Halo Taxi, 150 kg i byle nie przez Chicago – historia Asseco Prokomu Gdynia

Data:

Piątek 7 listopada, Gdynia. Redakcja OFENS! odwiedza biuro Asseco przy ul. Podolskiej 21. Z Małgorzatą Rudowską i Robertem Wierzbickim spotykamy się dzień po historycznym zwycięstwie PGE Turowa Zgorzelec w Eurolidze. Oni podobne chwile przeżywali wiele lat temu, kiedy klub mieścił się jeszcze w Sopocie. Jak było kiedyś, a jak jest teraz? To będzie krótka historia sopocko-gdyńskiego klubu w pigułce wzbogacona anegdotami, o których nikt wcześniej oficjalnie nie mówił.

Ach, ta Euroliga

My na pierwsze zwycięstwo właściwie w ogóle nie czekaliśmy – mówi Małgorzata Rudowska.

Faktycznie. Prokom Trefl Sopot, który parę miesięcy wcześniej odebrał tytuł mistrzowski Śląskowi Wrocław, w Eurolidze pierwszy mecz wygrał na inaugurację. I to nie byle gdzie.

Belgrad i ten tłum rozwścieczonych kibiców, którzy byli gotowi na wszystko. Nie ukrywam, że zastanawiałam się, czy powinnam była tam być – wspomina Rudowska.

Euroliga, to temat na najbliższe „kilka” linijek. Prokom Trefl, a następnie Asseco Prokom w koszykarskiej „Lidze Mistrzów” występował przez 9 sezonów. Już jako koszykarski „żółtodziób” awansował do najlepszej szesnastki Euroligi. Przez kolejne lata udowodnił, że nie był to przypadek. Wracając do początków…

Pamiętam pierwszą wizytę przedstawicieli Euroligi w Trójmieście. W hotelu Marina wynajęliśmy salę konferencyjną i musieliśmy przejść weryfikację. Oceniał nas wtedy Jordi Bertomeu. Najważniejsza była hala Olivia. Był to wówczas jedyny obiekt w Trójmieście, który nadawał się do organizacji spotkań Euroligi. Choć też nie do końca. Pojemność nie stanowiła problemu, ale parkiet musieliśmy kłaść na lodowisku – opowiada Małgorzata Rudowska.

Na tamten moment to był ewenement na skalę europejską. Klub na dwa dni przed spotkaniem zamieniał lód na lśniące drewienko. Między innymi z tego powodu, często podczas meczu wśród kibiców można było usłyszeć głosy – dlaczego tutaj jest tak zimno?

Stawialiśmy specjalne agregaty, aby uzyskać 20 stopni na hali. Poza tym musieliśmy zmagać się z charakterystycznym zapachem przepoconych hokeistów i stęchlizną obiektu – mówi Robert Wierzbicki.

Euroliga mezczyzn. Prokom Trefl Sopot vs Olympiacos Pireus. 04.01.2007

Euroliga, hala Olivia 2007 rok – Prokom Trefl Sopot vs. Olympiacos Pireus. Drugi od prawej Robert Wierzbicki fot. Wojciech Figurski

Nagrody, nagrody, nagrody!

Kiedy naszym rozmówcą proponujemy powrót do euroligowych lat, dyktafon ma co „zbierać”. Zgodnie twierdzą, że był to najlepszy czas w historii klubu. Sporo nauki, doświadczeń, a także satysfakcji. Dobre wyniki nie odnosili tylko koszykarze, ale również pracownicy.

Nagrodę dla najlepszego managera otrzymał prezes Asseco Prokomu Przemysław Sęczkowski. Ponadto wyróżniono pion marketingu, który dwa lata z rzędu plasował się na podium – drugie i trzecie miejsce.

Co więcej, byliśmy poproszeni w 2011 roku o poprowadzenie wykładu na Euroleague Marketing Summit. Pamiętam, że przedstawiciele piłkarskiej FC Barcelony kończyli swoją prezentację, a my wchodziłyśmy zaraz po nich. Ostatnio wspominałam z Izą Kuc, że wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy jakie było to duże wyróżnienie – opowiada Rudowska.

nagroda

Małgorzata Rudowska (pierwsza z prawej) i Iza Kuś odbierają nagrodę z rąk prezydenta Euroligi, Jordi Bertomeu fot. Euroliga

Halo taxi!

Euroliga od Trójmiasta jest dziś daleko. Wspomnień jednak nikt pracownikom Asseco Gdynia nie zabierze. O czym najczęściej opowiadają znajomym przy grillu?

Ciągle powtarzam naszą historię przed pierwszym spotkaniem ćwierćfinału w Pireusie. Po raz pierwszy na mecz nie przyjechaliśmy autokarem, a taksówkami. Olympiacos zapomniał nam podstawić transportu. Godzinę przed wyjazdem rozmawiałem z kierowcą, a po całej sprawie przedstawiciele Olympiacosu tłumaczyli, że miał zawał – opowiada Robert Wierzbicki.

Brzmi to śmiesznie, ale nikomu wówczas nie było do śmiechu. Do najważniejszego spotkania w karierze wielu zawodników pozostała nie więcej niż godzina. Zamiast skupiać się na rozgrywaniu spotkania w głowie, trzeba poustawiać… kto do której taksówki wsiądzie.

Pomógł nam pan z recepcji, który okazał się fanem Panathinaikosu Ateny. „Zaraz zorganizuję transport. Wiecie czemu? Bo tych z Olympiacosu nienawidzę!” – ciągle powtarzał. Teraz się z tego śmiejmy, ale wtedy był ogromny stres – dodaje Wierzbicki.

taxi

Akcja „Taxi Pireus”. To Robert Wierzbicki był wówczas podstawowym rozgrywającym Asseco Prokomu Gdynia.

Gra w Eurolidze to ciągłe podróże. Robert Wierzbicki lotniska we Frankfurcie, czy Monachium zna jak własną kieszeń. Dopóki klub nie zainwestował w czarter, zawodników praktycznie za każdym razem czekała przesiadka. Kto sporo podróżuje ten wie, że na lotniskach potrafią dziać się cuda

Bagaże gubiliśmy stosunkowo często. Ile razy? Wolę nie myśleć. Przesiadki miały też inną wadę. Nie dla wszystkich koszykarzy lot samolotem to przyjemna rzecz. Pamiętam, że Milan Gurović bał się latać, a wcześniejszych latach Dragan Marković.

Byle nie przez Chicago

Gdyby nie koszykarska „Liga Mistrzów” w Gdyni, prawdopodobnie nigdy do naszej ligi nie przyjechałby Qyntel Woods. Przez wielu uznawany za najlepszego zawodnika w historii PLK. Nikt Amerykanina nie zna lepiej, niż właśnie pracownicy Asseco. Kiedy zapytaliśmy ich o jedno skojarzenie z zawodnikiem AZS Koszalin, zgodnie mówią – talent.

Pytaliśmy o jego charakter, sposób bycia kilkanaście osób. Znaliśmy jego przeszłość oraz łatwość do zmian barw klubowych. Postawiliśmy sobie jednak za cel, aby u nas czuł się dobrze, a wtedy odda nam bardzo wiele – wspomina Małgorzata Rudowska.

Latem, podczas spotkania kadry Polski byliśmy świadkami jak Qyntel serdecznie wyściskał się z Robertem Wierzbickim. Czy Woods negocjując kontrakt z AZS pytał Roberta gdzie jest Koszalin, bo nie za bardzo pamięta?

Nie, nie pytał się, ale zdaje się napisał na Facebooku, czy Twitterze, że nie do końca wie gdzie jedzie.

Redakcji OFENS! udało się ustalić, że latem przedstawiciele koszalińskiego klubu nie do końca byli pewni, czy Qyntel Woods wsiądzie do właściwego samolotu i pojawi się na czas w Polsce. Na przyszłość pracownicy Asseco Gdynia mają radę dla AZS i następnych pracodawców „Q”.

Qyntelowi nie powinno się kupować biletu lotniczego przez Chicago. Nikt nie ma z nim wówczas żadnego kontaktu. Znika na parę dni nie wiadomo dlaczego – wspominają.

qw

150 kg, proszę

Skoro jesteśmy już przy anegdotach. Krążą legendy o sile Tomasa Pacesasa. Dawno temu – podobno – trwa trening na siłowni. Adam Hrycaniuk bierze na klatę 120 kg. Następny śmiałek to Piotr Szczotka – 130 kg! W kącie słychać śmiech. Tomas Pacesas prosi „Masera” aby założył na sztangę 150 kg.

(śmiech) Tomas był zdecydowanie najsilniejszym zawodnikiem w historii naszego klubu – deklaruje Małgorzata Rudowska.

Robert Wierzbicki z kolei dodaje.

Od razu przypomina mi się z sytuacja z lotniskowych busów. Po wygranych meczach zawodnicy byli w dobrych humorach i zakładali się go więcej razy podciągnie się na autobusowym drążku. Rozumiem, że nie muszę mówić kto zazwyczaj wygrywał?

O stylu prowadzenia zespołu przez Pacesasa też krążą legendy. Na zewnątrz wszyscy powtarzali, że terroryzuje koszykarzy, bez przerwy na nich krzycząc. Małgorzata Rudowska zdradza nam, że Tomas jak mało kto potrafił odpowiednio podejść do koszykarzy.

Kibice mieli pretensję, że na zawodnika X krzyczy, a na Y już nie. Jak Davidowi Loganowi zwróciło się mocniej uwagę, to zamykał się w sobie niestety. Po innych to spływało, a po nim nie. Niektórzy gracze mieli pretensję o to, że nie są na plakacie meczowym.

5. mecz finalu PLK. Prokom Trefl Sopot vs BOT Turow Zgorzelec. 31.05.2007

Tomas Pacesas jeszcze jako zawodnik, ale już w sumie jako trener. fot. Wojciech Figurski

O awansie Asseco Prokomu do najlepszej ósemki Euroligi napisano już wszystko. Drugim ogromnym sukcesem było otrzymanie licencji A, która gwarantowała grę przez trzy lata w koszykarskiej elicie.

Biedny klubik z Polski na tle Europy dostał takie wyróżnienie, a nie np. Chimki Moskwa. Władze Euroligi na przestrzeni tych wszystkich lat doceniły nasz wysiłek.

Mało kto wie, że gdyby Asseco Prokom po mistrzostwie Stelmetu wyraził dalej chęć gry w Eurolidze, to zielonogórzanie graliby tylko w kwalifikacjach.

Euroliga zwróciła się do nas z zapytaniem, czy chcemy grać, ale wiedzieliśmy, że finansowo nie damy radę, dlatego skorzystała na tym Zielona Góra – mówi Rudowska.

Nowe życie

Po wielu latach bycia na topie klub z Gdyni musiał przystopować. Sytuacja finansowa nie pozwoliła walczyć już o najwyższe cele. W środowisku koszykarskim mówiono wówczas, że to koniec Asseco i wycofują się z basketu. Tak się jednak nie stało. Klub popadł w sen zimowy i ciekawe kiedy znów się obudzi. Z takim stwierdzeniem nie zgadza się Robert Wierzbicki, który szybko nas skontrował.

Nie, nie, nie. Żaden sen zimowy. Zmieniliśmy po prostu strategię. Mamy mniejszy budżet, ale skorzystali na tym młodzi polscy koszykarze. Wcześniej nikt na nich nie postawił, siedzieli przyspawani do ławki rezerwowych.

Idealnym przykładem jest Filip Matczak. Być może teraz przesadzimy, ale jego dotychczasowa historia to materiał na całkiem niezły scenariusz. Niechciany w Zielonej Górze, za sprawą morskiego powietrza wrócił do koszykarskiej rzeczywistości. Kiedy przychodzi mu rywalizować z była drużyną jest najlepszy na parkiecie. Zapowiada się pięknie. Wkrótce w kinach!

Wracamy do biura Asseco

Twardo stąpamy po ziemi. Nie tworzymy wirtualnych budżetów. Naszym głównym celem jest wypłacalność. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś po miesiącu pracy nie otrzymał wynagrodzenia – mówi Rudowska.

W naszej rozmowie potwierdzili, że budżet Asseco Gdynia wynosi 2 miliony złotych. Rzuciliśmy hasło, że to pewnie tyle co pensja Qyntela Woodsa. Znów szybko dostaliśmy kontrę.

Nie, to są właśnie mity na nasz temat. Oczywiście zdarzały się czasy, że kontrakty były przepłacane, ale tyczy się to sezonów odległych i jednego z ostatnich – zdradza Rudowska.

Jakie są dziś cele i strategia działania Asseco Gdynia?

Chcemy stawiać na młodych. Tak jak kiedyś postawiliśmy na Adama Hrycaniuka, który pamiętam na testy przyjechał pociągiem, Przemysława Zamojskiego, czy Mateusza Kostrzewskiego.

dedko

fot. Artur Podlewski

Jeszcze wrócą!

Kibice gdyńskiego klubu mogą być spokojni o następne lata. Firma Asseco nie zamierza wycofywać się ze sponsorowania zespołu. Umowa podpisana jest do 2018 roku. Cieszą się z tego również pracownicy klubu, którzy po tylu latach nie wyobrażają sobie pracy w innym miejscu.

Wiele osób pytało mnie dlaczego siedzę przy koszykówce jeśli mam inne możliwości zawodowe, ale to wciąga. Inna rzecz, że Asseco Gdynia to grupa ludzi, która do swoich obowiązków podchodzi z sercem – mówi Małgorzata Rudowska.

Na sam koniec zapytaliśmy Małgorzatę Rudowską i Roberta Wierzbickiego czy Asseco Gdynia jeszcze pokaże na co ich stać. Zgodnie odpowiedzieli.

– Oj tak. Na pewno.

10805183_10202067676773897_1516116935_n

Paweł Łakomski, właściciel OFENS.co,  odpytuje w biurze Asseco Gdynia Małgorzatę Rudowską i Roberta Wierzbickiego. fot. Mariusz Mazurczak

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze