Instruktor prawa jazdy, rekordzista w wężyka i kapitan. Poznajcie Marka Łukomskiego

Data:

Jako pierwszy polski koszykarz zakończył mecz z dorobkiem triple-double. Rozgrywający o ksywce Many, która wcale nie ma nic wspólnego z pieniędzmi. Pracował w Anglii oraz jako instruktor prawa jazdy. Z Markiem Łukomskim spotykamy się w Szczecinie, aby szersze grono kibiców Tauron Basket Ligi mogło bliżej poznać nowego trenera King Wilków Morskie. Choć rozmawiamy o koszykówce, to jak się przekonacie jednym z głównym wątków będzie parkowanie samochodu. Z niekorzyścią dla nas.

Wywiad z naszym bohaterem zaczyna się nietypowo. Pierwszy raz zdarzyło nam się spisywać rozmowę nie od naszego pytania, tylko od…

Marek Łukomski: Wiem, że lubisz takie rzeczy wykorzystywać, więc dlatego dla siebie wybrałem butelkę coli z napisem „Łowca”, tobie przypadł „hipster”. Nie żebym tak uważał, tylko pierwsza butelka była z napisem „kochanie”, a takiej nie chciałem ci dać…

Paweł Łakomski: To możemy od tego zacząć. Marek Łukomski, łowca zwycięstw w sezonie 2015/2016? 

Chciałbym żeby tak było, aby jedna buteleczka coli mogła to zagwarantować. A tak na poważnie, zobaczymy co się stanie w sezonie. Nie ma co planować. Mamy swoje cele. Co z tego wyjdzie? Parkiet zweryfikuje.

Szczecin. Twoje miasto, tutaj się wychowałeś, także koszykarsko. Lepszego miejsca na początek kariery pierwszego trenera chyba być nie mogło, prawda?

Chyba tak. Jestem u siebie w domu, znam całe środowisko. Wydaje mi się, że  lepszego miejsca na start nie mogłem sobie wymarzyć. Dodatkowo trafiłem do klubu z aspiracjami. Tutaj nie ma założenia, aby tylko nie spaść z ligi. W King Wilkach pracują ludzie, którzy chcą wygrywać, chcą zbudować modę na koszykówkę w Szczecinie. Mi to pasuje.

Kiedy dokładnie pojawił się pierwszy telefon ze Szczecina?

W trakcie serii półfinałowej ze Stelmetem Zielona Góra (Marek Łukomski pracował przez ostatnie lata jako asystent w Rosie Radom przyp.red.) otrzymałem konkretny telefon od prezesa Krzysztofa Króla. Grzecznie przeprosiłem, ale chciałem poczekać na koniec sezonu z Rosą Radom.

Byłeś zaskoczony taką propozycją?

Mimo wszystko tak. Rok wcześniej otrzymałem telefon, aby wrócić do Szczecina, ale na stanowisko asystenta trenera. Dlatego kiedy ponownie prezes Król zadzwonił byłem przekonany, że znów chodzi o pracę jako „drugi”. Usłyszałem w słuchawce, że chcą mnie jako głównego trenera. Byłem zdziwiony, ale pamiętam, że odpowiedziałem: „no to zmienia postać rzeczy”.

Taka propozycja to trochę jak wymarzony prezent dla dziecka na Boże Narodzenie. 

Gwiazdka z nieba? (śmiech)

Miałeś nieprzespane noce? 

Nie podchodzę do tego w ten sposób. Cieszyłem się, ponieważ wiem, że nie każdy może taką propozycję otrzymać. Wierzę jednak w dobrą, ciężką pracę, która prędzej czy później zostanie dostrzeżona. Choć znając realia naszego środowiska, to chyba faktyczne gwiazda z nieba.

Zachowałeś się fair w stosunku do Wojciecha Kamińskiego, któremu od razu powiedziałeś, że jest taka propozycja. 

Głupio byłoby nie skorzystać z rady trenera Kamińskiego, który parę lat temu był w podobnej sytuacji. Pewnie tak jak ja, bił się z myślami co ma zrobić. Nie szukałem daleko, tylko zapytałem o zdanie swojego najbliższego współpracownika. Trener Kamiński powiedział wyraźnie… (śmiech)

Śmiało!

„Nie ma się k..wa nad czym zastanawiać.”

A sam miałeś wątpliwości? Domyślam się, że wujków dobra rada było sporo, ale wiesz jak jest. Przy pierwszych potknięciach szybko się od ciebie odwrócą. 

Staram się iść swoją drogą, ale głupio byłoby nie skorzystać z rad doświadczonych trenerów. Co dwie głowy, to niejedna. Miałem swoje przemyślenia na temat propozycji ze Szczecina, a trener Kamiński w żołnierskich słowach przekonał mnie, że nie ma się nad czym zastanawiać. (śmiech)

ml

Marek Łukomski spędził w Rosie Radom sześć lat. Na pierwszym planie Wojciech Kamiński fot. Wojciech Figurski

Przeskok z asystenta na pierwszego trenera jest naprawdę taki duży?

„Działka” asystenta jest o wiele spokojniejsza. Head coach siedzi cały czas na tykającej bombie i zastanawia się czy wybuchnie. Asystent ma ten komfort, że pracuje na mniejszym stresie. Siedzi spokojnie na krześle i stara się podpowiadać. Dodatkowo może podglądać i zapisywać do notatnika najcenniejsze rzeczy.

Mówisz, że asystent siedzi, ale Marek Łukomski rzadko był spokojny na meczach.

Każdego trenera, z którym współpracowałem na początku pytałem, czy mam być asystentem zapisującym tylko statystyki, czy żyć meczem i podpowiadać. Nieraz sędziowie zwracali mi uwagę, ale to jest silniejsze.

Marek Łukomski w koszykówce jest od dawna, prawda?

To fakt. Trochę już minęło. Mój świętej pamięci tata był m.in. trenerem w ekstraklasie Pogoni Szczecin przed laty. Mama także była związana z koszykówką. Była koszykarką także na najwyższym poziomie rozgrywek. Wobec tego na basket byłem skazany. Moim pierwszym trenerem był właśnie mój tata w szkole podstawowej nr 6 w Szczecinie.

Szerszemu gronu możesz być przede wszystkim znany jako pierwszy Polak z triple-double. 

Ciągnie się to za mną… 21 punktów, 10 zbiórek, 10 asyst.

To prawda, że był to mecz przeciwko Polonii Warszawa, gdzie asystentem był Wojciech Kamiński?

Nie, nie. To było spotkanie przeciwko Toruniowi, a graliśmy w Szczecinie. Jak Wojtek Kamiński był już asystentem, to z Polonią ustanowiłem swój rekord punktowy w ekstraklasie – 25 punktów.

Czyli asystent źle przygotował skauting?

Wątpię, aby specjalnie się na nas wówczas szykowali, a tym bardziej na mnie. Wielokrotnie z trenerem Kamińskim rozmawialiśmy o tym meczu. Do tej pory zresztą nie załatwił płytki z tego spotkania. (śmiech) A szkoda, bo to mogłaby być fajna pamiątka na starość.

Grałeś na pozycji rozgrywającego. Z kim nie rozmawiałem, to każdy podkreślał, że byłeś typową, klasyczną „jedynką”. 

Wydaje mi się, że aż za bardzo. Na początku rzucałem dosyć sporo, a później coś mi się w głowie przekwalifikowało i przestałem zdobywać dużo punktów. Bardziej skupiałem się na kreowaniu gry i… tak zostało.

Piotr Ignatowicz, twój przyjaciel, mówi o tobie, że byłeś taktycznym szczególarzem. 

(chwila zastanowienia) Myślę, że tak. Odpowiem przykładem, który ciągle powtarzam zawodnikom. Głównym czynnikiem, który może nam pomóc wygrywać są detale. Każdy w ekstraklasie umie biegać, rzucać… Natomiast, jak ty będziesz stał pół metra w prawo, albo metr w lewo to może spowodować, że albo jesteś spóźniony, albo blokujesz naszą taktykę w ataku. Do każdego szczegółu przywiązuję wielką wagę. Chociaż jak widziałeś mój zaparkowany samochód dzisiaj, to się nieco z tym kłóci. (śmiech)

Nowy trener Turowa, jak wiadomo szczery facet, powiedział, że nie wykorzystałeś w pełni swojego koszykarskiego talentu. 

Wiesz co, zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Do pewnego momentu wszystko rozwiązywało się książkowo. Awans z juniorów do seniorów, i tak dalej. Moją karierę zahamował trzyletni kontrakt z SKK Szczecin. Byłem młodym zawodnikiem, mogłem się cały czas rozwijać, ale potrzebowałem minut. Miałem propozycję z Turowa Zgorzelec, Polpharmy Starogard Gdański  i Mazowszanki PEKAES Pruszków. Za każdym razem gdy pokazywałem swój kontrakt, słyszałem odpowiedź, że ta umowa jest nie do rozwiązania. Prezes ze Szczecina zażądał za mnie astronomicznej kwoty, a relacje agent-zawodnik nie były jeszcze tak profesjonalne jak teraz. Musiałem zostać w Szczecinie. Z tego miejsca chciałbym „podziękować” mojemu byłemu prezesowi, że tak się przyłożył do rozpędu mojej kariery. Reasumując, start miałem wymarzony, ale jak przyłożyłem w szczecińską ścianę, to już miałem dosyć.

A sportowo?

Idealnie pasuje do mojej sytuacji powiedzenie „z niewolnika nie ma pracownika”. Wypełniłem kontrakt, przychodziłem na treningi, ale nie widziałem motywacji, aby zabijać się na parkiecie. W końcu udało mi się odejść do Kwidzyna, ale to już nie było to.

Czyli nie jesteś zadowolony ze swojej kariery.

Nie, nie. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale jak później patrzyłem kto się przebił, to z uśmiechem na twarzy ogrywałem ich i mówiłem „młody, spokojnie!”. Oni kariery porobili, a ja nie. (śmiech) Z drugiej strony, jakbym się zaparł to bym może nawet do dzisiaj grał, gdzieś w II-lidze. Stwierdziłem jednak, że nie ma sensu kontynuować czegoś „bo jest”. Dlatego przeszedłem na drugą stronę rzeki.

Skończyłeś grać w koszykówkę, ale nie od razu zająłeś się trenerką. Słyszałem, że pracowałeś w Anglii.

Pojechałem do znajomych na wakacje, a zostałem na rok.

Czym się zajmowałeś?

Pracowałem w fabryce, jak to Polacy na emigracji. Zajmowałem się składaniem części do kroplówek, czy jakoś tak. Później podobna robota, tylko z kolei części do akumulatorów. Miały być wakacje, a tu uciekł mi rok. Pewnego dnia zadzwonił Zbigniew Majcherek, trener Radexu Szczecin i spytał, czy nie chcę pomóc im w awansie do I-ligi. Zgodziłem się.

Praca w fabryce dała ci w kość?

Nie jest to nic przyjemnego zasuwać przez 12 godzin i właściwie robić ciągle to samo. Ciesze się, że miałem taki etap w swoim życiu. Trochę dostałem po dupie. Przez to zacząłem doceniać, to co miałem w Polsce. Wróciłem na chwilę do gry w II-lidze w Szczecinie, ale to było takie dogrywanie, zanim pojawił się telefon od Piotra Ignatowicza z Radomia.

To prawda, że po powrocie z Anglii, oprócz gry w kosza, pracowałeś jako instruktor prawa jazdy?

A jak! Chociaż pewnie masz wątpliwości, widząc jak zaparkowałem dzisiaj auto.

Skąd pomysł na zrobienie kursu instruktora?

Umówmy się, że stawki za grę w II-lidze nie są wygórowane. Tym bardziej, że rozgrywki trwają do końca kwietnia, lub początku maja. Nie są to pieniądze, które pozwolą ci odłożyć naście tysięcy złotych. Skąd pomysł? Dwóch znajomych jeździło na „elce”. Ciągle o tym mówili, więc stwierdziłem, że abyśmy mieli o czym rozmawiać, to też zrobię sobie taki kurs. Inna sprawa, że zawsze lubiłem pracę z ludźmi. Może tego nie wiesz, ale w każdej drużynie, gdzie grałem, byłem kapitanem zespołu – Szczecin, Kwidzyn, czy Stargard Szczeciński. Nigdy się do tego nie zgłaszałem, ale koledzy mnie wybierali.

Do tego jeszcze wrócimy, ale na razie podrożę temat pracy jako instruktora prawa jazdy. Ile osób nie dopuściłeś do egzaminu?

Trochę ich było. To wszystko przez to, że mam zasadę w życiu, że mówię jak jest. Kilka razy zdarzyło się, że powiedziałem: „moim zdaniem nie jesteś przygotowany do egzaminu, ale jak chcesz możesz iść. Na twoim miejscu dobrałbym jeszcze pięć godzin dodatkowych zajęć”. Umówmy się, że egzamin na prawo jazdy, to czasem loteria. Może się uda, może nie.

Bywali kursanci, którzy wsiadając do samochodu pytali, gdzie jest np. kierunkowskaz? 

A to mówisz o wyższym poziomie kursantów. Zdarzali się tacy, co pytali się, który pedał służy do czego. Za pierwszym razem byłem pewien, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. Z czasem podchodziłem do tego z większym dystansem.

Kiedy moja siostra uczyła się jeździć, raz jak wjechała na rondo, to później jej instruktor kazał się jak najszybciej zatrzymać, bo musiał zapalić. Miałeś podobne historie?

Może nie musiałem zapalić, ale wiem o co chodzi. Jako instruktor odpowiadam za ucznia, siebie, samochód, czyli de facto za bezpieczeństwo wszystkich dookoła. Musisz być skupiony na 200%, bo cały czas masz do czynienia z osobą, która się uczy. Czasami było tak, że jedziemy prostą drogą, na chwilę patrzę w bok, a my nagle lądujemy na krawężniku. Pytam się: co się stało? „Nie wiem”.

Sam za którym razem zdałeś prawko?

Pierwszym! Pamiętam, że czekając na egzamin była piękna pogoda. Jak wsiadłem do auta to była taka ulewa, że na trzydzieści metrów nie było nic widać. Wróciliśmy do ośrodka i znów wyszło słońce. Chyba ktoś chciał pokazać, że na pewno nie zdam. (śmiech)

Kierowców autokarów instruujesz jak mają jeździć?

Nie. Doskonale wiem po sobie, że nie ma nic gorszego, jak zwracać komuś uwagę, co do jego umiejętności za kółkiem. Na Radom złego słowa nie powiem, ale tamtejsi kierowcy uważają, że lewy pas służy tylko do jazdy prosto lub w lewo. Z kolei prawy tylko do skręcania… Wszyscy śmigają lewym pasem. Jak tak można? (śmiech) Niektórzy potrafili dwa i pół kilometra przed skrętem w lewo jechać 30 km/h. Z czasem nauczyłem się, że w Radomiu szybciej prawym pasem.

Many…

(śmiech) No ładnie.

Skąd taka ksywka? Bo nie od pieniędzy.

No, nie. (śmiech) W Szczecinie przyjęło się, że mówi się Many i Szmula. Many to chłopak, a Szmula to dziewczyna. Za czasów Piotra Ignatowicza i Przemka Frasunkiewicza, którzy nie byli ze Szczecina, przychodziłem nieraz i mówiłem: „a widzieliście tego Manego?” Zupełnie nie rozumieli o co w tym chodzi. Dla kogoś z zewnątrz faktycznie może być to dziwne.  Dlatego sami nazwali mnie Many i tak zostało.

Many, czyli chłopak ze Szczecina?

„Ten Many poszedł gdzieś z tą Szmulą” – tak się mówiło.

Ustaliliśmy wcześniej, że z Piotrkiem Ignatowiczem jesteście przyjaciółmi. I choć to zabrzmi dziwnie, to jak kichasz w jego towarzystwie, to klasycznego „na zdrowie” od niego nie usłyszysz.

Piotrek się śmieje, że jak jest lato to mam p… Wiadomo. (śmiech) Jestem alergikiem, więc wiosna i lato, to nie jest najlepszy czas dla mnie. Wobec tego kicham po pięćdziesiąt razy dziennie. Moja narzeczona pyta mnie bez przerwy: czy mógłbym coś z tym w końcu zrobić? Za każdym razem odpowiadam: a co ja mam z tym zrobić? (śmiech) Dlatego, proszę, zestaw pomocniczy jest. (Marek wyciąga z kieszeni paczkę chusteczek)

A czemu Ignatowicz nie mówi tobie „na zdrowie”?

Zawsze byliśmy razem w pokoju, więc jak kichałem pięćdziesiąt razy dziennie, to Piotrek odwracał głowę i mówił: „ja ci nie powiem na zdrowie, ile można”. Cóż, jestem alergikiem. Kiedyś leczyłem się, ale nie przynosiło efektów. Trzeba będzie jednak wrócić do tego, ponieważ teraz alergie przeradzają się w astmy.

Marek Łukomski to jak się okazuje nie tylko dobry koszykarz, instruktor prawa jazdy, czy alergik.

Oho, co tam wynalazłeś.

Podobno byłeś mistrzem w legendarnego wężyka na Nokii, w którą zapewne wszyscy graliśmy. 

(śmiech) To prawda. Nie było to wcale takie trudne. Wystarczyło czterdzieści minut i można było przejść całą grę. Lubiłem wypuszczać kolegów. Dochodziłem do 1000 punktów, zatrzymywałem, dawałem im i zaraz po wystartowaniu przegrywali. To była fajna gra. Miałem ją na każdej Nokii. Najpierw 5110, potem na takiej żabie 3210, później 6310i, który był chyba najlepszym telefonem jaki miałem. Niebieski, duży – oczywiście na tamte czasy – wyświetlacz. Bateria trzymała tydzień czasu. Akurat na punkcie gadżetów zawsze miałem bzika.

Na wężyku to jaki był rekord?

1900? Nie wiem, on się zjadał i wygrywałeś. Tylko nie wiem co (śmiech)

Marek Łukomski jest wielkim fanem piłkarskiej Barcelony…

… i Pogoni Szczecin! Co do Barcelony to nie jestem kibicem sezonowym, czy sukcesu. Śledzę wyniki „Dumy Katalonii” od lat 90 tych. Kiedyś byłem fanatycznym kibicem, który musiał obejrzeć każdy mecz. Teraz wystarczy mi livescore.

Nawet ostatnio byłeś na meczu na Camp Nou.

Razem z narzeczoną byliśmy na wakacjach w Barcelonie. Lekko je przedłużyliśmy, ale sprawdziliśmy, że będzie rozgrywany towarzyski turniej. Akurat grali z AS Romą, gdzie debiutował Wojciech Szczęsny.  Nie było mowy, aby odpuścić. Po meczu wsiadłem w samochód i myślałem, że umrę… Sam stadion to świątynia. Polecam każdemu. Nie da się tego opisać.

fot. archiwum prywatne Marka Łukomskiego

fot. archiwum prywatne Marka Łukomskiego

Wróćmy do koszykówki. Wspomniałeś, że za każdym razem byłeś kapitanem zespołu. Skąd takie uznanie wśród kolegów?

Trudno powiedzieć. Być może dlatego, że zawsze mówiłem co myślę. Nie miałem w drużynie pseudo kolegów. Jeśli ktoś miał ze mną problem, to go od razu rozwiązywałem. Nigdy nie miałem problemu, aby z kimś porozmawiać. Jak trzeba było wyjaśnić sprawę u prezesa, to zazwyczaj padało na mnie. W Stargardzie Szczecińskim zostałem nawet odsunięty od zespołu.

Dlaczego?

Nie do końca z trenerem nadawaliśmy na tych samych falach i zostałem odstawiony na bok. Tak się złożyło, że sternik naszego zespołu nie dotrwał do końca sezonu, więc wróciłem i grałem w pierwszej piątce.

Czyli Marek Łukomski ma charakterek?

(chwila zastanowienia) Myślę, że ma. Nie pozwolę sobie w kaszę dmuchać. To, że jestem młodym trenerem nie znaczy, że będzie mógł na tym zyskać. W Szczecinie powoli się o tym przekonują.

Wiesz jaka była reakcja środowiska koszykarskiego: „Łukomski? Jak to?”

Prezes Król na pewno podjął ryzyko zatrudniając mnie. Inna sprawa, że dziwią mnie opinie o braku warsztatu tak młodego trenera. A kto może na ten temat powiedzieć, jeśli nigdy sam nie pracowałem na swoje konto? Każdy kiedyś zaczynał. Nie wiem, czy prezes Król ogląda NBA, ale tam nie boją się dać szansy Jasnowoi Kiddowi, czy Derekowi Fisherowi. Nie porównuje się do nich, ale zwracam uwagę na różne drogi. Przez sześć lat byłem asystentem. Na różnych poziomach, u różnych trenerów. Patrzyłem, notowałem, uczyłem się. Co z tego wyjdzie? Okaże się na prostokąciku z dwoma koszami po bokach.

Mówisz o sześcioletnim doświadczeniu jako asystent. Czy najwięcej spośród wszystkich sezonów dało ci poprzednie lato, kiedy Wojciech Kamiński był na kadrze Polski, a ty musiałeś przygotować do sezonu Rosę Radom? Czy to nie jest wycinek, który ma największą wartość?

Absolutnie, tak! Zresztą, kiedy nie miałem pojęcia, że pojawi się oferta ze Szczecina, byłem znów przygotowany, że to lato będzie wyglądać tak samo. Pojawiły mi się myśli, że to może być dobre przetarcie przed późniejszą pracą głównego trenera.

Kartkę od trenera Kamińskiego zachowałeś i wyjąłeś w Szczecinie?

Mam, ale co z nią robię to już zachowam dla siebie. Każdy ma swoją wizję. Aby ją realizować potrzebny jest plan. Oczywiście nie wstydzę się powiedzieć, że niektóre ćwiczenia zobaczyłem u trenera Kamińskiego, niektóre od Mariusza Karola, a jeszcze inne u Piotra Ignatowicza. To normalne. Są także rzeczy wprowadzone przeze mnie, które mają sprawdzić, że będziemy grać tak jak sobie założyłem. Dobieramy zawodników pod taktykę, więc skoro np. wziąłem szybkich koszykarzy, to nie możemy grać wolno.

Dainius Adomaitis kiedyś mi powiedział, że lepiej być asystentem. Wówczas wie co ma konkretnie zrobić, a przede wszystkim normalnie śpi. Natomiast pierwszy trener… w ogóle nie śpi, tylko ciągle pracuje. 

Wiem o co chodzi. Jestem z tego gatunku co lubi sobie pospać. Zostało mi to jeszcze z gry w basket. Godzinna drzemka i masz energię na resztę dnia. Teraz? Nie ma na to czasu. Sam widzisz, że co chwilę przerywamy rozmowę, bo telefony są bez przerwy. Chociaż już powiedziałem, że przed 9 rano od nikogo nie odbiorę. Pracuję do 3-4 w nocy, bo wtedy mam święty spokój. Chyba, że jest „pożar” i dzwoni asystent, trener przygotowania motorycznego, albo narzeczona. (śmiech)

A czujesz, że jesteś odpowiedzialny nawet za to, co de facto nie leży w twoich obowiązkach?

Tak. Chcę być wszędzie, ale tak się nie da. Zresztą przygotowując się do pracy, podzieliłem sobie role w moim zespole. I tak jest, ale chcę mieć wgląd we wszystko. Siłą rzeczy chciałem się schować za kwiatkiem, który stoi tutaj na stoliku, aby nie widzieć co masz w notatniku, ale mimo wszystko sprawdzam.

Zdarzyło się, że coś nie poszło po twojej myśli?

Była drobna sytuacja, ale na drugi dzień wszystko zostało wyjaśnione. Usłyszałem tylko: „rozumiem trenerze, przepraszam.” A nic nie musiałem tłumaczyć.

Kiedy zostałeś ogłoszony pierwszym trenerem King Wilków Morskie Szczecin była ciekawość, aby zjechać myszką parę linijek niżej i przeczytać jakie są komentarze?

Akurat nie muszę. Moja narzeczona wszystko czyta. Jest doskonale zorientowana, którzy użytkownicy trzymają się razem, a który jest np. za Stelmetem Zielona Góra. Czasami proszę ją, aby nie mówiła mi wszystkiego, bo są to zbędne informacje. Nie ma co się oszukiwać, że z internetu głównie wylewa się hejt. Nikt tam się nie podpisuje imieniem i nazwiskiem. To są anonimowe osoby, więc nie wiadomo, czy nie są to trenerzy nie mający pracy, czy agenci robiący swoją grę. Wiem, że nie ma od tego ucieczki, ale moja narzeczona jest filtrem, więc jestem stale informowany. Często jednak mówię „stop”.

Razem z Piotrkiem Ignatowiczem będzie w tym sezonie Tauron Basket Ligi pierwszoroczniakami, jako trenerzy. Macie świadomość, że wasze dobre wyniki mogą otworzyć drogę innym polskim trenerom?

A złe pewnie zamknąć. (śmiech) Faktycznie, przez kilka ostatnich lat nie pojawiło się zbyt wielu nowych polskich trenerów. Podczas kursu w Żyrardowie kilka tygodni temu, brało udział wielu znakomitych polskich zawodników. Podchodzili do mnie i życzyli powodzenia, bo dobry wynik Piotrka lub mój, może otworzyć drogę innym. Nie wyczułem, aby było to fałszywe. Ciesze się, że mam poparcie środowiska.

Przepływ informacji o przeciwnikach między Zgorzelcem a Szczecinem będzie funkcjonował?

