Czasem ktoś nazwie mnie Józkiem

Data:

Był początek jesieni 2000 roku. Mały 7-letni Kacper pojechał z rodziną na weekend do Karpacza. Po małej przechadzce i nieudanej próbie wejścia na Śnieżkę udają się do małej knajpki na obiad. Wchodzą do lokalu. Nagle młody wypatruje znaną mu doskonale twarz: Tato, tato! To Joe McNaull! Mogę mieć z nim zdjęcie!? Zdjęcie zrobione, wielka chwila. Potem przepadło gdzieś podczas jednej z przeprowadzek.

Byłeś wtedy wielką gwiazdą. Nie brakuje Ci tej popularności?

Joseph McNaull: Nie za bardzo. Fajnie jest być popularnym, kiedy przeżywasz najlepsze lata swojej kariery, ale po jej zakończenie już tego nie potrzebuję. Teraz już nie piszą w gazetach, kiedy zachoruję i to daje pewien komfort. Przestałem być zaczepiany na ulicy i mogę żyć na luzie. A Ty powiedz lepiej, czy wtedy w Karpaczu byłem dla Ciebie miły?

Pamiętam, że wyglądałeś na nieco znudzonego.

Przepraszam! Miałeś zaledwie siedem lat, więc mam nadzieję, że i tak pewnie wszystkiego nie pamiętasz!

Amerykanin po niezłej uczelni Long Beach w Kalifornii przyjeżdża w połowie lat 90-tych do Polski, która chwilę wcześniej pożegnała komunizm. Życie potrafi zaskakiwać.

Potrafi. Miałem wówczas oferty także ze Szwajcarii, gdzie wiódłbym sobie spokojne życie, ale mógłbym już wtedy zapomnieć o poważnej karierze. Z agentem ustaliliśmy, że tam mogę zagrać przed samym przejściem na sportową emeryturę. Wybrałem więc Polskę, gdzie było wtedy strasznie tanio, a poziom koszykówki był dość wysoki. Padło na Stargard Szczeciński.

Pierwsze dni po przyjeździe do najłatwiejszych na pewno nie należały.

Przyleciałem do Warszawy i stamtąd musiałem jechać do Katowic, bo dzień później miałem już zagrać w meczu w Rudzie Śląskiej. Oczywiście nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Wszystko było inne. Dość śmieszna była też reakcja moich kolegów z drużyny, kiedy się poznaliśmy: Biały Amerykanin?! Po co nam ten gość?! – nie ukrywali swojego zdziwienia. Jednak już po pierwszym wspólnym treningu powiedzieli mi, że jestem najlepszym białym gościem z USA, jakiego widzieli. Wiedziałem już, że przełamaliśmy pierwsze lody.

Kiedykolwiek żałowałeś decyzji o przyjeździe do Polski?

Nie, spędziłem tam świetny czas. Rozwinąłem się koszykarsko. Mogłem grać w najlepszych klubach w kraju i mierzyć się z europejskimi potęgami. Świetny czas. Jedyną rzeczą, której żałuję jest to, że nie miałem wtedy parcia na jakieś zmiany, by spróbować swoich sił w jeszcze lepszych ligach.

Byłeś świadkiem tego, jak szybko zmienił się nasz kraj. Kiedy tu przyjechałeś było szaro i buro, ale z biegiem czasu Polska stawała na nogi.

Zgadza się. Na początku mojego pobytu cieszyłem się zawsze z wyjazdu do Warszawy, by móc zjeść śniadanie w Mariocie. Tam czułem się jak w niebie. Największa zmiana zaszła jednak nie w samym otoczeniu, a w ludziach. Młode pokolenie nie ma kompleksów i nie boi się podejmować trudnych wyzwań. Jest też wolne od wszelkich socjalistycznych naleciałości. Spora część starszej generacji myśli, że wszyscy niezależnie od wysiłku mają dostać po równo. Pewnie trochę tęsknią za starym ustrojem. O polskich złodziejach mówiła kiedyś cała Europa. To rola młodego pokolenia, by to zmienić. Sądzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Często mówi się o tzw. „polskiej mentalności”, czyli wieczne użalanie się nad sobą i narzekanie, zamiast konkretnych działań. Jak to postrzegasz?

