Czy międzynarodowa koszykówka ma nowego gracza?

Data:

Od kilku lat przyglądam się z bliska temu, co dzieje się z koszykówką w Chinach. Tamtejsza liga – Chinese Basketball Association (CBA) jest zafascynowana produktem, jakim dysponują w USA i choć różnica poziomów na jakim operują oba organizmy nadal jest ogromna, to zachowania ludzi decydujących o rozwoju profesjonalnego basketu w Państwie Środka jasno wskazują na chęć reprodukcji tego, co tak dobrze sprzedaje się w imperialistycznej Ameryce. Mają w tym spore doświadczenie.

To nadal młoda liga, bowiem powstała w 1995 roku. Ze względu na ustrój polityczny i duży stopień kontroli, utworzenie profesjonalnej ligi sportowej było dużym wyzwaniem dla osób, które zdecydowały się wziąć za to przedsięwzięcie odpowiedzialność. Nie da się ukryć, że przez długi czas motorem napędowym CBA był Yao Ming, jako ambasador chińskiej koszykówki na świecie. Przyczynił się bezpośrednio do wzrostu popularności koszykówki w Chinach, co przełożyło się na zainteresowanie NBA, a po kilku latach przyniosło młode sprawne pokolenie koszykarzy.

Zabrakło co prawda perełek na miarę samego Minga, ale rozwój koszykarskiej myśli w Chinach nastąpił tak gwałtownie, że CBA nabrało wartości jako produkt stricte sportowy. To przyniosło także skupienie większej uwagi na reprezentacji. Jednak mimo znacznie lepszego poziomu gry reprezentantów Chin, sukcesy w rozgrywkach międzynarodowych pozostawały tylko niespełnioną ambicją. To sprawiło, że CBA stawała się dla kraju bardziej reprezentatywna niż sama drużyna narodowa.

Na kondycję CBA duży wpływ miał również rozwój chińskiej gospodarki, obecnie pierwszej na świecie. Pieniądze wpompowane w ligę zaczynały przynosić efekty w postaci coraz to ciekawszych nazwisk, głównie niespełnionych gwiazd amerykańskiej koszykówki. Z roku na rok właściciele drużyn coraz bardziej otwierali się na monstrualne kontrakty dla graczy, których NBA przestawała tolerować lub spychała na boczny tor. To była okazja dla bankrutów nie potrafiących odpowiednio zadbać o swoje finanse.

Fascynacja wypalonymi amerykańskimi gwiazdami spowodowała, że przez duże grono osób chińska liga nadal nie jest traktowana poważnie, m.in. na Starym Kontynencie. Odnoszę wrażenie, że gracze wychowani na tradycyjnych europejskich zasadach, mimo ogromnych pieniędzy związanych z grą w ChRL, nie mają ochoty grać w tak bardzo egzotycznym i do pewnego stopnia niebezpiecznym środowisku. Czy to się zmieni? Nic na to nie wskazuje, przynajmniej nie dopóki CBA nie zacznie produkować własnych gwiazd, które będą błyszczeć na międzynarodowych arenach. Ten element znacznie wzmocniłby pozycję CBA na koszykarskiej mapie.

Natomiast Stany Zjednoczone doją tę chińską krowę, bo widzą, jak duży wpływ na  kondycję finansową NBA ma ogromne zainteresowanie ligą w Azji. W tym wypadku Stephon Marbury – ikona i niemalże legenda chińskiej koszykówki – w jednej osobie stanowi przykład kultu, jakim tamtejsi fani otoczyli dobra zaimportowane zza oceanu. To ciągle nie czyni CBA prawdziwym graczem w międzynarodowych rozgrywkach. Zarządy zespołów i władze Chinese Basketball Association (czyli rząd) bez wątpienia chciałyby stworzyć unikatowy produkt, ale zamiast promować nazwiska rodzimych graczy czy skupiać uwagę na rozwoju programów dla dzieci i młodzieży, całe zainteresowanie obraca się wokół tego jak wielki pomnik tym razem postawiono Marburowi. Dlatego dla grona koszykarskich elit, CBA jest karykaturą.

Liu Zhengning – dziennikarz chińskiego Peoples Daily, już w 2010 pisał o tym, że CBA stała się podwórkiem NBA. Ten trend nie ulegnie zmianie, z uwagi na dobry interes dla obu stron. Przełom nastąpi, gdy do Azji zaczną uciekać zawodnicy z Europy lub Ameryki Południowej. Jeśli faktycznie doszłoby do takiej sytuacji, CBA podbiłaby swoją autorytatywność, z kolei to mogłoby wpłynąć na zmianę jej odbioru wśród graczy oraz trenerów ceniących przede wszystkim prestiż, niekoniecznie szukający kontraktów w miejscu, które na pierwszy rzut oka może wydawać się odrealnione.

Nadal trudno traktować poważnie ten cały chaotycznie zbudowany chiński cyrk. Mimo wszystko nie możemy lekceważyć potencjału rozwojowego CBA. Dysponują ogromnymi pieniędzmi, a one zawsze stanowią przewagę. Poza tym Chiny jako kraj nieśmiało starają się poprawić swój wizerunek. Nie wchodzę w polemikę dotyczącą skuteczności tych działań, lecz zwracam uwagę na same zamiary, które kilkadziesiąt lat temu były nie do pomyślenia. Sport, szczególnie koszykówka – dostały dzięki temu ogromnego kopa.

Dla przyszłości chińskiej ligi koszykówki kluczowa będzie jej tożsamość. CBA koniecznie musi czymś zaimponować, wyrobić pewną markę świadczącą o jej profesjonalizmie. Terry Rhoads, kiedyś marketingowiec Nike, obecnie szef agencji marketingowej ZOU, twierdzi, że pierwszym poważnym krokiem będzie uwolnienie CBA od powiązań z chińskim rządem i sprywatyzowanie organizacji. Rhoads w 2004 uczestniczył w projekcie North Star, który miał na celu rozpoznanie wszystkich niedoskonałości w funkcjonowaniu CBA i obrócenie strategii ligi w kierunku większych zysków.

 – Ta liga potrzebuje lepszej przejrzystość w kontekście płac i co za tym idzie powinna lepiej kontrolować swoje wydatki – mówi.

Nie jestem pewny kiedy do tego dojdzie, ale kiedyś na pewno – dodał.

Zwracam na ten wątek uwagę, ponieważ wydaje mi się, że prędzej czy później logika postępowania zastąpi fantazję i to uczyni z CBA ligę opartą na konkretnej filozofii. Potencjalnych scenariuszy jest tak wiele, że trudno na tym etapie bawić się w prognozowanie, tym bardziej, że sytuacja jest bardzo skomplikowana i wymaga sprawnego podejmowania najlepiej trafnych decyzji.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Michał Kajzerek
Współpracownik

Komentarze