Grzegorz Schetyna o polskiej koszykówce dla OFENS!

Data:

Zapraszamy do wywiadu z Grzegorzem Schetyną!

Gmach Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W tym miejscu rzadko rozmawia się na tematy koszykarskie. Prawdopodobnie za wyjątkiem gabinetu szefa resortu, którym jest Grzegorz Schetyna. Nam udaje się namówić jednego z najważniejszych polityków w Polsce do rozmowy na temat polskiej koszykówki. Wielu z was może zadawać sobie pytanie – Schetyna? A co on ma wspólnego z basketem? Otóż ma. Młodsi kibice nie pamiętają, że w latach 90. minister był właścicielem Śląska Wrocław, który w polskiej lidze był nie do pokonania, a w Europie nie przynosił nam wstydu. Koszykówka Grzegorzowi Schetynie nadal jest bliska. Świadczy o tym rozmowa przeprowadzona specjalnie dla OFENS!

Paweł Łakomski: Panie ministrze, na początku chciałbym jedną sprawę wyjaśnić. Mentalnie jest pan bardziej piłkarzem, czy koszykarzem?

Grzegorz Schetyna: – Zaczynałem swoją przygodę ze sportem od piłki nożnej. Koszykówka kojarzy mi się tylko i wyłącznie z Wrocławiem. To właśnie na studiach często grałem w kosza i ta pasja trwa nadal – w gronie przyjaciół gram nadal. Koszykówka jest dyscypliną, która wymaga inteligencji, kreacji, wprowadzania systemu i podejmowania decyzji. Dlatego właśnie jest bardziej intrygująca niż piłka nożna.

Może dlatego zwykły kibic skaczący po kanałach telewizyjnych, kiedy trafi na koszykówkę, to jest małe prawdopodobieństwo, aby nie zmienił programu. Raz koszykarz trafia za dwa, potem za trzy. Sędzia odgwizduje kroki, błąd podwójnego kozłowania i tak dalej, i tak dalej. 

Grzegorz Schetyna: – To tylko potwierdza to, co już powiedziałem. Na pewno jest to sport, z którym trudniej dotrzeć do szerszego grona. Trzeba być cierpliwym, aby tłumaczyć widzom przepisy, niuanse taktyczne, detale mające wpływ na całokształt, często na końcowy wynik. Basket ma jednak w sobie to „coś”, że jest drugą najpopularniejszą dyscypliną sportu na świecie po futbolu. Koszykówka stworzyła też tak genialną rzecz jaką jest NBA – produkt bez porównania na światowym rynku sportowym.

Jest pan przyjacielem koszykówki?

Grzegorz Schetyna: – Tak. Kilka razy w tygodniu sam gram. Chodzę na mecze, jeśli tylko czas mi na to pozwala. Oglądam NBA, mam swoje ulubione drużyny, graczy. Dlatego mogę o sobie powiedzieć, że jestem przyjacielem koszykówki.

To prawda, że na parkiecie gra pan jako rozgrywający?

Grzegorz Schetyna: – Tak, choć wiele zależy od sytuacji i partnerów. Gram na „jedynce” lub „dwójce” ze względu na skromne warunki fizyczne. Rola rozgrywającego w koszykówce jest zdecydowanie inna, niż w piłce nożnej – nawiązując do początku rozmowy. W polskim futbolu na tej pozycji bardzo cenię Sebastiana Milę. Przede wszystkim dlatego, że nie opiera się na świetnych warunkach fizycznych, motoryce, ale konstruując akcje myśli. Jest kreatorem, mózgiem drużyny, decyduje o jej obliczu. I takim samym graczem na parkiecie koszykarskim był Raimonds Miglinieks – kolejny zawodnik, którego grę zawsze bardzo ceniłem.

Przyznał pan, że jest przyjacielem polskiej koszykówki. Czy zgodzi się pan z tym, że pana przyjaciel jest w biedzie i złej kondycji?

Grzegorz Schetyna: – Zdecydowanie. Jest w słabym stanie, ponieważ nie podejmuje największych wyzwań, nie rozwija się. Mówię w tej chwili przede wszystkim o Polskiej Lidze Koszykówki. Ekstraklasa ma wielką szansę rozpocząć etap poważnej rekonstrukcji, aby wrócić do tego co było znakiem firmowym koszykówki pod koniec lat 90-tych. Wówczas basket w rankingach popularności i medialności była tuż za piłką nożną. Przez nieudolność działaczy ówczesnego PZKosz, słabe wyniki kadry straciła jednak swoje miejsce. Teraz jest dobry czas, aby do tego wrócić. Wydaje mi się, że ludzie zarządzający polską koszykówką tej szansy nie widzą i są na najlepszej drodze, by ją zmarnować.

Całe środowisko mówi, że problemy koszykówki zaczęły się od przegranej z Grecją na Mistrzostwach Europy…

Grzegorz Schetyna: – … Dimitris Koronis trafił za trzy punkty.

Był pan na tym meczu?

Grzegorz Schetyna: (chwila zastanowienia) – Tak, tak. Było to w 1997 roku, mecz Polska – Grecja i wygrana dawała nam awans do mistrzostw świata i miejsce w półfinale. Mieliśmy dziesięć punktów przewagi, rozgrywający Greków rzucił za trzy i przegraliśmy wygrany mecz. Siedem minut do końca… Chyba nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy, co się tak naprawdę wydarzyło. Od tego momentu zaczął się zły czas dla polskiej koszykówki. Nie było możliwości, nawet przy dobrych wynikach Śląska Wrocław w europejskich pucharach, meczach pokazywanych w otwartej telewizji, emocjonujących finałach PLK Śląska z Włocławkiem, czy Pruszkowem, aby to zastąpiło sukces kadry i utrzymało koszykówkę na wyżynach popularności. Przykład siatkówki pokazuje, że wywindowanie jej na najwyższy poziom zainteresowania medialnego, kibicowskiego, a także sponsorów, może się odbyć tylko przez sukcesy reprezentacji. To jedyna droga.

grzegorz schetyna wywiad

Odnoszę wrażenie, że tęskni pan za tą najlepszą koszykówką w Polsce. 

Grzegorz Schetyna: – Jak najbardziej. To dyscyplina, którą bardzo dobrze znam. Wiem, że Polacy znowu są w stanie dobrze grać, a kibice znowu szczelnie wypełniać hale. Rozwój reprezentacji powinien iść w parze z rozgrywkami krajowymi. To są naczynia połączone – na najwyższym poziomie jedno nie funkcjonuje bez drugiego. Nie da się zbudować dobrej ligi, ze średnimi klubami i słabą kadrą. Tak samo, jak nie ma szans na świetną kadrę ze słabą ligą. Aby znowu wrócić koszykówce należne miejsce, wszystkie elementy muszą zagrać równocześnie. Żadnego nie można pominąć. I teraz jest ten moment, którego nie możemy przegapić. Powtórzę raz jeszcze. Stajemy przed ogromną szansą. EuroBasket we Francji daje możliwość awansu na Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro i to może być początek nowego etapu. Liga musi się reformować, a kluby stanowić jej silne elementy, fundamenty codziennej pracy nad wizerunkiem tej dyscypliny.

Mówi pan o problemach koszykówki, o jej słabej kondycji w Polsce, a mimo wielu obowiązków widzimy pana w daleko oddalonym od Warszawy Słupsku na meczu ćwierćfinałów Tauron Basket Ligi. Chodziło o Śląsk Wrocław, czy o zaspokojenie głodu obejrzenia fazy play-off z bliska?

Grzegorz Schetyna: – Obiecałem, że będę, na którymś z meczu i dobrze, że pojechałem. Było to dobre widowisko i nie rozumiem dlaczego, nie mogli go obejrzeć widzowie przed telewizorami. Szkoda takich emocji, takiego świetnego spotkania na naprawdę dobrym poziomie. Jestem człowiekiem sportu, staram się chodzić również na piłkę nożną. Koszykówka zawsze będzie mi bliska, nawet jeżeli Śląsk Wrocław przegrywa po dogrywce w Słupsku.

Play-offy rozumiem. Doszły mnie jednak słuchy, że był pan we wrześniu nawet w Ostrowie Wielkopolskim na sparingach Śląska Wrocław!

