„Figur, to jest NBA, tu się nie śpi!” – poznajcie Wojciecha Figurskiego

Data:

Prawdopodobnie jest starszym bratem Marcina Gortata. Od wielu lat jest uważany za najlepszego koszykarskiego fotografa w Polsce. Po tej rozmowie stwierdzamy, że jest ciekawym gawędziarzem, który sypie anegdotami jak z rękawa. Przyjaźnił się z Małgorzatą Dydek. Poznajcie Wojciecha Figurskiego, byłego fotografa Euroligi, a obecnie Lechii Gdańsk, Trefla Sopot oraz OFENS! Tak, to dzięki Figurowi nasz portal wygląda, no po prostu, wygląda!

Paweł Łakomski: Pierwszy taki wywiad?

Wojciech Figurski: Chyba drugi. Kiedyś opowiadałem na antenie Radia Gdańsk o fotografowaniu Lechii Gdańsk.

Jeżeli kibic koszykówki na hali widzi człowieka z aparatem, który leży na ziemi i trzyma aparat w ręku, to kto to będzie?

Ja! (śmiech)

Dlaczego fotoreporter leży na parkiecie?

Kładę się na ziemi, żeby pozbyć się tła. Jak zawodnik podskakuje to widać go w powietrzu, co daje, moim zdaniem lepszy efekt niż z parkietem w tle. Tyle. Byłem na tylu wydarzeniach sportowych, tyle razy zrobiłem już zdjęcia, że mniej więcej wiem już o co w tym chodzi. Czyli pokazywać to czego nikt inny nie widzi.

Ktoś kto może czytać ten wywiad pomyśli sobie „ej, ten gościu jest nienormalny”. Z drugiej strony na tym polega twoja robota, aby wyróżniać się od innych, prawda?

Wielu ludzi uważa mnie za gbura. Wynika to głównie z tego, że podczas meczu rzadko z kimkolwiek rozmawiam. Zapominają jednak, że jestem w pracy i zwyczajnie nie mam czasu, poza tym trzeba skupić się na robocie. Kolega kiedyś fajnie powiedział, że fotoreporter to nie zawód, lecz charakter. Rozmawiam tylko z ochroną, aby nie mieć problemów z poruszaniem się po hali, czy stadionie.

Fotoreporter to charakter, ciekawe. Jak to rozumieć?

Jeśli ktoś nie ma odpowiedniego charakteru, to sobie nie poradzi w tym zawodzie. Można nie mieć dobrego sprzętu, można nie mieć umiejętności, talentu, zwłaszcza na początku, ale nie można się poddawać i trzeba być zawsze gotowym na każde poświecenie. Fotoreporter to człowiek, dla którego nie ma rzeczy nie możliwych. Dlatego… uwaga Korpol!

Rozmowa została przerwana na kilkanaście minut przez przypadkowo spotkanego Marcina Korpolewskiego, wiceprezesa POZKosz, autora bloga Antyblog. 

Wojciech Figurski wejdzie wszędzie, prawda?

Teraz mam rodzinę i staram się unikać niebezpiecznych miejsc. Zdarzyło mi się jednak być na dachu stadionu w Gdańsku, regularnie jestem w Ergo Arenie na „katłoku” (z ang. catwalk, korytarzyki pod sufitem) i wielu innych halach. Po prostu fajne ujęcie jest warte prawie wszystkiego…

Znamy się ładnych parę lat, więc mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale trochę świrem jesteś. Pamiętam jak na Final Four Euroligi w Barcelonie, pod kopułą hali Palau Sant Jordi, dobre kilkanaście metrów nad ziemią, chodziłeś sobie w klapeczkach… 

Wbrew pozorom tam jest bezpiecznie. Trzeba mocno się postarać, aby wypaść i być plackiem na parkiecie. Jedyne o czym należy pamiętać, to żeby nie zabierać niczego do góry – telefonu, kluczyków od samochodu i tak dalej.  A w klapeczkach bylem tam na pewno nie w trakcie meczu, tylko dużo wcześniej, gdy ustawialiśmy zdalne aparaty.