Coś w tym jest. Zawsze słyszy się w Polsce narzekania na pogodę. A to za gorąco i nie pada, a to pada i czemu tak chłodno. Ciągłe narzekania na pogodę! Nawet częściej niż na drogi, bo z nimi jest coraz mniejszy problem.

Skoro Polska idzie do przodu, to czemu zdecydowałeś się jednak zostać w Szwecji?

Stary, nie będę Cię oszukiwał. Życie w Szwecji jest po prostu wspaniałe. Trochę tu zimno, ale jest świetnie! Nie tęsknię już nawet za Stanami. Mam tu rodzinę, dom. Tu jest wszystko, czego mi trzeba. Ale to nie jest tak, że nie będę odwiedzał Polski.

Jeszcze kilka lat temu organizowałeś w Polsce campy „Dla wysokich”, ale już nie kontynuujesz tej inicjatywy.

Cieszę się, że udało mi się zorganizować kilka spotkań z młodymi chłopakami, którzy chcieli się czegoś ode mnie nauczyć. Jestem już na stałe w Szwecji i nie mam jak rozwijać tego pomysłu.

Grałeś w złotych czasach polskiej ligi.

To były naprawdę świetne czasy. Było z kim grać. Wewnątrz ligi była duża konkurencja, a w rozgrywkach międzynarodowych radziliśmy sobie bardzo dobrze. Nie było wielu gwiazd z zagranicy, ale wtedy ich nie potrzebowaliśmy.

Po kilku latach kryzysu są pierwsze oznaki powrotu ligi na dobre tory.

Ważnym czynnikiem było znalezienie strategicznego partnera. To się udało i teraz musi być lepiej. Ligi nie śledzę na bieżąco. Wiem raczej tylko to, co Maciek (Maciej Zieliński, red.) wrzuci na Facebooka, ale nie da się nie dostrzec, że liga rozwija się coraz lepiej. Poprawia się organizacja, wzrasta profesjonalizm.

Brakuje nam jednak polskich zawodników prezentujących poziom odpowiedni dla ekstraklasy.

Bo największym problemem obiecujących polskich zawodników jest to, że grają właśnie w Polsce. Nie docenia się tu ich umiejętności i rzadko na nich stawia. Tak jak niektórzy artyści wyjeżdżają w świat, by zostać tam w końcu docenionym. To samo dotyczy koszykarzy. W Polsce często wychodzi się z założenia, że za dobry polski zawodnik może być zmiennikiem jakiegoś Amerykanina, który pogra tu zaledwie jeden sezon. Pamiętam jak przed meczem Kolonii, w której grał Marcin Gortat, przeciwko Prokomowi Trefl Sopot w Eurolidze, zapytano Polaka czemu nie chciał grać w Sopocie. Ten odpowiedział, że w Kolonii może być w wyjściowym składzie, a w ekipie mistrza Polski takiej szansy by nie dostał.

Może naszym graczom brakuje czasem pewności siebie, czy odwagi do podjęcia decyzji o wyjeździe?

Bo to nie jest łatwe! Jeśli masz w Polsce rodzinę i całe życie tam mieszkałeś, to nie da się tak nagle podjąć decyzji o wyjeździe. Wyjechałbyś tak gdzieś na rok w zupełnie nieznane Ci miejsce, gdzie w dodatku mówią w innym w języku?

Studiowałem dwa lata w Niemczech.

Ale nie powiesz mi, że często nie myślałeś o tym, jak fajnie byłoby jednak wrócić do domu?

Pewnie, że czasem przychodzą takie myśli!

No właśnie. I to jest ten problem. Zawsze masz jakieś wspomnienia, przyzwyczajenia z danego środowiska, gdzie się wychowałeś. O tym nie da się zapomnieć i wyrzucić z głowy.

Wspomniałeś wcześniej o Macieju Zielińskim. To jeden z trzech kandydatów do objęcia stanowiska prezesa PZKosz w poniedziałkowych wyborach.

Serio? Maciej nadaje się do tego jak mało kto. Widział wszystkie etapy rozwoju ligi. Odniósł wielki sukces ze Śląskiem, wyprowadzając go z niebytu. Wykonał świetną pracę i nie mam wątpliwości co do jego umiejętności. Mam nadzieję, że będzie w stanie z powodzeniem zarządzać tak dużą organizacją.

Ktoś jeszcze czasem nazwie Cię „Józkiem”?

Kiedy rozmawiam z moimi starymi znajomymi, to często zwracają się do mnie, używając właśnie tej ksywki.

Byłeś „Józkiem”, Amerykaninem, którego polscy kibice traktowali jak swojego. Potem doszło do tego przyznanie obywatelstwa. Aktualnie o polski paszport stara się A.J. Slaughter z Panathinaikosu Ateny. Powinien grać w kadrze kraju, z którym absolutnie nic go nie łączy?

Najpierw niech w ogóle zostanie przyznany mu paszport. Staranie się o przymanie obywatelstwa to trudny proces. Musiałem rozmawiać bezpośrednio z samym prezydentem Kwaśniewskim, by go do siebie przekonać. Byłem drugim sportowcem po Emmanuelu Olisadebe, który dostał polskie obywatelstwo. Nie widzę  jednak jakichś wielkich kontrowersji w tym, że Slaughter miałby grać dla tej kadry. Jeśli miałoby to Polsce pomóc, to co stoi na przeszkodzie?

Mam wątpliwości. Z naszym krajem nic go nie łączy. A reprezentacja to coś więcej, to drużyna całej Polski.

Tak, ale on może tej kadrze ułatwić walkę o najwyższe cele, a o to przecież chodzi. Szczerze mówiąc, nie widzę problemu. Poza tym Slaughter, podobnie jak Olisadebe w piłce nożnej, reprezentuje teraz barwy Panathinaikosu. A więc jest tu jakiś związek. Może to jakiś znak?

Są takie mecze, do których często wracasz pamięcią?

Wracam czasem do siódmego meczu finału, jaki Śląsk rozegrał z Anwilem Włocławek w 1999 roku. To była gra o wielki prestiż, a Adam Wójcik doznał urazu nogi, co znacznie komplikowało nam sprawę. Pamiętam, że atmosfera była wspaniała, a mi udało się rozegrać bardzo dobre spotkanie. Pamiętam też dwa sezony kiedy świetnie radziliśmy sobie w Pucharze Saporty w rozgrywkach 1997/1998 (wtedy pod szyldem EuroPucharu, red.), a później w sezonie 1999/2000. W obu przypadkach doszliśmy do ćwierćfinału. Za pierwszym razem odpadliśmy z Panathinaikosem po świetnej przygodzie, a za drugim z KK Zadar, które wtedy miało w swoim składzie niesamowitego Arijana Komazeca.

Nie ciągnie Cię na parkiet? Może zagrałbyś jeszcze kilka spotkań?

Że ja miałbym jeszcze zagrać?! Nie wytrzymałbym pewnie nawet kilku minut na parkiecie. Od dwóch lat prawie nie dotykam piłki i nie czuję się z tym źle. Rozwijam też mój nowy projekt bazy danych koszykarzy i koszykarek z całego świata połączony z aplikacją mobilną i to mnie teraz trochę pochłania. Mam czas dla rodziny. Nagle w moim życiu pojawił się czas wolny i bardzo to polubiłem.

Rozmawiał: Kacper Pupin

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kacper Pupin
Redaktor

Gdyby nie kontuzja kolana walczyłby o swoje pierwsze punkty w rankingu ATP. Ostatnie dwa lata spędził w niemieckim Reutlingen, gdzie studiował International Managment. Miał okazję poznać koszykarską Bundesligę od podszewki. Na twitterze nieco się wymądrza, prywatnie jednak to wspaniały rozmówca i dusza człowiek. Fan małolatów z The Dumplings, tropiciel błędów w obronie zespołowej Christiana Eyengi.

Komentarze