Grzegorz Schetyna: – Życie ma naprawdę wiele wspólnego ze sportem. Nawet żeby dobrze rozumieć politykę, to warto interesować się sportem. Nie tylko wtedy, gdy w blasku fleszy i telewizyjnych kamer rozdaje się medale, ale również na towarzyskim turnieju w Ostrowie.

W latach 90. był pan jednym z autorów potęgi Śląska Wrocław. Czy tylko wyniki sprawiały, że pół stolicy Dolnego Śląska interesowało się koszykówką, a Hala Ludowa była wypełniana po brzegi? 

Grzegorz Schetyna: – Wrocław od zawsze był miastem koszykarskim. Kiedy zaczęliśmy się tym zajmować to był 1994 rok. Śląsk był jedenastokrotnym mistrzem Polski i kończył swoją współpracę z wojskiem. Koszykówka wciągnęła mnie, choć byłem kompletnie spoza sportu. Jako pierwsi w Polsce stworzyliśmy prawdziwą firmę, która miała jasny cel – nie interesowało nas tylko organizowanie czy rozgrywanie meczów, ale naszym celem było kreowanie widowisk przyciągających tłumy. Mieliśmy trochę szczęścia, bo wówczas wszystko zagrało idealnie.

grzegorz schetyna

Abstrahując od polityki. Czy dziś zainwestowałby pan ponownie swoje prywatne pieniądze w koszykówkę?

Grzegorz Schetyna: – Nie, dziś nie. Wtedy była szansa, aby zbudować także ligę. Ustaliliśmy pewne zasady – prezes mistrza Polski jest przewodniczącym rady nadzorczej PLK, kluby grające w lidze są równe i mają prawo współdecydować o jej strategii, kluczowych decyzjach. Kiedy organizowaliśmy pieniądze na funkcjonowanie ekstraklasy, to część środków dzieliła się na każdy zespół, a druga część była przeznaczona dla tych, którzy osiągają najlepsze wyniki. Nie tylko sportowe, ale także promocyjne i marketingowe. Wszystko po to, aby organizacyjnie słabsi mogli spokojnie funkcjonować. Dla nas bardzo ważne było przebicie się do Europy. Wiedzieliśmy, że to jedyna droga, by się rozwijać. Wszystko udawało się do czasu rzutu Koroniosa, o którym mówiliśmy wcześniej.

Co by pan wybrał – Śląsk Wrocław w finale Euroligi, czy mecz reprezentacji Polski o złoto na EuroBaskecie?

Grzegorz Schetyna: – Zawsze reprezentacja. Nigdy nie będzie tak, że jeden klub stworzy modę na cała dyscyplinę, pociągnie za sobą kibiców w całym kraju. Od wielu lat powtarzam, że w liga musi być wyrównana, musi być zaskakująca i wreszcie nic nie może być od początku do końca przewidywalne. Dwa, trzy czy nawet cztery zespoły nie mogą między sobą decydować o wszystkim, a reszcie pozostawiać roli statystów. Musi być rywalizacja, bo dla emocji kibice przychodzą na halę. Dlatego nigdy nie będzie Śląska, który pan przywołał, w finale Euroligi, bez prawdziwego sukcesu kadry i odbudowania dyscypliny.

O sile ligi siatkarskiej, czy piłki ręcznej stanowią reprezentanci Polski. Wynika to z tego, że w skali światowej rozgrywki ligowe są w czołówce. W koszykówce tak nie jest i pewnie nie będzie. Czy to nie jest kolejny problem basketu?

Grzegorz Schetyna: – Zgadzam się. To szansa i przekleństwo zarazem. NBA płaci takie pieniądze – może nawet za duże – że nikt nie jest w stanie im dorównać. Rozmawiałem z wieloma amerykańskimi koszykarzami na ten temat. Dla nich dostać się do NBA to sytuacja zero-jedynkowa. Być, albo nie być. Były pomysły, aby stworzyć dywizję europejską, czy azjatycką NBA. Ale finansowo nikt nie może tego wyzwania podjąć. W Chinach płacą sporo, ale to wciąż za mało. W siatkówce jest inaczej. Polskie kluby stać na to, aby ściągnąć najlepszych Polaków, gwiazdy reprezentacji odnoszącej wielkie sukcesy, ale też obcokrajowców – choćby czołowych reprezentantów Rosji.

Prezes PZKosz Grzegorz Bachański wypowiada się w ten sposób, że koszykówka bez sukcesów reprezentacji Polski nawet nie drgnie. Czy zgodziłby się pan z taką opinią?

Grzegorz Schetyna: – Tak, tylko co z tego wynika? Co znaczy drgnie? Jak można grać w halach, gdzie przychodzi 1200 osób na mecz i nie sprzedaje się wszystkich biletów. Nie chcę wskazywać poszczególnych miast, aby nie robić im przykrości. Uważam, że koszykówka powinna być w dużych, dobrze oświetlonych halach. Musi być w telewizji zamkniętej i otwartej. Taką drogą 15 lat temu szedł Śląsk Wrocław, a 30 lat temu NBA. To wszystko zostało już wymyślone i z sukcesami realizowane. Warto inwestować w kluby. Zdejmować z nich koszty funkcjonowania, aby skupiły się na pieniądzach dla graczy, a nie dla sędziów, czy komisarzy. Żeby ceny za bilety były przystępne, bo wtedy wypełni się hala, która od razu w telewizji będzie wyglądać lepiej. Jeżeli tak będzie, wówczas zgodzę się, że sukces reprezentacji Polski da szansę na rozwój dyscypliny. Musi być jednak infrastruktura, która na to pozwoli. Wielkiej koszykówki – nawet tej z końca lat 90. – w szkolnych salkach nie zbudujemy.

Słuchając pana rozumiem, że produkt o nazwie „Tauron Basket Liga” ma pewne niedociągnięcia.

Grzegorz Schetyna: – Jak słyszę, że liga ma zostać powiększona, to uważam to za absurd. Z całym szacunkiem dla klubów, które chcą grać w PLK. Musi być jak najwięcej spotkań jak np. to w Słupsku Energii Czarnych ze Śląskiem. To jest sól koszykówki. To przy takich meczach ludzie nie będą zmieniać kanału w telewizorze, bo będą widzieć, że jest to prawdziwe.

Liga musi być zamknięta?

Grzegorz Schetyna: – Nie. Musi być dobrze zorganizowana. Nie może być szesnaście, czy tym bardziej osiemnaście drużyn. Gdzie szukać wolnych terminów, a tym bardziej polskich zawodników? To jest po prostu… Powiem delikatnie, bo pracuję w dyplomacji, nieprzemyślane.

Od kilku sezonów obowiązuje przepis o dwóch Polakach na parkiecie. Ma swoich zwolenników, ale i w dużej mierze przeciwników. Jakie ma pan zdanie w tym zakresie?

Grzegorz Schetyna: – Jestem za tym, aby Polacy grali jak najwięcej, ale nie uważam, żeby dobrym rozwiązaniem było wymuszanie ich gry. To rujnuje budżety klubów, bo muszą przepłacać. Jestem zwolennikiem rynku w sporcie. Gracz powinien zarabiać tyle na ile zasługuje. Niezależnie od tego, jaki ma paszport w kieszeni.

Śledzi pan polski basket na bieżąco. Widzi pan z tego przepisu korzyści?

Grzegorz Schetyna: – Nie.

Andrzej Pluta ostatnio na naszych łamach powiedział. „…Byłem dwa lata asystentem w Anwilu.  Są zawodnicy – nie będę wymieniał nazwisk – którzy mówili mi prosto w twarz, że oni wcale nie muszą pracować, bo i tak będą mieli zespół na nowy sezon, bo i tak Polacy muszą grać. Powiem szczerze, że było mi bardzo przykro.”

Grzegorz Schetyna: – To jest bardzo smutny przykład. Andrzej Pluta jest człowiekiem koszykówki, który w Polsce dał jej bardzo dużo. Jeżeli on wyjeżdża z dziećmi do Hiszpanii, bo nie wierzy w nasz system szkolenia, to znaczy, że nie ma czegoś takiego jak system szkolenia. Na takie pytania powinien odpowiadać PZKosz i jego wydział szkolenia.

Kilka dni temu (rozmowa została przeprowadzona 29 maja przyp.red.) było dosyć głośno w środowisko koszykarskim o tym, że relacja z mistrzostw gier komputerowych wypchnęła z pasma antenowego relację z finału Tauron Basket Ligi. 

Grzegorz Schetyna: – To świadczy o tym, że sama liga nie jest w stanie obronić tego, co zapisała w umowie. Rozumiem, że są wydarzenia, które powodują przesunięcie godziny rozpoczynającej mecz. W tym przypadku tak nie było.

Podobają się panu struktury PZKosz i PLK?

Grzegorz Schetyna: – Nie, bo jedna osoba jest sekretarzem PZKosz, a jednocześnie prezesem ligi. Uważam, że PLK powinna być autonomicznym ciałem. Tak, jak była tworzona Euroliga. Nie może być tak, że część ligi jest w związku i na odwrót. To jest absurd.

Odnoszę wrażenie, że na całą sytuację patrzy pan z dużym dystansem, ale mimo wszystko szuka rozwiązań na poprawę sytuacji koszykówki w Polsce. Czy pan je zna?

Grzegorz Schetyna: – Pracowałem przy koszykówce, to były lata mojej młodości. Poświęciłem wiele czasu, aby to zbudować. Mam własną ocenę tego wszystkiego. Jakość ekstraklasy musi być rzeczywistą jakością, czymś ekskluzywnym. Jeżeli chcemy grać w osiemnaście zespołów to będziemy tracić. Żeby go dobrze sprzedać, towar musi mieć swoją wartość.

W czasach zarządzających Śląskiem Wrocław postawiliście mocno na europejskie puchary. Czy bez tego udałoby się wam osiągnąć te wszystkie sukcesy?

Grzegorz Schetyna: – Wątpię. Moim marzeniem zawsze było to, aby Śląsk był klubem ogólnopolskim. Boston, czy Lakersi to instytucje w skali światowej. Pojechałem jakiś czas temu do Mediolanu na mecz Celticsów w ramach NBA Europe Live Tour. Ludzie z całej Europy nosili ich koszulki. W samolocie spotkałem Polaków, którzy specjalnie jechali na to spotkanie. Uważałem, że Śląsk musi mieć to „coś”. To się udało zbudować w oparciu o polskich zawodników. Tamta drużyna miała charakter i potrafiła wygrać w Madrycie z Realem. Jak mi ktoś mówi, że tamten Real był słaby, to odpowiadam krótko. Niech jakakolwiek polska drużyna – w obojętnie jakiej dyscyplinie – zrobi to samo. Wtedy powiem, że odniosła sukces. To jest symbol dzięki któremu cała Polska kibicowała Śląskowi.

Czy należał pan do grona osób, które nabrały się na sukces polskiej reprezentacji przed EuroBasketem 2013 w Słowenii? Mieliśmy najlepszy możliwy skład, trenera z nazwiskiem, a po tygodniu spakowaliśmy walizki i wróciliśmy do domu. 

Grzegorz Schetyna: – Nie było zespołu. Reprezentacja, która poprzedniego lata wygrywała dwukrotnie z Niemcami, to było to! Robert Skibniewski zatrzymał Denisa Schroedera, który grał w finale konferencji wschodniej NBA. To pokazuje, że ci zawodnicy mają charakter i serce do gry. W Słowenii tego zabrakło. Były takie oczekiwania, wszyscy pojechali żeby wygrywać, a jak było to wszyscy wiemy. To jest historia, z której trzeba wyciągnąć wnioski.

Polski Związek Koszykówki chce wyciągnąć wnioski więc decyduje się na naturalizowanie kolejnego zawodnika. 

Grzegorz Schetyna: – Znam tę sprawę. Chodzi o zawodnika Panathinaikosu Ateny A.J. Slaughtera. Gdyby to robił PZKosz – miałbym do sprawy duży dystans, jak zresztą do wielu rzeczy, które robią. Ale wiem, że zwolennikiem tego pomysłu jest selekcjoner Mike Taylor. Do niego mam zaufanie. Znam jego historię z Niemiec i opinię z Boston Celtics. To jest jego autorski pomysł, który może nam zagwarantować sukces.

Rozumiem, że ogólnie jest pan przeciwny naturalizacji, ale zaufanie do Mike’a Taylora powoduje, że nie mówi pan nie. 

Grzegorz Schetyna: – Wierzę w jego projekt i wizję. Jest człowiekiem pracy. To on doprowadził po kontuzji Rajona Rondo do gry. Ma wizję i powinniśmy mu pomóc.

Miał pan styczność z wieloma trenerami. Czy pana zdaniem Mike Taylor to bardziej selekcjoner, czy trener?

Grzegorz Schetyna: – Jest selekcjonerem, jeśli chodzi o naszą kadrę, ale wiedzy trenerskiej nie można mu odmówić. W Polsce musi być selekcjonerem. Trzymam mocno za niego kciuki.

grzegorz schetyna i mike taylor

Co powinien zrobić PZKosz, jeśli znów z EuroBasketemu wrócimy po rozgrywkach grupowych?

Grzegorz Schetyna: – Nie możemy wrócić po tygodniu. To jest być, albo nie być dla przyszłości polskiej koszykówki.

Aż tak?

Grzegorz Schetyna: – Niestety. Bez tego lepiej nie będzie. Jeżeli będziemy mieć do dyspozycji rozgrywającego Panathinaikosu Ateny, który może grać na dwóch pozycjach, Marcina Gortata, Adama Waczyńskiego oraz trenera, który podejmuje wyzwania, to się nie może nie udać. Nie mówię tego po to, aby wytworzyć presję. Mam wrażenie, że po to mamy właśnie amerykańskiego trenera. Dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Łatwo nie będzie, ale wierzę, że będzie dobrze. Do Francji pojedzie dwunastu koszykarzy, wyjdą na parkiet w biało-czerwonych strojach. I muszą zrobić swoje.

Na tych koszulkach kadry Polski widnieją logo spółek skarbu państwa. Strach pomyśleć co by było z koszykówką, gdyby nie dawały pieniędzy na basket. 

Grzegorz Schetyna: – Byłem teraz na finale piłkarskiej Ligi Europejskiej. Sevilla grała z Dniepropietrowskiem. Na wschodzie kluby często są własnością oligarchów, a u nas spółki skarbu państwa. Uważam, że musi być więcej prywatnego biznesu w sporcie. Zgodzę się, że bez spółek skarbu państwa polski sport byłby w dużo gorszym miejscu.

Śląsk Wrocław, Boston Celtics, Panathinaikos Ateny – w skrócie zielony kolor. Podobno to nie przypadek, że do tych klubów ma pan słabość. 

Grzegorz Schetyna: – Panathinaikos to przypadek… Choć jak myślę o „Koniczynkach” to od razu przypomina mi się mecz we Wrocławiu. Wynik 61:61, rzut Dino Radja na remis, a Raimonds Miglinieks wcześniej nie trafił wolnego.

Jednak Śląsk i Celtics to ulubione pana kluby.

Grzegorz Schetyna: – Zastanawiam się dlaczego Boston Celtics. Jeszcze przed epoką Chicago Bulls i Detroit Pistons to był ten wielki Boston. W Polsce panował wówczas stan wojenny. Oglądaliśmy mecze na kasetach, które ktoś przywoził z USA. O wynikach NBA słuchałem w Głosie Ameryki. Strasznie podobała mi się gra Larry’ego Birda.

Osiemnasty szampan za mistrzostwo Polski Śląska Wrocław trochę się już mrozi…

Grzegorz Schetyna: – Wrocław na to zasłużył. Jestem pewien, że to się uda. To zresztą jest też ciekawa analogia do Boston Celtics, bo oni też mają siedemnaście tytułów mistrzowskich.

Kibic koszykówki może spać spokojnie?

Grzegorz Schetyna: – Niech śpi spokojnie. Ważne, aby miał ją gdzie oglądać w telewizji i pójść na przyzwoitą halę zobaczyć dobre widowisko. Kibicom trzeba to dostarczyć, aby mieli wybór. Koszykówka jest dobrym wyborem.

Rozmawiał Paweł Łakomski

grzegorz schetyna

fot. Paweł Pietranik

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze