Do widzenia Maratońsko!

Data:

W ubiegły czwartek wybrałem się ze znajomymi do Lubina. Turów podejmował słynny Panathinaikos Ateny. Sprzedało się „na oko” nieco więcej niż połowa hali. Siedziałem w jednym z pierwszych rzędów i długo nie potrafiłem „wejść w mecz”. Czegoś mi brakowało. Na trybunach sporo znajomych twarzy ze Zgorzelca, które widywałem podczas ostatnich lat. Atmosfera, mimo chóralnych śpiewów klubu kibica, licha. Doping ulatywał gdzieś pod sufit sali i rozmywał się gdzieś w przestrzeni.

Hala ożywiała się mocniej tylko dzięki podbniebnym lotom Chrisa Wrighta i Tony’ego Taylora. To był ostatni mecz zgorzelczan w Lubinie. Przenoszą się do nowej hali. Zostawiają obiekt przy ul. Maratońskiej na dobre. Z jednej strony się cieszę, z drugiej…

IMG_5042-1024x682

Projektant raniony szablą

Halę, w której Turów występował przez 28 lat, zaprojektował architekt Wojciech Zabłocki – szermierz, uczestnik olimpiad w Helsinkach (’52), Melbourne (’56), Rzymie (’60), Tokio (’64). Z trzech ostatnich przywoził dwa srebra i brązowy krążek. Aż dziewięciokrotnie reprezentował Polskę na mistrzostwach światach, z których w drużynie przywoził kolejne medale. Mało brakowało, ze jego kariera skończyłaby się w wieku 16 lat.

Kiedy rozpocząłem treningi szermiercze w Międzyszkolnym Klubie Sportowym w Katowicach w roku 1946, dostaliśmy w większości szable poniemieckie, które miały często ułamany koniec głowni. Ostre zakończenie trzeba było zagiąć nad ogniem, żeby nie skaleczyło. Raz Jurek Twardokens wbił mi taki nie najlepiej zagięty koniec szabli w rękę, bo szermierczych rękawic też nie mieliśmy i wkładało się normalne rękawiczki, które były za krótkie i nie chroniły dobrze ręki. Rana nie była głęboka, ale ramię nazajutrz spuchło i dostałem zakażenia krwi.

– Jak dojdzie do serca, umrę – chwaliłem się kolegom.

Nie doszło do serca, ale przez cały miesiąc musiałem nosić rękę na temblaku. Nie mogłem trenować, pisać, w szkole kolega notował mi lekcje przez kalkę. Mama postanowiła kategorycznie zabronić mi uprawiania tak niebezpiecznego sportu, ale jakoś udało mi się ją przekonać – pisze w książce „Walczę, więc jestem”.

Zabłocki nie chciał być „tylko szermierzem”. W 1954 r. ukończył architekturę na krakowskiej AGH. Dwa lata wcześniej, po nieudanej dla naszych szermierzy olimpiadzie w Helsinkach, dostał pierwsze zlecenie. Miał zaprojektować Treningowy Ośrodek Olimpijski przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Do współpracy dostał znakomitego konstruktora Stanisława Kusia. Stworzyli kompleks budynków, który był wyraźnie pod prąd socrealistycznym standardom.

IMG_3921-1024x682

Zabłocki to rozwiązanie uważa za idealne, by zachować w obiekcie znakomitą akustykę.

Chciałem zachować efekt latających dywanów pomiędzy drzewami – tłumaczył to rozwiązanie architekt serwisowi powojennymodernizm.com.

Później projektował m.in. kompleks sportowy w Koninie czy stadion w syryjskim Aleppo. Przy ostatnim projekcie ponownie spotkał się z Kusiem. Budowa rozpoczęła się w latach 80-tych. Plan zakładał budowę trzypoziomowych trybun i drugiego co do wielkości dachu na świecie. Budowa trwała latami, w latach 90-tych na jej placu można było spotkać… kozy. Ukończono ją dopiero w 2007 r. Zabłocki odpowiadał także za oryginalny projekt stadionu w innym syryjskim mieście – Lataki. Jego ostatnią realizacją jest tor kolarski w Pruszkowie z charakterystyczną kopułą dachu, która ma przypominać według autora hełm polskiego huzara.  Jest także autorem słynnego pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach.

Zabawy w chowanego

Krzysztof Bajda, wieloletni prezes klubu kibica Turowa Zgorzelec, mieszkał jako dziecko przy ul. Warszawskiej, do której boczną jest ul. Maratońska. Zanim władze kopalni wpadły na pomysł, by postawić  halę, znajdowało się tam spore targowisko. Kupcy z całej Polski przyjeżdżali opychać swoje towary Niemcom zza Nysy. Później „rynek”  zlikwidowano i rozpoczęła się wieloletnia budowa obiektu.

