byliby w stanie walczyć o medale na MŚ lub IO, nie widać. Jako ciekawostkę podam, że koszykówka cieszy się dużą popularnością szczególnie w Urugwaju, gdzie bez problemu można o niej znaleźć sporo informacji. Dziennik „Ovacion Digital” w każdym numerze poświęca jedną stronę o tamtejszych rozgrywkach. To może być zaskakujące, bo trzeba pamiętać, że w Urugwaju w wieku 15-40 lat żyje zaledwie około 250 tysięcy mężczyzn. Ilu więc w całym kraju może mieć dwa metry wzrostu lub więcej?

Jest Pan też zawodowo związany ze Sportklubem, który w ostatnich sezonach tej koszykówki jak na polskie warunki pokazywał stosunkowo dużo. Zapytam tutaj o dwie kwestie związane z ligą ACB, na które z moich obserwacji fani zwracają uwagę. Najpierw pierwsza z nich. Dlaczego w zakończonym niedawno sezonie tak rzadko można było zobaczyć spotkania Rio Natura Monbus Obradoiro z udziałem Adama Waczyńskiego?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. To w Hiszpanii produkowany i stamtąd jest wysyłany sygnał, który otrzymujemy od providera, w tym przypadku pośrednika. Nie mamy sami możliwości doboru spotkań, dostajemy z góry grafik z meczów przeznaczonych do przekazu międzynarodowego i zostajemy z wyborem: albo to pokazujemy albo nie. Co oczywiste, najczęściej ma to miejsce, gdy gra Real lub Barcelona i dlatego mecze tych drużyn z wiadomych względów pojawiają się najczęściej. Chciałbym, żeby tych meczów Adama Waczyńskiego, który zresztą bardzo dobrze radzi sobie w ACB, było jak najwięcej, ale w tym przypadku dostajemy już z góry gotowy produkt, który kładzie nacisk na najmocniejsze i najpopularniejsze kluby.

Druga kwestia to komentarz Wojciecha Michałowicza. Ma swoich zwolenników, ale i przeciwników. Co nie obejrzy się koszykówki europejskiej lub tej z NBA w Polsce, to prawie na pewno będzie komentował Wojciech Michałowicz. 

Na wstępie zaznaczę, że Wojtek Michałowicz nie jest naszym etatowym pracownikiem. Działamy na zasadach impresaryjnych, czyli nikt u nas nie jest zatrudniany na etacie. Wynajmujemy sprawozdawców tylko na mecze i gdy tej koszykówki pojawiło się u nas więcej, gdy wcześniej była pokazywana też liga rosyjska, mecze Eurocup, cały czas ACB, potrzeba było do tego znaleźć ludzi. Bardzo dobrze sprawdzał się układ, gdy na przemian komentowali Wojciech Michałowicz i Piotr Szeleszczuk, niestety jednak z powodu jeszcze innych zajęć i spraw rodzinnych Piotrek, którego fachowość i zorientowanie na europejską koszykówkę bardzo cenię, zrezygnował. Wojtek jest z racji wielu lat komentowania NBA zorientowany głównie na koszykówkę amerykańską i wiem, że zarzuca mu się niektóre „amerykanizmy”. Ja jego komentarz, wiedzę bardzo cenię i jego przeciwników będę musiał zmartwić, ale w następnym sezonie także będzie pojawiał się u nas na antenie, ale nie tylko on. Bardzo dobrze wypadł u nas Waldemar Kijanowski, jest Julian Kowalski, od jakiegoś czasu komentuje też Radosław Spiak, któremu idzie coraz lepiej i będzie można go usłyszeć też w nowych rozgrywkach.

Pokazywaliście też TBLK. Są jakieś ciekawe doświadczenia z polską żeńską ligą?

To w całości była praca przygotowana przez PZKosz., wszystko była ustalane tam, także komentatorzy spotkań. Jedyny wyjątek to Jacek Łączyński, który pracował wcześniej u nas przy ACB. Podobnie jak w przypadku ligi hiszpańskiej, jako Sportklub tylko odbieraliśmy sygnał produkowany wcześniej. Proszę sobie wyobrazić, że obraz z hali w Łodzi, w której jest jedna trybuna i trzy ściany, był tak pokazany, że widz przed telewizorem widział tylko ścianę. Pytając dlaczego tak to wygląda, usłyszałem odpowiedź, że lepiej pokazać ścianę niż pustą trybunę. To jeden z tych przykładów jak niszowa stała się koszykówka w Polsce. Jeśli w takim mieście jak Łódź nie ma ludzi chętnych do przychodzenia na halę, to ja się zastanawiam skąd brać pieniądze na funkcjonowanie takich klubów. Z praw transmisyjnych nie ma pieniędzy, jak ludzie nie przychodzą, to i z biletów też nie, a pensje trzeba z czegoś przecież płacić.

To oczywiście tylko jakiś wycinek, w niektórych miastach jest z tym lepiej. A co do tej niszy, jaką oglądalnością cieszą się koszykarskie Gran Derbi?

Jest to oglądalność na poziomie kilku tysięcy, ale nie jestem w stanie teraz podać dokładnej liczby. Mogę powiedzieć, że mając dobry produkt jakim jest liga ACB, chcieliśmy też nawiązać współpracę z piłkarskimi portalami zajmującymi się Realem Madryt i FC Barceloną, które są w Polsce bardzo popularne. Jak posiadaliśmy prawa do Pucharu Króla w piłce nożnej, chętnych osób do współpracy było kilkadziesiąt, w przypadku koszykówki był problem ze znalezieniem stamtąd kogokolwiek.

A jak Pan uważa, czy jest miejsce na więcej koszykówki w stacjach telewizyjnych, które już są i które być może niebawem się pojawią?

Ten sport ma tak rozbudowaną strukturę poprzez mnogość rozgrywek, że ofert zakupu praw do różnych lig jest dużo. Także istniała opcja, aby od ostatniego sezonu Sportklub pokazywał jedną z lig zachodnich, ale nie było już miejsca antenowego w weekendy, żeby pokazywać te rozgrywki na żywo. Z drugiej strony jest Euroliga, która powinna być łakomym kąskiem, a staje się kulą u nogi i w Polsce już nie pierwszy rok był problem ze sprzedażą do niej praw, których koszt jest mniej więcej wart 1% wysokości ceny Ligi Mistrzów. Według mnie w nowym rozdaniu może być nawet problem z zakupem NBA, bo to są naprawdę ogromne pieniądze, a zyski finansowe dla nadawcy z reklam są znikome. Nie zdziwię się, jeśli cena za prawa do NBA będzie podobna lub większa, to NBA możemy w Polsce przez jakiś w telewizji nie oglądać. Z drugiej strony to ekskluzywny produkt pasujący do koncepcji premium jaką ma nc+ i głównie dlatego będzie chciała zatrzymać te prawa.

A jak wypadają koszty pokazywania ACB w porównaniu do piłkarskiej La Ligi?

To jest jeszcze mniejszy odsetek niż przy porównaniu Ligi Mistrzów i Euroligi. Oceniam, że pokazywanie ACB kosztuje jakieś 0,5% tego co La Liga.

Jako osoba spoglądająca z zewnątrz na polską koszykówkę, jakie widzi Pan dla niej miejsce, szanse na zmiany? Kiedy stacje telewizyjne znów realnie mogłyby walczyć o prawa do jej pokazywania, a nie dostawać za bezcen? Lada moment mamy EuroBasket i nadal nie wiadomo, kto pokaże ten turniej.

Pochodzę z Zabrza, gdzie w piłce ręcznej występuje Pogoń. Pamiętam jak kiedyś może na meczach było 200-300 osób, mało się kto tym interesował, a teraz jest zupełnie odwrotnie. Wszystko napędziły sukcesy reprezentacji, nagle liga też oparta na dwóch zespołach mogła zaistnieć w telewizji, nakręciła się cała koniunktura. Koszykówka będąca dużo chętniej i masowo uprawiana, będąca sportem bardziej przystępnym ma słabą ligę, bez sukcesów w Europie, bez gry na mistrzostwach świata. Nie ma o czym dyskutować. Nawet jakby tak wymieniać znanych koszykarzy w Europie, to mamy Marcina Gortata w NBA, Macieja Lampego, który funkcjonuje już sporo w Europie, ale też w Barcelonie różnie mu się wiedzie, jest teraz Adam Waczyński, kilku jeszcze zawodników, ale to jest bardzo mało. Nawet przeciętna polska piłka ma takiego Roberta Lewandowskiego, Wojciecha Szczęsnego – ludzi, którzy funkcjonują w wielkich klubach. Polska liga nie ma też tego szczęścia co piłkarska ekstraklasa, która też jest słabą ligą, ale znalazł się ktoś z kasą jak Canal +, który w to zainwestował, ładnie opakował i może pudrować niedociągnięcia. Zmianę na wyjście z tego kryzysu i niszy jaką stała się koszykówka w Polsce widzę tylko poprzez sukces reprezentacji.

Petrovic, Webber, Zelig. Zawodnicy, o których Pan wspominał, z każdym rokiem są już postaciami z coraz bardziej odległej przeszłości. Czy to oznacza, że wyżej Pan cenił koszykówkę sprzed dwudziestu lat niż tą obecną?

To były znakomite czasy, także dla NBA, gdzie na status gwiazdy trzeba było mocno zasłużyć. Dziś mam takie wrażenie, że grono zawodników nazywanych gwiazdami strasznie się rozrosło, a myślę, że takimi świetnymi zawodnikami część z nich nie jest, ale to pewnie robota speców od marketingu, którzy starają się ich umiejętnie kreować. Kiedyś wydawało mi się wszystko bardziej uporządkowane. Pamiętam jak oglądałem Portland Trail Blazers, gdy grali na parkiecie Clyde Drexler, Terry Porter, Cliff Robinson, Buck Williams, Kevin Duckworth – występowali niezmiennie w jednym składzie kilka lat i piłka krążyła między jednym a drugim jak po sznurku.

Planuje się Pan wybrać do Rio na igrzyska za rok i być może będzie okazja zobaczyć tam Brazylijczyków walczących w strefie medalowej lub polskich koszykarzy, którzy ciągle mają jeszcze szanse na wyjazd. 

To wtedy byłaby kapitalna sprawa. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, zamierzam odwiedzić właśnie między innymi mecze turnieju koszykówki i oby Amerykanie przysłali do Brazylii naprawdę najmocniejszy skład. W czasie mundialu trzeba było latać wiele kilometrów od jednego miasta do drugiego, a wokół samego Rio de Janeiro i tak będzie można łatwiej się przemieszczać niż po kraju tylko niewiele mniejszym niż cała Europa.

Rozmawiał Piotr Grabowski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze

4 komentarze