Drugie wcielenie Robertsona

Data:

Środowy OFENS! Kajzerka

W sezonie 1961/1962 Oscar Robertson – jeden z najczęściej pomijanych w konwersacji o najlepszym graczu wszech czasów – zakończył sezon notując na swoje konto średnie triple-double: 30,8 punktu, 11,4 asysty i 12,5 zbiórki. W historii zapisało się to jako jedno z największych indywidualnych osiągnięć. Nikomu nie udało się powtórzyć wyczynu zawodnika. Mimo to Robertson bardzo rzadko pojawia się w zestawieniu z Michaelem Jordanem, Larrym Birdem, Magicem Johnsonem czy Kareemem Abdul-Jabbarem.

Gra bardzo szybko ewoluowała. Na początku lat 60. rządziło tempo, a Oscar Robertson był doskonały w podejmowaniu decyzji, w walce o każdą piłkę; w starciu z każdym rywalem. Wyrastał ponad zawodników, z którymi grał, więc często i chętnie przejmował inicjatywę. Opis jakby idealnie skrojony do scharakteryzowania jeszcze jednego gracza, już z innej epoki. Po meczu z New York Knicks, Russell Westbrook jest jedynym graczem w historii NBA, który notuje średnie na poziomie triple-double jeszcze przed rozpoczęciem grudnia.

Zawodnikowi Oklahomy City Thunder wystarczyły trzy kwarty meczu w Madison Square Garden, by zdobyć już trzecie z rzędu triple-double. W 19 meczach sezonu drużyny, Russ notuje na swoje konto 30,9 punktu, 10,3 zbiórki i 11,3 asysty. Jego zespół jest na 6. miejscu w tabeli konferencji zachodniej z bilansem 11 wygranych i 8 porażek. Jeżeli w kolejnych miesiącach rozgrywek OKC pozostaną na podobnym poziomie, Russ z pewnością umocni swoją pozycję w walce o nagrodę MVP rozgrywek zasadniczych. Dzieje się dokładnie to co przewidywano, gdy zespół opuścił latem Kevin Durant. Teraz kontrola leży wyłącznie w rękach Westbrooka.

Robertson w tamtym pamiętnym sezonie notował triple-double 41 razy, 181 w przekroju całej kariery (1. miejsce). To był dopiero jego drugi rok na parkietach NBA. Liga liczyła wówczas zaledwie dziewięć drużyn. Wszyscy doskonale wiedzieli czego się po sobie spodziewać. Niemniej Robertson swoją kreatywnością cały czas zaskakiwał. Wyróżniała go także niesamowita odporność. W Stanach takich graczy nazywa się określeniem Iron-Man. W przekroju całej 14-letniej kariery spędzał na parkiecie średnio 42 minuty. Na swoje jedyne mistrzostwo musiał czekać aż do 1971. Milwaukee Bucks sweepem rozprawili się z Baltimore Bullets.

Wiele wskazuje na to, że równie długo poczeka Russell Westbrook, który rozgrywa już dziewiąty sezon na parkietach NBA i nadal pozostaje bez pierścienia na palcu. Odejście Duranta zmieniło dla Thunder perspektywę. Gdyby podpisał z OKC przedłużenie kontraktu, drużyna nadal pozostałaby walce ze ścisłą czołówką. Osamotniony West, nie mający obok siebie zawodnika kalibru All-Star, bierze sprawy w swoje ręce co prawdopodobnie nie wystarczy, by pokonać Golden State Warriors, San Antontio Spurs czy chociażby Los Angeles Clippers. W Oklahomie zdają sobie sprawę, że o swoją przyszłość muszą powalczyć na rynku wolnych agentów.

Na celowniku drużyny na pewno znajdzie się Blake Griffin, któremu kończy się umowa z Clippers. Silny skrzydłowy wychowywał się i studiował w Oklahomie, choć w przypadku koszykarzy NBA słowo studiował może być nadużyciem. Niemniej ma koneksje, które siłą rzeczy będą łączyć go z drużyną Thunder, gdy zacznie testować swoją wartość na rynku wolnych agentów. W grę wchodzą także transfery, m.in. za Rudy’ego Gaya z Sacramento Kings.

Westbrook zaufał Thunder i podpisał przedłużenie, które czyni go fundamentem drużyny. Zaraz po odejściu Duranta w Oklahomie przestraszyli się, że rozgrywający za rok wywinie ekipie podobny numer i przeniesie swoje talenty do Los Angeles albo Nowego Jorku. Decydując się na nową umowę, Westbrook dał zarządowi OKC dwa lata okresu próbnego. Latem 2018 może wykorzystać opcję i samemu przetestować rynek. Do tego czasu generalny menadżer – Sam Presti musi zbudować drużynę na miarę mistrzostwa.


fot. Keith Allison, Creative Commons

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Michał Kajzerek
Współpracownik

Komentarze