A jednak coś ci kiedyś spadło…

I całe szczęście nie był to aparat! (śmiech) W 2009 roku w Atlas Arenie w Łodzi, podczas polskiego EuroBasketu, lekko się przechyliłem, aby złapać akcję i w tym momencie odpięła mi się akredytacja. Mecz trwał, nogi mi zmiękły, bo widziałem tylko jak akredytacja pomalutku spada sobie na dół. Całe szczęście akcja była po drugiej stronie, więc chłopaki, którzy czyszczą parkiet, szybko ją podnieśli. Później opowiadał mi Jacek Pawlewski, spiker na meczach kadry Polski, że jak widział spadającą akredytację, to przestraszył się, że zaraz Figur też zleci. (śmiech)

Kiedyś zdarzyło ci się zostawić przymocowany aparat na kilka dni pod sufitem, o czym wiedziały trzy osoby.

Tak, to było podczas mistrzostw Europy u18 we Wrocławiu w 2011 roku. Obsługiwałem ją z ramienia FIBA Europe. Musiałem wrócić na kilka dni do Trójmiasta na jakieś zdjęcia. Dobre ustawienie aparatu pod sufitem nie należy do łatwych zadań. Zdjęcia robimy pilotem, kiedy jesteśmy już na dole. Byłem tak zadowolony z tego, jak dobrze ustawiłem aparat, że postanowiłem go nie ruszać. Wiedział o tym ochroniarz i jeszcze jedna osoba z FIBA. Trochę się bałem o sprzęt, ale co tam!

marcinek

fot. Wojciech Figurski

Sprzęt potrafiłeś gubić, ale to z kolei w morzu.

Tak! Przegląd Sportowy wysłał mnie na zgrupowanie reprezentacji Polski w piłkę nożną do Portugalii. Leo Beenhakker zorganizował piłkarzom trening na plaży. Grali w rugby, a jedną z „linii” bocznych było morze. Tak się zapomniałem, że mając jeden z obiektywów w kieszeni kurtki,  wleciałem za nimi do wody. Oni sobie grali, a ja biegałem między nimi. Pozostali fotoreporterzy byli wściekli, ponieważ stali na brzegu, a ja byłem w kadrze prawie na ich każdym zdjęciu. Jak ochłonąłem, to zobaczyłem, że nie mam obiektywu. Pewnie gdzieś sobie teraz pływa w Oceanie.

Mogłeś mieć kiedyś super zdjęcie, ale go nie zrobiłeś, bo po prostu nie chciałeś? Chodzi mi o kontrowersje w fotografii. 

Codziennie tak jest. Ile razy dochodziło do sytuacji, gdzie widzę, że znany sportowiec dłubie sobie w nosie, sika gdzieś za linia boczna boiska podczas treningu, czy paraduje nago w szatni, albo zwyczajnie zrobi beznadziejnie głupią minę. Mogłem zrobić zdjęcie, sprzedać do tabloidu i zarobić. Jednak staram się robić zdjęcia, za które nie będę musiał się później wstydzić.

Jesteś dobry, masz tego świadomość, prawda?

Nie myślę o tym w tych kategoriach.

Masz swój styl, jestem pewien, że gdybyśmy położyli na stole trzy-cztery  zdjęcia, to środowisko koszykarskie, czy Lechii Gdańsk, trafnie wskazało robotę Wojtka Figurskiego. 

Wątpię. Uważam, że większość „zwykłych” ludzi się nie zna na zdjęciach.

To znaczy?

Co ja uważam za dobre zdjęcie zwykły kibic nie doceni. Co z tego, że mam super moment, złapanego np. Marcina Gortata robiącego wsada nad Przemysławem Karnowskim, skoro zdjęcie nie jest wystarczająco ostre czy doświetlone, źle  wykadrowane, krzywe, a w tle sędzia? Szczegóły naprawdę są ważne, przynajmniej dla mnie.

Szczęście, czy umiejętności są ważniejsze w twoim fachu?

Jedno i drugie. Amator może zrobić kapitalne zdjęcie, ale chodzi tutaj o powtarzalność. Ważny jest także sprzęt, ale nie najważniejszy. Trzeba wiedzieć co się fotografuje, aby zrobić dobre zdjęcie.