W fundamentach hali bawiłem się w chowanego, jako dzieciak. Z słupów podporowych zjeżdżaliśmy na butach! – opowiada. Ze swojego ówczesnego mieszkania miał na plac budowy rzut beretem.

A mój sąsiad pan Posłuszny robił dach hali, który do dziś stoi. Dostał za robociznę milion i dwieście tysięcy złotych. Chwilę później został posiadaczem pierwszego w Zgorzelcu mercedesa „puchatka” – tłumaczy Bajda.

IMG_3793-1024x682

Dach hali zaczął przeciekać w ostatnich latach. Gdy mocniej popadało, to na środku parkietu pojawiały się wiadra i miski. Gdy Gani Lawal postanowił stoczyć bokserski pojedynek z zawodnikami Turowa, dociekliwy dziennikarz Jacek Białogłowy z Radia Zielona Góra o zdarzenie pytał Kamila Chanasa. Ówczesny kapitan Zastalu pytany, dlaczego przerwano zamknięty dla publiczności sparing, odpowiedział łobuzersko. – A bo dach przeciekał! – choć akurat wtedy w Zgorzelcu nie spadła ani kropelka.

Pokryty blachą dach załatano. Miał on jeszcze jeden defekt. – Jak się blacha nagrzeje, to po trzech minutach rozgrzewki człowiek jest całkowicie spocony – opowiadał w ubiegłych finałach Przemysław Zamojski. Później w rozmowie ze mną, po kolejnym spotkaniu, rzucił słynnym już cytatem. – Blacha w ogniu! – bo było gorąco, a on trafiał jak opętany – 4/7 za trzy tego wieczora. Z Maratońskiej latem, wychodziłeś w koszulce , którą można było spokojnie wykręcić.

Bajda pamięta doskonale inny zamknięty sparing. Na koszach wisiały wtedy siatki z frędzelkami, a trumna była w kolorze pomarańczowym.  W 2004 r. Turów Zgorzelec zagrał z reprezentacją Polski Andrzeja Kowalczyka. Pan Krzysztof długo negocjował, aby do środka wpuścić 30 przedstawicieli klubu kibica. – A to nie było takie łatwe, bo wtedy było nas ze 150! Jak tu wybrać trzydziestkę? – zastanawiał się ówczesny szef sympatyków Turowa.

Prowadzeni przez Brandona Hughesa zgorzelczanie długo opierali się reprezentantom. Ostatecznie przegrali, a z meczu pozostały pamiątki w postaci fotografii. Łukasz Koszarek, Marcin Gortat czy Maciej Lampe byli wtedy szczeniakami.

Marcin dopiero uczył się koszykówki, ale było widać, że ma papiery na granie. Wcale jednak się nie wyróżniał. Wtedy to jednak wszyscy mówili o Lampem i Trybańskim, którzy uchodzili za graczy z potencjałem europejskim – opowiada Bajda (na zdjęciu kuca obok Jacka Winnickiego – pod tekstem).

Inny Zabłocki i jego klepka

Koszykówką zaraził go trener i wuefista Takis Kanculis, który wychował m.in. Jerzego Bińkowskiego. Przez osiem lat jako grał w Turowie, ale przez problemy zdrowotne zakończył karierę. Z koszem miał krótki rozbrat, gdy poszedł do wojska. Później oglądał chyba wszystkie mecze swojej drużyny. Jeszcze w czasach, gdy do hali można było wejść mając bilet na basen. Kilkanaście lat przesiedział za koszem razem z głośną gromadką szalikowców, przy samym parkiecie. – Do dziś śmiejemy się, że Tomek Zabłocki miał na tej hali swoją klepkę. To było tak mniej więcej na 45 stopniach z lewej strony. Trafiał wtedy jedną trójkę za drugą. Później gdy parkiet wymieniono, okazało się, że w miejscu gdzie Zabłocki rzadko się mylił była jedna ruchoma klepka – opowiada.

Zabłocki to jeden z ojców awansu Turowa do ekstraklasy, gdy zespół pokonał Basket Kwidzyn. Rok wcześniej Turów przegrał awans z AZS-em Koszalin. – To wtedy Dąbrowski w najważniejszym spotkaniu wyłączył z gry Mordzaka. Wjechał mu po chamsku w mięsień czworogłowy. Dąbrowski wychodził z hali tylnym wejściem w asyście ochroniarzy, bo niektórzy kibice chcieli mu wtedy za tę akcję „podziękować” – wspomina.

IMG_4947-1024x682

Obaj wspomniani, Zabłocki i Mordzak, należą do jego ulubionych zawodników.