Jeśli ktoś myśli, że trenerzy, czy może bardziej asystenci, wzajemnie sobie nie pomagają, to się grubo mylą. Życzę Piotrkowi, czy Wojtkowi Kamińskiemu jak najlepszych wyników, ale nie przeciwko King Wilkom Morskich Szczecin. Strasznie sztuczne jest także, jak trenerzy przed meczem życzą sobie powodzenia. O co chodzi? Życzę mu dobrego meczu, ale nie w konfrontacji ze mną. To trochę tak, jakby było do wygrania 30 milionów złotych w Lotto i życzyłbyś komuś wygranej, skoro też kupujesz kupon. Nie lubię takiego sztucznego zachowania.

Zbudowałeś zespół w Szczecinie, który jak na polskie warunki dysponuje ciekawym materiałem ludzkim. Nie są to koszykarskie anonimy, tylko dosyć uznani koszykarze. Waszym celem są play-offy. Czy to nie jest dla ciebie dodatkowa presja, że z takim składem to muszę zrobić założony wynik?

Zastanawiając się, czy przyjąć ofertę ze Szczecina powiedziałem sobie: „jak spadać to z wysokiego konia.” Z prezesem ustaliliśmy, że naszym celem jest najlepsza ósemka TBL. Ostatnio staliśmy sobie na turnieju w Koszalinie z Rafałem Frankiem, Kamilem Sadowskim i moimi asystentami i mówiliśmy, że miejsc jest osiem, a kandydatów do gry w play-offach sporo.

Kontrakt podpisałeś na jak długo?

Jest to umowa dwuletnia, ale drugi rok wejdzie w życie, jeśli awansujemy do play-off.

Jest wrzesień, za kilka tygodni startuje liga, więc dyplomatycznie na razie ze wszystkiego jesteś zadowolony. 

Prezes dał mi wolną rękę w budowaniu drużyny i nie tylko. Staramy się, aby King Wilki Morskie Szczecin były mocnym ośrodkiem koszykarskim. Tu nie będzie tak, że najważniejszy jest pierwszy zespół. Z Rafałem Rajewiczem, dyrektorem klubu, nadajemy na tych samych falach. Dlatego skupiamy się także na młodzieży, aby za parę lat chłopcy z dzisiejszego naboru, mogli debiutować w ekstraklasie.

Nowe stanowisko oznacza od razu więcej „przyjaciół”?

Tak, przez co wyleczyłem się z ciągłego przeglądania Facebooka. Tym bardziej, że niektórzy sami zawodnicy pisali do mnie wiadomości „Hello Coach, my name is…”. Co do znajomych to ciągle mam tych samych. Wiem, którzy są cały czas za mną. Fakt jest jednak taki, że czasu mam zdecydowanie mniej. Dlatego zdarza mi się, że do niektórych oddzwaniam po trzech dniach. Mam nadzieję, że rozumieją, a nie myślą, że już mi odwaliło.

A co cię zdziwiło, kiedy wskoczyłeś na fotel pierwszego trenera?

(chwila zastanowienia) W sumie to nic. Chociaż nie, jedna rzecz może mnie nie zaskoczyła, ale dała  do myślenia. Jako zawodnik często zastanawiałem się podczas treningu – po co takie ćwiczenie? Tyle tylko, że z biegiem czasu widziałem później na boisku, że to co trenowaliśmy ma sens podczas meczu. Z tego można rozliczać później zawodników. „Nie zrobiłeś tego ruchu w obronie, a przecież to ćwiczyliśmy”. Co innego jak wymaga się elementów, które się nie ćwiczyło.

Tauron Basket Liga startuje już niedługo. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji jest się niezwykle ciekawskim co cię czeka. Do czego byś to porównał?

Nie potrafię znaleźć czegoś konkretnego. To jest coś czego oczekuję bardzo mocno i mam nadzieję, że w końcu nadejdzie. Czy to jest pierwszy dzień szkole, czy zdanie prawa jazdy, to na pewno jest ekscytacja. Najważniejsze, aby się nie bać. A jak będzie? Zobaczymy.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Parkowanie. Tak jak wspomnieliśmy był to jeden z głównych, choć nieplanowanych wątków. Zazwyczaj na zakończenie rozmowy w tym miejscu wstawiamy wspólne zdjęcie z naszym bohaterem. Nie tym razem. Wszystko przebił nasz redakcyjny wóz, który w trakcie wywiadu miał stać i czekać, ale widocznie miał inne plany…

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

2 komentarze