Pamiętam w Kagerze Gdynia grał Courtney Eldridge, który miał to do siebie, że mocno emocjonalnie reagował na to co się dzieje na parkiecie. Wdał się w pyskówkę ze swoim rywalem z tej samej pozycji. Wiedziałem, że w następnej akcji będzie chciał osobiście pokazać przeciwnikowi na co go stać. Powiedziałem koledze, że muszę się przesunąć, bo Eldridge zaraz będzie wchodził pod kosz. Tak było, a ja miałem zdjęcie. (śmiech)

Skąd się wziął pomysł na zarabianie na życie z fotografii?

Mamy czas? Nie będzie to krótka opowieść.

Dawaj.

Wszystko zaczęło się od Michaela Jordana, choć zanim pojawiła się koszykówka to byłem zafascynowany inną dyscypliną sportu. Trenowałem tenisa ziemnego w Sopocie do piętnastego roku życia. Kiedy w telewizji zobaczyłem Jordana, to zwariowałem. Fascynowało mnie jak lata nad koszami, nawet bardziej niż same mecze. Chciałem robić to samo. Najpierw doskakiwałem do siatki, później do obręczy, aż w końcu się udało „zapakować”. Moja koszykówka polegała głównie na wsadach i graniu dwóch na dwóch.

A fotografia?

Kiedy Jordan zrobił sobie przerwę od koszykówki, ktoś musiał mi go zastąpić. Padło na drużynę Trefla Sopot. Wspólnie z kolegami stworzyliśmy jedną z pierwszych koszykarskich stron internetowych. Zawsze mieliśmy problem ze zdjęciami. Na początku braliśmy je od Jarka Szymańskiego z Magazynu „Za trzy”. Kiedy wyjechałem na kilka miesięcy do Stanów Zjednoczonych, to kupiłem swój pierwszy aparat, jeszcze na dyskietki. Co roku jeździłem, dokupywałem sprzęt i się wkręciłem.

Rozumiem, że na początku robiłeś zdjęcia na automacie i „waliłeś” fleszem po oczach?

(śmiech) Nie, ale co do lampy to mam kolejną anegdotkę.

Nie pamiętam co to był dokładnie za mecz, ale na pewno jego ranga dla Prokomu Trefla była istotna. W końcówce spotkania Josip Vranković stanął na linii rzutów wolnych. Jeden z fotografów strzelił lampą, poszło po oczach i Josip nie trafił. Drugi rzut, całe szczęście, był celny i Prokom wygrał. Po spotkaniu przybiegł do mnie trener Eugeniusz Kijewski, zrobił awanturę, ponieważ myślał, że to ja byłem wszystkiemu winien. Pamiętam, że „Kijka” spotkałem tuż po meczu na stacji benzynowej, ale odwrócił głowę i udawał, że mnie nie widzi. (śmiech)

Mało kto wie, że przyjaźniłeś się z Małgorzatą Dydek.

Tak, a wszystko zaczęło się, że z Kwiatkiem (Tomasz Kwiatkowski, dyrektor sportowy Trefla Sopot przyp.red.) zażartowaliśmy sobie, że jak Gosia, wtedy jeszcze pani Małgorzata, będzie w USA, to niech przywiezie nam piłkę. Po trzech miesiącach zapomnieliśmy o tym, a ona otwiera bagażnik i wyjmuje piłkę. Tak się zaczęła nasza przyjaźń. To był najfajniejszy czas przy koszykówce. Odwiedzałem ją w Stanach Zjednoczonych, Rosji, miałem jechać do Australii, ale nie zdążyłem. O Margo można mówić godzinami!

Opowiadaj!

Super gotowała, naprawdę! Była niezwykle cierpliwa. Kiedy byłem u niej w San Antonio, to już drugiego dnia, po kolejnym i takim samym pytaniu przechodnia „ile ma pani ma wzrostu”, zaczynałem ludziom odpyskowywać. Nie ona. Znała pięć języków, miała świetny gust muzyczny. Niesamowita osoba. Nie lubiła być w centrum uwagi. Na imprezach stała pod ścianą, ponieważ nie chciała się wyróżniać. Miała doskonały dowcip. Bardzo często pomagała swoim bliskim, ponieważ wiedzieli, że Gocha zawsze pomoże, także w sprawach sercowych. Mnie ciągle próbowała zeswatać ze swoimi koleżankami. (śmiech)

Kiedy była sesja Lotosu Gdynia, to tzw. główkę Małgorzacie Dydek musiałeś robić na drabinie?