Do tego jeszcze Sławek Nowak, Darek Skowroński, Mirek Łopatka. To była taka fajna sportowa rodzina. Dziś zawodnicy docierają do nas z różnych stron świata. Są oczywiście między sobą kolegami, ale gdy kończy się kontrakt, to rozjeżdżają się we wszystkie strony. Ta piątka żyła w mieście razem, mocno się trzymała, razem wychodziła na imprezy. Tak też było za „Saszki” Filipowskiego. On wprowadził zasadę, że na imprezę szła cała drużyna albo nie szedł nikt. To było bardzo zdrowe podejście. Trener nie uczestniczył, ale po wygranym meczu pozwalał zawodnikom na małe świętowanie. Pod warunkiem, że nikt nie ma prawa stawić się w poniedziałek na trening w gorszej dyspozycji – mówi Krzysztof Bajda.

Razem z żoną prowadzi mały dom handlowy w Zgorzelcu. Moglibyśmy pewnie gadać jeszcze kilka godzin, ale pan Krzysztof musi wracać do pracy. W poniedziałkowy wieczór poszedł na mecz, a po nim zamierzał świętować otwarcie nowej hali. Jako prezes drużyny UKS Basket Zgorzelec miał usiąść nie za koszem, ale na vipowskich miejscach.

Jak w labiryncie

O projekcie hali w Zgorzelcu trudno szukać opasłych opracowań. Sam prof. Zabłocki również mówił o nim niewiele. Zlecenie na projekt architekt dostał w latach 70-tych. Jej budowę ukończono dopiero w 1986 roku. Ściany zewnętrzne mają konstrukcję żelbetowo-stalowo-ceramiczną. W środku znalazło się około 1,4 tys. miejsc siedzących. Z obiektu korzystała także nieistniejąca już sekcja bokserska. Hala nie urzeka za pierwszym wejrzeniem. Wielu miejscowych kibiców pewnie miało już jej serdecznie dość.

Jednak każdą kolejną wizytą nabierałem do niej sentymentu. Koszykarze, żeby wejść na parkiet, muszą z szatni wejść po schodach. Gdy spojrzą przez lewę ramię zobaczą na końcu korytarza basenowe tory. Spacerując po balkonie można podejrzeć ławki rezerwowych obu drużyn widoczne w dużym prześwicie pomiędzy kondygnacjami. Górna stanowi „dach” dla końcowych rzędów dolnych trybun. Z miejsc prasowych – o nie zawsze trwała walka- nie jesteś w stanie dostrzec tablicy wyników. Krąży się po jej zakamarkach, jak po labiryncie.

IMG_4997-1024x682

Najlepsza rzecz? Akustyka. Ta, do której piekielną wagę przykładał Zabłocki. W Zgorzelcu kibice potrafią zrobić tumult, że koszykarze mają problemy z komunikacją na boisku. Zwłaszcza, gdy po udanej akcji podrywa ich niezawodny spiker z blond kitką – Janusz Pawul. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Zdecydowanie należę do tych pierwszych. Na pomysł tekstu wpadłem jakoś przed kilkoma miesiącami.

Ostatni raz byłem w Zgorzelcu na spotkaniu o Supepuchar. Tekst o Maratońskiej już wtedy miałem w głowie. Z Sebastianem Rzepielem (autor zdjęć) staraliśmy się uchwycić wyjątkowość obiektu. Jego pięknie oświetloną kopułę, balkoniki, światło, małe architektoniczne detale. Bliskość trybun powoduje, że nawet z balkonów koszykarzy ma się na wyciągnięcie ręki. Nawet gdy, naśladując grupę gimnazjalistów, usiadłem jeszcze wyżej niż ostatni rząd trybun. Dopiero po chwili spojrzałem za siebie i zobaczyłem, że za mną już nic nie ma. Jest pusta przestrzeń i korytarz w dole. Lekko się przeraziłem i po chwili usiadłem, jak człowiek.

W 2008 r. cały Zgorzelec zastanawiał się, co zrobić z halą. Rozbudować istniejącą czy wybudować całkiem nową. Prof. Zabłocki twierdził, że wystarczy rozbudować budynek o pięć przęseł, by do hali mogło wejść 3 tys. widzów. Architekt chciał przebudować wszystkie trybuny, tak aby sięgały jak najbliżej boiska i jak najwyżej dachu.

Hala w Zgorzelcu to nie jest moja największa inwestycja, ale przez lata nie straciła ona wiele na aparycji. Uważam ją za jedną z najbardziej udanych. Podejmę się projektu przebudowy, choć będzie to trudne zadanie – mówił w rozmowie z „Gazetą Powiatową”. Zakładał, że jest w stanie przygotować projekt w siedem miesięcy.

Sprostowanie, które nadesłał nam Krzysztof Bajda.

„Proszę o sprostowanie w tekście o Maratońskiej dot. mojej osoby. W Zgorzelcu nie ma sekcji żeńskiej Turowa, a ja jestem prezesem Uczniowskiego Klubu Sportowego „Basket Zgorzelec”

IMG_4993-1024x682

IMG_5003-1024x682

Bonus! Zdjęcie od Krzysztofa Bajdy

615454_424096897653950_1883285127_o-3-1024x682

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze