Hiszpański sen rodziny Andrzeja Pluty. (REPORTAŻ)

Data:

W maju 2014 roku Andrzej Pluta zamieścił na swoim profilu na Facebooku oświadczenie. Poinformował, że wyjeżdża z Polski do Hiszpanii, do Madrytu, wraz ze swoją rodziną – żoną Justyną i synami Andrzejem juniorem (rocznik 2000) i Michałem (rocznik 2002). Pluta wybrał to miasto ze względu na warunki, które otrzymali chłopcy do swojego koszykarskiego rozwoju. Po roku sprawdziliśmy na miejscu, jak decyzję o przeprowadzce ocenia były reprezentant Polski.

Na miejsce rozmowy wybieramy ławkę z tyłu hali treningowej Estudiantes – klubu, w którego sekcjach młodzieżowych grają zarówno Andrzej, jak i Michał. Na boisku tuż obok gra kilkoro dzieci, mimo że słońce mocno daje o sobie znać. Pytam Andrzeja i Justynę, jak oceniają decyzję o wyjeździe.

Andrzej: To była bardzo trudna, ale dobra decyzja. Chłopaki mają tutaj świetne możliwości rozwoju, zdecydowanie lepsze niż w Polsce. Chodzi nie tylko o kwestie sportowe, ale i organizacyjne. Tutaj na przykład każdy klub ma 7-8 trenerów od przygotowania fizycznego, a u nas zazwyczaj jednego, jeśli w ogóle. Andrzej trenuje trzy razy w tygodniu po 3,5 godziny, czyli łącznie 11,5 godziny. Z tego 4,5 godziny spędza na siłowni. Zawsze przed bieganiem z piłką są ćwiczenia siłowe – ogólnorozwojowe, stabilizacyjne i z gryfami. Michał z kolei ma treningi cztery razy w tygodniu po 2 godziny 15 minut, w tym trzy razy po około godzinę ćwiczeń siłowych.

Okazuje się, że niektóre kwestie organizacyjne są rozwiązywane w dość specyficzny sposób.

A: Dla grup młodzieżowych nie ma tutaj z góry ustalonego terminarza na cały sezon. Czasami jest tak, że trener wysyła im wiadomość na Whatsappa o 23 –„ jutro gramy mecz o 15” i oni muszą być gotowi. Inną ciekawostką jest to, że młodsze grupy, czyli na przykład te, w których jest Michał, przez cały rok trenują na dworze.

Zauważam, że Hiszpanie nie mają jednak co roku do czynienia ze śniegiem.

A: Ale w Madrycie klimat jest specyficzny, o czym nawet nie wiedzieliśmy przed przyjazdem. Dookoła są góry. I też potrafi być zimno. U nas jest nie do pomyślenia, żeby ktoś trenował na zewnątrz w 2 stopnie. Przy czym to są dwa stopnie na termometrze, a odczuwalnie? A tutaj nie ma problemu. I oni robią motorykę tutaj.

Pluta wskazuje na asfaltową alejkę, przy której siedzimy.

Justyna: u nas w Polsce to jest nie do pomyślenia, bo od razu rodzice powiedzieliby: „mój syn tak nie może trenować na zewnątrz, bo zaraz zachoruje”, a tu tak się ćwiczy przez cały rok.

A: Przyjechaliśmy tu po to, aby uczyć się koszykówki od najlepszych. Hiszpanie mają najsilniejszą ligę w Europie, najlepiej szkolą młodzież, dlatego cieszymy się, że dzieci powolutku wyrabiają sobie pozycję w swoich zespołach, są liderami, można powiedzieć, co nas cieszy, bo mają rywalizację na najwyższym poziomie. Andrzej gra z najlepszymi w kraju w swoim roczniku [Estudiantes są mistrzami Hiszpanii rocznika 2000], Michał nawet z rok starszymi od siebie.

junior

Koszykówką koszykówką, ale dla dzieci równie ważna jest adaptacja do nowych warunków, zwłaszcza w szkole i z rówieśnikami. Jak udało się przez to przebrnąć?

A: Ten rok na pewno był bardzo trudny. Chłopaki chodzą normalnie do zwykłej, publicznej szkoły i muszą uczyć się języka. Proszę sobie wyobrazić na początku – iść do szkoły i nic nie rozumieć. Przychodzili z lekcji do domu, chcieli zrobić zadanie, to potrzebny był translator. Ale wszystko sobie przemyśleliśmy. Przyjeżdżając tutaj, daliśmy im rok na zaadaptowanie się. Będą potem powtarzać tę klasę, bo nie ma innej możliwości. Wzięliśmy korepetycje z języka. Mamy panią Ewę, która jest w Hiszpanii już od 20 lat i uczy chłopaków trzy razy w tygodniu hiszpańskiego od podstaw. Po dziewięciu miesiącach jest naprawdę fajnie – komunikują się nieźle, piszą już sami, bez pomocy translatora. Ale to jest ciężka praca – 7 godzin szkoły, godzina korepetycji, potem 3 godziny treningów, w weekendy też po dwa mecze. Można powiedzieć, że pracują jak dorośli. Ale innej drogi nie ma, jeżeli chce się coś osiągnąć w sporcie. Tym bardziej że kariera jest krótka. Sam wiem, bo grałem do 37. roku życia, a to i tak nie jest źle. W sporcie nie ma kompromisów. Trzeba się temu poświęcić całkowicie.

Naszą siłą jest to, że jesteśmy tu razem. Spędzamy ze sobą sporo czasu, pomagamy sobie nawzajem. Ktoś powie: co my tu robimy, skoro nie pracujemy? Mamy tyle zajęć, tyle stresów, wszystko podporządkowujemy dzieciom. Ale absolutnie nie robimy im aż takiej presji, że mają tu osiągnąć nie wiadomo co. Dajemy im możliwości, ale też wymagamy, żeby wszystko robili na poważnie. Jeżeli powiedziało się, że chcesz trenować, to musisz trenować. Nie możesz zawieść trenera, kolegów z drużyny. Uczymy ich profesjonalizmu. Po roku naprawdę widać progres, zwłaszcza w kwestii przygotowania fizycznego. Po Andrzeju widać to bardziej niż po Michale, bo ma więcej tych ćwiczeń. Ale my też widzimy, jakie zrobił postępy, na przykład w obronie. Chociaż wiadomo, że bardzo długa droga jeszcze przed nimi – mówi były reprezentant Polski.

Na Andrzeja juniora zwrócił niedawno uwagę jeden z hiszpańskich serwisów koszykarskich. W styczniu, podczas turnieju w Gironie kadeci Estudiantes dotarli do finału, w którym wprawdzie przegrali, ale Andrzej rzucił w nim 40 punktów. W marcu Estudiantes pokonali w finale Torneo de Ciudad Alcala lokalnego rywala – Fuenlabradę, a starszy syn otrzymał nagrodę MVP turnieju, rzucając średnio 19,8 punktu w meczu. Hiszpański dziennikarz zaznaczył, że Andrzejowi bili brawo rodzice graczy z przeciwnych drużyn, po czym zakończył artykuł zdaniem: „nie straćcie go z oczu”.

A: Cieszymy się, bo jesteśmy skromnymi ludźmi. Nie lubimy się chwalić, nie dzwonimy do Polski, bo to nie ma sensu. Ale cieszymy się, że ludzie w Hiszpanii ich docenili.

J: Co jest najważniejsze? Że nawet mimo chwil zwątpienia wiemy, że warto iść dalej. Co jakiś czas pojawiają się naprawdę miłe momenty, jak ten z nagrodą MVP, takie plusiki, które motywują do dalszej pracy. Tłumaczymy, że warto się poświęcać dla takich chwil.

A: Im więcej się zmienia, tym więcej trzeba udowadniać – sobie, trenerom i wszystkim dookoła. Chłopaki powoli mają już styczność z presją, co uważam za pozytyw. Im wcześniej, tym lepiej.

MG_6764-500x550

W oświadczeniu opublikowanym przed wyjazdem pojawiło się sformułowanie, że Plutowie wyjeżdżają „pewnie na kilka lat, a może na całe życie”. Pytam, czy da się już określić, ile czasu będzie trwała ich rozłąka z Polską.

A: Jest jeszcze za wcześnie, żeby powiedzieć, jak długo tu zostaniemy. Przyjechaliśmy do Hiszpanii po to, żeby Andrzej i Michał osiągnęli jak najwyższy możliwy poziom sportowy. Jeżeli im się to uda, to będą mogli grać wszędzie. A do tego Madryt jest bardzo sportowym miastem, naprawdę jest co oglądać. Dwa tygodnie temu – niesamowicie duży turniej w Tres Cantos, tuż obok Madrytu, chłopców z rocznika 2002, czyli Michała. 40 drużyn – Malaga, Saragossa, Real, Alba Berlin, zespół z Macedonii – trzy dni i siedem meczów. Kolejny tydzień – mistrzostwa Hiszpanii zespołów juniorskich – 6 dni, 32 drużyny. Cały turniej byliśmy na hali, poznaliśmy wszystkie zespoły. Następnie – młoda Euroliga i Final Four. Kolejny tydzień – grają kadeci. Do tego ACB. Widzieliśmy już bardzo dużo koszykówki na najwyższym poziomie. Nasze dzieci rywalizują z Realem, Barceloną.

Co tu dużo mówić, wszystko brzmi jak w bajce. Pytam więc, czy taki rozwój jest możliwy u nas.

A: U nas trzeba zmienić szkolenie od podstaw. Nie możemy szkolić niektórych elementów, dopiero jak dzieci mają 16 lat. Tutaj szkolą od momentu, jak dzieci mają 6 lat. I to przynosi efekty. My też mieliśmy w Polsce szkółkę przez rok, Pluta Basket. Po zakończeniu kariery wróciłem na Śląsk, chciałem otworzyć szkółkę. Pomyślałem: Śląsk – duża aglomeracja. I po 5-6 miesiącach mieliśmy 40 dzieciaków, które codziennie przychodziły na treningi, czyli zapotrzebowanie było. Ale co się okazało? Nikt mi nie chciał pomóc. Wszystko musiałem finansować prywatnie lub ze składek. A tak się nie da, bo sport młodzieżowy wiąże się z dużymi kosztami. Proszę popatrzeć tutaj – Real Madryt ma siedmiu trenerów w grupie młodzieżowej. A u nas jeden trener ma 4 grupy. Jak można wtedy zwracać uwagę na detale? A to jest kluczowe w szkoleniu młodzieży.

J: Powinien być jakiś projekt szkolenia dzieci, a nie że każdy sobie rzepkę skrobie. Jeden trener uczy dzieci podstaw, tak jak on uważa, a inny inaczej.

A: Odgórnie powinien być jeden plan szkolenia, że 10-latek musi uczyć się, dajmy na to, kozłowania, podawania i rzucania. 12-latek czegoś innego. W Hiszpanii, co u nas jest chyba nie do pomyślenia, są osobni menedżerowie w klubie, którzy zarządzają trenerami w seniorach, i w grupach młodzieżowych.

Na boisko, przy którym siedzimy, przychodzą akurat Andrzej junior i Michał. Chociaż jest piątek w południe, nie mają lekcji, bo dziś przypada święto patrona Madrytu i szkoły mają wolne. Mimo tego, że koszykówka zabiera im większość czasu, chłopcy wolne chwile też wykorzystują na granie. Pluta kontynuuje:

A: Powiem szczerze – marzy mi się być takim koordynatorem trenerów. Może mi się kiedyś uda, żeby mieć zorganizowany jeden plan szkolenia, dzielić się tym wszystkim ze szkoleniowcami. Tutaj, i na przykład też na Litwie, trenerzy zamieniają się grupami co pół roku. Dzięki temu mogą zauważyć, co jest do poprawki.

WARSZAWA 24.06.2013 MG 13 MARCIN GORTAT CAMP DZIECI KOSZYKOWKA MARCIN GORTAT CAMP FOR KIDS BASKETBALL NZ andrzej pluta , uczestnik participant , tauron , asus , marketing FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

MG 13 MARCIN GORTAT CAMP DZIECI KOSZYKOWKA
FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Z całej naszej dotychczasowej rozmowy można by wysnuć wniosek, że w Polsce wszystko jest nie tak. Pytam, czy da się u nas znaleźć jednak jakieś pozytywy.

A: To nie chodzi o to, że krytykujemy Polskę, bo jest tak źle i dlatego wyjechaliśmy. Mówiłem to przed wyjazdem: zarówno ja, jak i nasze dzieci nauczyły się koszykówki w Polsce. Nie jest tak źle. Po turnieju, na którym byliśmy w kwietniu w Paryżu, mogę powiedzieć – mamy niesamowite talenty, nawet na tle Hiszpanii. Ale styl gry u nas – bardzo wolny, i to nie chodzi o jedną kadrę, ale o całą Polskę. Wiemy, bo jak nasze dzieci grały u nas, to czasami po meczu nawet nie były spocone.

Turniej Lions Cup, o którym mówi Pluta, odbył się na początku kwietnia w Paryżu. Wzięło w nim udział sześć drużyn z roczników 2000 i 2001: KK Zagrzeb, Spars Sarajewo, szkoła Arvydasa Sabonisa, OKK Belgrad, miejscowy zespół Charenton St Maurice i polska kadra U15. W jej składzie był Andrzej junior, który podczas zawodów wygrał konkurs rzutów za 3 punkty.

J: W Polsce Andrzej i Michał grali może na 60 procent swojej kondycji. A tutaj grają na 100 procent. Tutaj przyjeżdża nawet najsłabsza drużyna i jest niesamowicie wybiegana. I to nie jest tylko kwestia Hiszpanii, tak samo jest w Serbii, we Francji.

A: Widzieliśmy teraz mecz młodej Euroligi Łotyszy z drużyną z Paryża. Wszyscy atletyczni, agresywni. A u nas w każdej kadrze też są takie talenty, tylko potem nie ma to przełożenia na seniorską koszykówkę. Był rocznik wspaniały – wicemistrzowie świata. OK, Karnowski w Stanach, Gielo w Stanach, Ponitka w Belgii, a gdzie jest reszta? Michalak nawet nie jest liderem w polskiej lidze. Tego nam brakuje. Gdzieś ci zawodnicy potem giną.

A do tego też powiem, że polscy zawodnicy są wygodni. Nie chcą wyjeżdżać, jest im dobrze. Mają pieniądze, nie muszą nic udowadniać, bo dwóch Polaków musi być na parkiecie, czyli automatycznie w drużynie musi być czterech-pięciu. To jest nasza polska mentalność, że jak nie trzeba, to się nie będę wysilał. Kiedy ja byłem młody, nie było tak łatwo wyjechać, bo nie byliśmy w Unii. Za granicą musiałbym grać jako Amerykanin. Teraz wszystko jest pootwierane. Chcę – jestem w Polsce, chcę – jadę do Francji, do ligi Pro B. Sam zaryzykuję, zobaczę, czy jestem taki dobry. A teraz króluje minimalizm.

Czułem to wtedy i czuję to dzisiaj, że do Polaków za granicą nie ma szacunku. Wiem, bo grałem w reprezentacji 12 lat. Jak rozdawali szatnie, to najgorsza, ostatnia była dla nas, bo to Polacy. Jak do Polski przyjeżdża obcokrajowiec, to wszyscy się z nim pieszczą. A jak tutaj przyjeżdża obcokrajowiec, to jeśli nie pokaże, że faktycznie jest lepszy, dostaje kopniaka w tyłek i do widzenia – motywuje Andrzej Pluta.

image108309

Dopytuję więc o przepis z dwoma Polakami na parkiecie. Ze słów Pluty wynika, że najchętniej by go zmienił.

A: Powiem tak: najlepiej wspominam przepis z lat 90. To były najlepsze lata polskiej koszykówki – dwóch Amerykanów, trzech Europejczyków i pięciu Polaków. Wtedy była dziesiątka meczowa, teraz jest dwunastka, więc trzeba by to pewnie jakoś inaczej policzyć. Ale nie było obowiązku grania Polakami. Muszą sobie wywalczyć i wypracować miejsce. Jeżeli trener widzi, że ma jednego dobrego Polaka, to grał jednym, a czterech siedziało i musiało walczyć. A mam doświadczenie teraz, bo byłem dwa lata asystentem w Anwilu, że są zawodnicy – nie będę wymieniał nazwisk – którzy mówili mi prosto w twarz, że oni wcale nie muszą pracować, bo i tak będą mieli zespół na nowy sezon, bo i tak Polacy muszą grać. Powiem szczerze, że było mi bardzo przykro.

Generalnie nasza mentalność – oczywiście nie wszystkich, ale sporej części – jest tragiczna. Jak mam zarobić u siebie 2500 euro, to nie pójdę za 2500 euro do Francji. A ja poszedłem. Bo chciałem udowodnić coś sobie i innym, a może też wskoczyć na wyższy poziom. I to samo zrobiliśmy z naszymi dziećmi. Co z tego, że chłopcy osiągnęliby sukcesy w Polsce, jak skończyliby wiek juniora i co dalej? I to widać po naszych reprezentacjach młodzieżowych, wszystkie poza jedną grają w dywizjach B – mówi były zawodnik m.in. Anwilu Włocławek.

Andrzej junior został w ubiegłym roku mistrzem Polski do lat 14 z TKM Włocławek, podobnie zresztą jak Michał, który mimo tego, że jest dwa lata młodszy, występował w tej samej drużynie. Andrzej zdążył już zagrać dla polskiej reprezentacji U15 podczas wspomnianego turnieju w Paryżu.

A: A na koniec też stanę trochę w obronie trenerów. Jeżeli u nas w Polsce nie zmieni się system opłacania trenerów młodzieżowych, to dobrze nie będzie. U nas 90 procent trenerów, którzy pracują z młodzieżą, to są nauczyciele, którzy normalnie pracują w szkołach i do tego są trenerami. Kiedy jeździliśmy po Polsce, poznaliśmy wielu trenerów-pasjonatów, którzy chcieliby się poświęcić, ale nie mogą, bo mają rodziny, chcą się utrzymać, a trener, który zdobywa młodzieżowe mistrzostwo Polski, pracuje za paręset złotych.

Podbiegają do nas obaj synowie. Michał ma na sobie koszulkę Johna Walla. Pluta śmieje się.

A: Michał koleguje się z czarnymi chłopakami, a oni mu ciągle mówią – Michał, ty to tylko na zewnątrz jesteś biały, ale tak naprawdę w środku jesteś czarny.

Pytam chłopaków, jak minęło im te dziewięć miesięcy od przyjazdu.

Andrzej junior: Wiadomo, że na początku było ciężko, bariera językowa. Pierwsze cztery miesiące, pół roku to była trudna sprawa, ale teraz? Jest fajnie. Lepsza pogoda, inna mentalność. Na treningach nie ma żadnego chodzenia, ciągle się biega, cały czas trzeba pracować na 100 procent.

Przy okazji dowiaduję się, że hiszpańska szkoła a polska to dwa różne światy. Nawet z matematyką jest inaczej. Inaczej liczą. Odejmowanie, mnożenie wyglądają zupełnie inaczej niż u nas. Słyszę, że trudno to wyjaśnić, to trzeba zobaczyć. Na dodatek są tu dość ciekawe przedmioty – na przykład technologia. I zadania o rurach i łączeniach. Wcale nie na żadnym profilu, tylko dla całej klasy. Andrzej w Polsce byłby teraz w drugiej klasie gimnazjum, a tutaj jest w trzeciej. Michał z kolei chodziłby u nas do ostatniej klasy podstawówki, a tu jest w pierwszej gimnazjum. Co ciekawe, w swojej klasie ma tylko sześć osób z jego rocznika, a reszta – nawet dwa lata starsi, bo sporo osób powtarza rok.

Na pytanie, czy tęskno im za Polską i czy chcieliby wrócić, pada szybka i krótka odpowiedź: „nie”. Pluta dodaje potem zresztą, że nie będą wracali również na wakacje. Chcą zobaczyć i poznać resztę Hiszpanii.

Swoją historią Pluta chce się podzielić z innymi. Całą swoją koszykarską karierę (i nie tylko) zebrał w autobiografii, która ma się niedługo ukazać w Polsce.

A: Książka jest skończona, teraz jest robiona druga korekta. Cieszę się bardzo, bo była pisana na początku bardziej dla rodziny, ale ostatecznie będzie dostępna dla każdego. To ma być opowieść o naszej rodzinie, o pasji i o tym, że wszystko można osiągnąć. Ja nie byłem zawodnikiem, który miał nie wiadomo jaką fizyczność, skoczność, talent. Ja to sobie wszystko wypracowałem. I ona ma mieć taki przekaz. Może gdy jakiś młody chłopak to przeczyta, to uwierzy, że wszystko można osiągnąć ciężką pracą.

Z Madrytu,

Radosław Spiak

DSC04033

Andrzej Pluta i jego rodzina w Madrycie. Od lewej Andrzej junior, żona Justyna oraz najmłodszy Michał.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Redakcja OFENS!

Komentarze