Cierpienie wynagrodzone mistrzostwem

Data:

Jego kariera teoretycznie miała się zakończyć w 2007, po zaledwie dwóch latach gry na parkietach NBA. Shaun Livingston reprezentując Los Angeles Clippers, w jednym z meczów sezonu regularnego doznał straszliwie wyglądającej kontuzji kolana. Konieczna była szybka interwencja lekarza, by uratować mu nogę. Sądzono wówczas, że to koniec przygody Livingstona z profesjonalną koszykówką. Nikt nie przypuszczał, że można podnieść się pod tak dramatycznym urazie.

W tym wyścigu do kosza pomiędzy nim i obręczą był już tylko Raymond Felton. Obrońca Charlotte Bobcats przebiegł obok atakującego Livingstona, który zwolnił krok, aby wyjść w powietrze. Postawił najpierw lewą, potem prawą nogę i wyskoczył do obręczy. W powietrzu jednak stracił balans i na lewe kolano spadł cały ciężar jego ciała. Te wygięło się do środka i zatrzymało przepływ krwi. Krzyk zawodnika przeszył całą halę.

Będziesz potrzebował testu krwi – mówiono mu już w szpitalu. – Z tyłu twojej nogi jest tętnica. Jeśli ją zniszczyłeś, to może się skończyć gangreną. To będzie oznaczało konieczność amputacji twojej nogi.

Uszkodził trzy więzadła, rozwalił łąkotkę oraz dwa ścięgna. Prawdziwym szczęściem w nieszczęściu były nienaruszone nerwy.  Jedyna nadzieja na powrót do pełnej sprawności. Uszkodzenie nerwu w przypadku sportowca określa się mianem „pocałunku śmierci”. Gra w koszykówkę? Może w niedzielę z kolegami z pracy.

Shaun był wyraźnie wstrząśnięty, ale nie pozwalał nikomu o sobie zapomnieć. Poświęcił się powrotowi do pełni sił i niezwykle bolesnej oraz wymagającej ogromnych poświęceń rehabilitacji. Media jego zmartwychwstanie dokumentowały bardzo pobieżnie. Brak wiary w choćby najmniejszą szansę na powrót spowodował, że cały potencjał Livingstona przestał go w jakikolwiek sposób określać. To miała być jego sportowa śmierć.

Na domiar złego nikt nie potrafił powiedzieć jak może przebiegać jego rehabilitacja. Żaden koszykarz nie uszkodził wcześniej kolana do tego stopnia. Takie prognozy dla 21-latka, który był już pierwszym rozgrywającym zespołu NBA, brzmiały niczym wyrok. Po latach Shaun przyznał, że leżąc w szpitalnym łóżku zastanawiał się nad swoim nowym życiem, nad alternatywami, z których mógłby skorzystać.

Jego koledzy z drużyny określali go mianem koszykarskiego geniusza. Livingston dostrzegał na parkiecie rzeczy, zanim te się wydarzyły. Jako młody adept otrzymał wiele dobrych rekomendacji i miał przed sobą naprawdę ciekawą karierę. Nietypowy, bo wysoki rozgrywający z dużym IQ i świetnym przeglądem pola. Posiadał wiele cech, które w określonych warunkach stanowiły przewagę. Zdarzył się niestety 26 lutego 2007.

Lekarze powtarzali mu, że kolano po kontuzji wygląda tak, jakby po prostu eksplodowało. Mimo wszystko udało się je chirurgicznie poskładać. Okazało się jednak, że gracz miał dopiero poznać smak prawdziwego bólu.

W trakcie rehabilitacji skupiano się na dwóch elementach – zakresie ruchu kolana oraz wzmacnianiu jego struktury. Proces był niewyobrażalnie bolesny. Terapeuci dwa razy dziennie wyginali kolano Livingstona do granic możliwości, aby te nie zesztywniało. Shaun zaciskał zęby i łapał się za głowę. W opinii niektórych świadków tej męki, Livingston wiele razy był bliski utraty przytomności.

Aby myśleć o powrocie do gry, lekarze najpierw musieli odbudować mięśnie zawodnika, aby kolano było w stanie utrzymać wszystkie swoje części w jednym miejscu. To było jak podrzucanie porcelaną. Równie krucha była wówczas głowa gracza. Otrzymywał bardzo silne leki przeciwbólowe. Poza tym cała sytuacja była dla niego tak przytłaczającą, że poważnie martwiono się o jego zdrowie psychiczne. Psycholodzy nie wykluczali myśli samobójczych, znali to z autopsji.

Livingston skupił się na drobnych kroczkach. Po pięciu tygodniach od rozpoczęcia rehabilitacji odrzucił kulę na bok i ostrożnie zaczął chodzić o własnych siłach. Dwa miesiące później przerzucił się na rower, a kolejnym etapem była bieżnia. Walka przeciągnęła się do szesnastu miesięcy. Shaun opuścił rozgrywki 2007/2008, ale w końcu był gotów powrócić do pracy. Na treningach z Clippers mierzył się w pojedynkach jeden na jeden z pierwszoroczniakiem Alem Thorntonem. Pozostawał jednak bezradny.

Mówił wówczas, że czuje jakby miał drewnianą nogę. Nie potrafił jej zaufać i to wyraźnie go ograniczało. To był moment, w którym wszystko mogło się dla Livingstona skończyć na dobre. Tak naprawdę dopiero pierwszy test dla siły jego koszykarskiego ducha. Miał do podjęcia decyzję, która sprowadzała się do walki o marzenia lub walki o zupełnie nowe życie. Jeden wybór gwarantował koszykówkę, drugi nie.

Wtedy myślałem tylko – Człowieku, znowu tu jestem, znowu mogę być na parkiecie.

Jako pierwszy dał mu szansę Pat Riley. Gracz dołączył do Miami Heat na sezon 2008/2009. Już w styczniu przenosił się do Oklahomy. Thunder nie mieli zamiaru wrzucać go na głęboką wodę bez odpowiedniego przygotowania. Livingston spędził trochę czasu w D-League, gdzie nauczył się lepiej kontrolować swoje ciało i zaczynał ufać odzyskującemu życie kolanu. Dał się wtenczas poznać jako bardzo dobry gracz defensywny. Jednak po każdym kolejnym meczu kolana puchło i koniecznie było odprowadzanie z niego wody.

Generalny menadżer Oklahomy City Thunder – Sam Presti, był pod wrażeniem ogromnej determinacji Livingstona. Z drugiej strony wiedział, że nie ma sensu dłużej przetrzymywać go w rotacji. Zawodnik był poza rytmem gry, jego ciało nie odpowiadało na potrzeby drużyny. Na trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia został zwolniony z kontraktu. Po latach Shaun stwierdził, że to był moment, w którym miał wszystkiego dość. Przestał traktować się poważnie, bo nie mógł uczynić drużyny lepszą dzięki obecności na parkiecie.

Potem Gilbert Arenas i Javaris Crittenton zaczęli grozić sobie bronią w szatni Washington Wizards. Obaj zostali zawieszeni. Powstałe miejsce w rotacji pozwoliło drużynie sprowadzić Livingstona, który wówczas szukał możliwości kontynuowania gry w Europie. Trenerem Czarodziei był Flip Saunders. Od początku pracy Shauna w DC, head-coach wiedział, że zawodnik ma spore ograniczenia. Postanowił zatem obowiązki rozgrywającego przesunąć na Randy’ego Foye’a, a Livingston otrzymywał piłkę dopiero po przebiegnięciu przez połowę.

Ten system zdawał się przynosić oczekiwane korzyści. Livingston znów mógł kreować dla swoich kolegów pozycje, zapewniać im najlepszą możliwość do rzutu. W 26 meczach notował średnio 9,2 punktu, 4,4 asysty i 2,2 zbiórki.  Po rozgrywkach 2009/2010 zawodnik kontynuował ligową tułaczkę. W końcu przed sezonem 2013/2014 podpisał kontrakt z Brooklyn Nets, stając się jednym z najlepszych rezerwowych jedynek w lidze. Jason Kidd ufał mu bardziej niż Deronowi Williamsowi.

Rok później upomniał się o niego Bob Myers (GM Warriors) i Steve Kerr. W Oakland spostrzegli, że wachlarz możliwości Livingstona zapewni rotacji GSW dużo ciekawych wariacji. Rozgrywający pomógł drużynie kontrolować tempo gry, gdy na parkiecie nie było Stephena Curry’ego. Osiem lat po doznaniu najgorszej kontuzji w historii koszykówki, Shaun siedział przed grupą dziennikarzy z twarzą oblaną szampanem i czapką wyrażającą więcej niż cokolwiek mógł im powiedzieć – Champion.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Michał Kajzerek
Współpracownik

Komentarze

Jedna odpowiedź