Tak, ale akurat w koszykówce to jest normalne. W przypadku Marcina Gortata jest tak samo. Jeśli prześledzimy zdjęcia grupowe Lotosu Gdynia, to zobaczymy, że Gocha wcale się nie wyróżnia wzrostem.

Jak to?

Stawała bardzo szeroko na nogach i była na równi z koleżankami. Polecam przyjrzeć się dokładnie (śmiech).

Mówisz, że Małgorzata Dydek była niezłym dowcipnisiem. Pamiętasz śmieszne sytuacje?

W życiu nie byłem w kinie na trzech filmach na raz. Z Margo się udało. Kiedy odwiedziłem ją w San Antonio poszliśmy razem z jej kuzynką do kina. Robiliśmy taki numer, że pod koniec jednego filmu wychodziliśmy i szliśmy do innej sali. I tak trzy razy. Za każdym razem musiała siadać w ostatnim rzędzie, bo inaczej zasłaniała ekran ludziom siedzącym za nami.

Od razu przypomina mi się też sytuacja na lotnisku w USA. Zawsze miała ze sobą dużo rzeczy, a jak wiadomo na lotnisku za przekroczenie limitu płaci się dodatkowo. Pamiętam jak dziś, facet zważył jej torbę, która akurat zmieściła się w limicie. W tym samym czasie tak go zagadała, zrobiła małe zamieszanie i przykleiła tą opaskę na cięższą walizkę. Lżejsza tym samym raz jeszcze poszła do ważenia. Numery nie z tej ziemi wykręcała co chwilę.

Myślisz, że dyrektor hotelu, w którym pracowałeś do dziś jest ci wdzięczny za to, że zabrałeś go na mecz Małgosi Dydek?

(śmiech) Kto wie! To też jest dobra historia. Jeszcze nie znałem się tak dobrze z Gochą. Przez znajomych z Polski znalazłem do niej kontakt i załatwiła nam bilety. Wziąłem mojego dyrektora, bo miał samochód. Wycięliśmy duże litery „MARGO” i krzyczeliśmy… Jak sobie to teraz przypominam, to dziwie się, że nas ochrona nie zawinęła stamtąd. Pamiętam, że miejsca mieliśmy na samej górze, ale kończyliśmy przy samym parkiecie. (śmiech) Gocha się później z nami spotkała, a mój dyrektor był w szoku. W drodze powrotnej do domu ciągle powtarzał „BIG NAME! BIG NAME”.

Ile razy słyszałeś, że jesteś bratem Marcina Gortata?

Wiele razy, pewnie tyle ile środowisku piłkarskim pytanie czy Michał Probierz to moja rodzina. Co do Marcina, to nie przypuszczałem, że młodsza ode mnie osoba może mieć taką charyzmę. Zafascynował mnie. Uważam, że to co robi dla dzieciaków na campach, to obecnie największa wartość polskiego basketu.

Jesteś jedną z niewielu osób, która ma na niego wpływ. W końcu to ty jesteś odpowiedzialny za zdjęcia z campów. 

Nawet nie trzeba go instruować, bo wie doskonale co ma zrobić. Wie jak się zachowywać przed kamerą. Na wszystko się zgadza, chyba, że nie ma czasu. Wtedy trzeba działać szybko. Przypomniała mi się kolejna anegdota.

Jak robię zdjęcia, to osoby fotografowane nie zastanawiają się co jest w tle i tak dalej. Pamiętam jak do Sopotu przyleciał Travis Best. Terminal przylotów w Gdańsku wyglądał tak jak teraz, czyli…  nie wyglądał. Jedyne fajne tło, gdzie można było cokolwiek zrobić to były niebieskie tablice informacyjne. Próbuję to złapać, wyginam się jak mogę, on patrzy na mnie i mówi: „Co, chcesz mieć te niebieskie tablice w tle? Tak dobrze?”. Zgłupiałem.

Łatwo współpracuje się ze sportowcami?

Najgorzej jest z piłkarzami reprezentacyjnymi. (śmiech) Wszyscy sportowcy, obojętnie z jakiej dyscypliny sportu, mają ze sobą wspólny mianownik – poświęcają zdrowie. Wiadomo, że ze względu na popularność jedni są rozpoznawani, a drudzy nie.  Piłkarze są specyficzni, ale całe szczęście współpracuje od 10 lat z Lechią Gdańsk, więc tam nie mam żadnych problemów. Zdarzają się jednostki, którzy próbują cwaniakować, ale mam na nich sposoby.

A koszykarze?

Bezproblemowi. Wzorem jest NBA. Wszyscy widzą jaki tam panuje luz, więc próbują tak samo się zachowywać. Fajnie jest z siatkarzami, bo to zwykłe chłopaki. Ten sam dowcip.

Fotograf rozmawia ze sportowcami podczas meczu?

(śmiech) Wymusza aby sportowiec spojrzał się w jego stronę. Takie myślenie życzeniowe. Szukasz ujęcia, masz wszystko przygotowane i w głowie masz myśli „spójrz się na mnie, spójrz się na mnie”, często się zdarza, że popatrzy.

Najbardziej jesteś znany ze zdjęcia Milana Gurovicia i Thomasa Kelatiego z finałów PLK w Sopocie. Z takiego zdjęcia jesteś dumny?

Nie wiem czy dumny, ale zadowolony. Tak jak to bywa, takie zdjęcie powstało z przypadku. Spóźniłem się na mecz, nie miałem gdzie zaparkować samochodu, hala była tak nabita ludźmi, że byłem zmuszony do tego, aby robić zdjęcia z balkonu, czego wcześniej nie robiłem. Akurat po chwili była ta akcja i jako jedyny złapałem palec Gurovicia w oku Kelatiego.

To zdjęcie było publikowane praktycznie wszędzie. Finansowo byłeś zadowolony?

1000 zł? Nie pamiętam już. Kupiły praktycznie wszystkie gazety, dla których pracuję. W dzisiejszych czasach za jedno zdjęcie to bardzo dobry wynik.

fot. Wojciech Figurski

fot. Wojciech Figurski

Każdy fotograf, z którym czytam rozmowy, na pytanie o najlepsze zdjęcie, odpowiada, że takiego jeszcze nie zrobił.

Mam w swoim serwisie taką zakładkę TOP100. Zazwyczaj jest jednak tak, że zrobię zdjęcie, to z biegiem czasu coraz mniej mi się podoba.

Nie jest to niepotrzebne dążenie do perfekcji?

Nie, bo jeśli przestanie mi się chcieć, to się spakuje i poszukam swojej drogi w innym miejscu.

Figur, nie bądź skromny. Jesteś dobry i to widać na każdym kroku. 

Moją pracę łatwo ocenić, jesteś tak dobry, jak Twoje ostatnie zdjęcie… Zazwyczaj widać,czy ktoś się starał, czy po prostu kliknął przycisk na aparacie. Dlatego chcę, aby każde zdjęcie było dobre.

Podzielmy zdjęcie na procenty. Ile jest w tym twojej zasługi, ile sprzętu, a ile szczęścia?

Po równo, czyli ile wyjdzie? 33%, tak? Moim zdaniem sprzęt odgrywa najmniejszą rolę. Sam pracuję głównie na obiektywach stałogniskowych, czyli bez zoomu. Teoretycznie utrudniam sobie zadanie, bo mam mniejsze szansę na zrobienie dobrego zdjęcia. Jednak taki sprzęt powoduje, że się bardziej zastanawiam, kombinuje, aby złapać odpowiedni moment. Chociaż jestem już stary, nie chce mi się biegać, po tych coraz większych halach, więc wracam powoli do zoomów. (śmiech)

Słyszałem głosy, że fotograf sportowy nie ma największych problemów ze sportowcami, czy trenerami, lecz z ochroną zabezpieczających obiekt. 

Mogą być naszymi wrogami lub przyjaciółmi. Mam jednak metodę… Nie, to źle brzmi. Jestem dla nich miły. Zagaduje, a przede wszystkim mówię: „dzień dobry” i później często przymykają oko. Zdarzało się kilka razy, że były problemy, ale jeśli jest się miłym, to można wszystko załatwić. Trzeba szanować ich robotę.

Jestem pewien, że parę osób czytając ten wywiad pomyśli sobie, ale ten facet ma super robotę. Weźmy przykładowy mecz koszykówki, który rozpoczyna się o godz. 18:00. Jak wygląda obsługa spotkania z twojej perspektywy?

Jeśli wieszam aparat za koszem, to muszę to zrobić przed pierwsza rozgrzewką. W praktyce godzinę lub dwie przed meczem. Generalnie pierwszy przychodzę, ostatni wychodzę. To taki standard. W koszykówce zawsze mam plan. W pierwszej kwarcie robię zdjęcia na wspomnianym „katłoku”, czyli pod sufitem. Drugą kwartę poświęcam głównie na wysyłaniu zdjęć do klientów. Następna to skupiam się na akcjach, aby mieć dobre ujęcia. W ostatniej, głównie koncentruje się na złapaniu emocji. Szukam gdzie siedzi rodzina koszykarzy, aby wiedzieć, w którą stronę mogą się patrzeć po celnym rzucie. Trzeba mieć plan, aby było jak najmniej przypadku.

O! Znów sobie coś przypomniałem.

David Logan, kiedy grał w Asseco Prokomie, zawsze w pierwszej kwarcie miał kilka wejść pod kosz, które kończył w dość charakterystyczny sposób. Dlatego zawsze w Gdyni, czy wcześniej w Sopocie, chodziłem za kosz i czekałem. Z drugiej strony, po paru latach łapiesz się na tym, że niektórzy zawodnicy, z którymi masz styczność na przestrzeni kilku lat, wychodzą na zdjęciu ciągle tak samo.

unnamed-3

Przez lata w Trójmieście byłeś fotografem Euroligi. Opowiadałeś mi kiedyś o specyfice pracy dla koszykarskiej „Ligi Mistrzów”, mógłbyś opowiedzieć o co chodziło?

Na mecze Euroligi musiałem zatrudniać foto-edytora, ponieważ co pięć minut trzeba było wysyłać zdjęcia do Getty Images. To była trochę robota na zamówienie. Przed meczem dostawałeś plan co masz zrobić i to działasz według schematu. Zdjęcie trzeba zrobić, zrzucić do komputera, obrobić, podpisać i tak dalej. Żeby temu podołać musiałem mieć pomocnika. Była to ciężka robota. Na tamten moment był to mój najlepszy klient, więc nie mogłem odwalać lipy. Nagrodą była obsługa Final Four w Barcelonie w 2011 roku. Masakra…

Dlaczego?

Wiem, że kibice często nam zazdroszczą, bo praca przy sporcie wiąże się z licznymi podróżami. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że obsługa medialna największych imprez sportowych, to przerąbana sprawa! Final Four Euroligi to nie tylko dwa półfinały i finał. To imprezy towarzyszące, z których też są potrzebne zdjęcia. Tym samym jesteś w Barcelonie, w jednym z najpiękniejszych miast świata, a wolnego masz… ze dwie godziny ciągu pięciu dni? Ostatniego dnia, po szkoleniu w siedzibie Getty Images, z naszym wspólnym niemieckim znajomym Ulfem Dudą, poszliśmy na kawę.

Niestety, coraz rzadziej widzimy Wojciecha Figurskiego w koszykarskich halach.

Nie widzimy, bo nie ma zleceń. (śmiech)

Jak to możliwe?

Polityka, panie kolego. To nieważne jakie robisz zdjęcia, tylko kogo znasz. Jeden ma brata w PZKosz czy PLK, a drugi nie ma. Tak to działa w naszym pięknym kraju. Tez mam „znajomości”, ale sam je sobie wyrabiam ciężką pracą, a nie poprzez brata, którego nie mam. Brakuje mi koszykówki, ale tej na dobrym poziomie.

SOPOT 17.04.2015 EKSTRAKLASA SIATKOWKA KOBIET ORLEN PLSK PGE MECZ play off ATOM TREFL SOPOT VS polski cukier muszynianka muszyna POLISH WOMEN VOLLEYBALL LEAGUE GAME PGE ATOM TREFL SOPOT VS polski cukier muszynianka muszyna NZ izabela belcik , marketing , FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Kiedyś mi powiedziałeś, że amatorzy psują wam rynek. 

Księgowi rządzą rynkiem i to oni go psują, taka jest prawda. Nie boję się konkurencji. Jeżeli ktoś jest taksówkarzem, czy strażakiem od poniedziałku do piątku, a w sobotę przyjdzie na mecz, zrobi dwa tysiące zdjęć, na pewno coś fajnego trafi. Potem nawet nie chce tego sprzedawać, tylko się cieszy, że „poszło z podpisem”. Media kochają dostawać zdjęcia za darmo, dlatego ogólna tendencja jest taka, że jest coraz ciężej.

Bo przykładowemu taksówkarzowi zależy tylko na tym, aby zobaczyć opublikowane zdjęcie w sieci?

Tak i że jest podpisane, co na marginesie jest ustawowym obowiązkiem każdego medium, a nie ukłonem w stronę fotoreportera. Profesjonaliści na tym tracą. Całe szczęście współpracuję z poważnymi ludźmi, którzy moją pracę doceniają.

Pamiętasz dlaczego do Słupska lubiłeś przyjeżdżać na mecze?

Pełna hala, super kibice, idealne miejsce do robienia zdjęć.

Nie o to chodzi.

A o co? A, wiem! Uwaga, wywiad zawiera lokowanie produktu. Przez Burger Kinga! Akurat tak się złożyło, że w Słupsku szybciej otworzyli mojego ulubionego fast-fooda, niż w Trójmieście, więc faktycznie czasami z tego powodu wybierałem się do was.

Marzenie koszykarskie spełniłeś. NBA została sfotografowana przez Figura! 

Mogłem to zrobić dużo wcześniej, odwiedzając Gochę w USA. Pamiętam, że jak pierwszy raz wszedłem na halę, gdzie wchodziło 25 tys. widzów, to koledze napisałem smsa: „kurwa, ale to wielkie!”. Byłem pod ogromnym wrażeniem. W Polsce największą halą na tamten moment był Włocławek? Nie pamiętam. Na meczu NBA byłem dzięki wyjazdowi sopockich cheerleaderek do Marcina Gortata na Polską Noc.

I jak wrażenia?

Wokół tego wyjazdu było tyle emocji, że przez pierwsze 60 godzin nie spałem. W Phoenix był także mój kolega, również zakręcony na punkcie koszykówki, który na co dzień mieszka w USA. Wypożyczył na miejscu mustanga cabrio i sobie śmigaliśmy… Nie mieliśmy szczęścia co do spotkania. Nie grał kontuzjowany Gortat, spotkanie bez jakiejkolwiek stawki, jedno z ostatnich w sezonie. Ogólnie dramat. W trakcie byłem już tak zmęczony, zacząłem robić tzw. dzięcioła, pilnowałem tylko aby mi aparat nie upadł. Nagle słyszę głos Marcina Gortata: „Figur, to jest NBA tu się nie śpi!”. Najważniejsze jednak, że podczas wyjazdu poznałem moją żonę! Znaliśmy się 10 lat z widzenia, ale tak to Marcin Gortat nas zeswatał.

W dość spektakularny sposób się oświadczyłeś. 

Miała być skromna impreza dla dziesięciu tysięcy kibiców w Ergo Arenie, a staliśmy się celebrytami. (śmiech) Oświadczyłem się swojej żonie na meczu reprezentacji Polski w siatkówce, podczas Ligi Światowej.

Dziękuję, że dzięki twoim zdjęciom czołówka OFENS! wygląda po prostu pięknie!

Cieszę się, że jest takie miejsce. Zdjęcia u Was wyglądają kapitalnie. Z całym szacunkiem dla polskich gazet, ale nie mają dobrego gustu. Królują zdjęcia z akcji, a nie ma tam emocji. W USA jest na odwrót. Jedynym przedstawicielem mediów w Polsce, które to rozumie jest OFENS!

Kapitalna puenta!

Ale Ci się wypłakałem, co…

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zapraszamy na Facebooka firmy Wojciecha Figurskiego, gdzie można zobaczyć więcej jego prac. Warto!

FullSizeRender-3

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

Jedna odpowiedź