Kacpa: Kiedyś był gibon za gibonem

Data:

Z Kacprem Lachowiczem* znamy się od kilku lat. Poznaliśmy, oczywiście że tak, na jednym ze steetballowych turniejów. Pamiętam, jak kilka lat temu na krakowskim „Miasteczku” o godz. 1 w nocy rzucaliśmy do kosza na starym asfaltowym boisku. Sporo godzin przegadaliśmy, bo jakoś mimo odległości pomiędzy Krakowem a Zieloną Górą, widzimy się kilka razy w roku. Oczywiście mianownikiem jest zawsze koszykówka. Zwykle to Kacper mówił, a ja słucham – o Bogu, koszu, życiu czy dziewczynach. W końcu namówiłem go na wywiad, choć on bronił się przed tym słowem, jak mógł. – Przecież ja będę gadał z tobą, jak z ziomeczkiem!

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że masz problem z marihuaną?  

A to jest wywiad do Monaru tak? [śmiech]. To się zaczęło, jak miałem 16  lat. Wszyscy dookoła palili, więc ja też chciałem spróbować. Bardzo długo wmawiałem sobie, że to używka, jak każda inna. Aż stała się nieodłączną częścią dnia, później ledwie trzech godzin. Paliłem sporo. Gibon za gibonem, tym bardziej, że uprawiałem sport. Dwa jointy dziennie to było minimum. Jak siedziało się ze znajomymi cały dzień to było dużo więcej. Z piętnaście… No nie wiem, nie liczysz tego nawet. Po prostu palisz.

Na boisku do kosza też paliłeś? 

Non stop. Ale nie odpowiem ci na pytanie, dlaczego paliłeś trawkę. Po prostu nie zastanawiałeś się nad tym. Paliłeś, paliłeś, paliłeś aż w końcu, gdy nie miałeś, to robiłeś się nerwowy. Tak popadłem w uzależnienie. Od tego da się uzależnić. Jak ktoś mówi, że nie, to gada bzdury.

Gdy zdałeś sobie z tego sprawę, to poszedłeś do najlepszego kumpla pogadać o tym? Szukałeś pomocy u bliskich, rodziny?

Gdy masz 16 lat, to raczej nie robisz takich rzeczy. Chowasz w sobie swoje problemy i wmawiasz sobie, że dasz radę. Miałem takie ambitne plany, ale się nie udawało. Aż w końcu w 2007 r. na imprezie urodzinowej mojego brata byłem totalnie pijany i ujarany. Nagle zaczynam gadać i płakać o Jezusie. Później jeszcze przez tydzień paliłem i gadałem bardzo dużo o Bogu. I mówiłem też wszystkim, że przestaje palić. Po siedmiu dniach jarania, grania w kosza i mówienia o Jezusie znalazłem się w kościele.

Jak?

Znów byłem na jakiejś imprezie. Tym razem w klubie przy Floriańskiej. Wyszedłem nagle i usiadłem na krawężniku. Wyskoczył pijany Angol i chciał mnie bić. Po chwili już mnie przepraszał i prosił, abym pomógł mu znaleźć mieszkanie, w którym nocował. Chodziliśmy po Krakowie 3,5 godziny aż w końcu je znaleźliśmy. Okazało się, że są tam też moi znajomi. A rano w niedzielę  wyszedłem stamtąd. A kogo o tej porze możesz spotkać na ulicy? Tylko babcie idące do kościoła. Poszedłem za nimi. Wylądowałem w kościele. Coś pękło we mnie i przestałem palić. [Kacpa nuci pod nosem „Truuudne sprawy” – red.]

Czyli chcesz mi wmówić, że Jezus powiedział do ciebie „Kacper przestań palić”?

–  Nic ci nie próbuje wmówić. Ty sobie sam to ocenisz, jak będziesz chciał. Dla mnie to było dotknięcie Boga. Dużo mu zawdzięczam w moim życiu, on mnie przez nie prowadzi.

Słyszałem, że jako nastolatek byłeś także bardzo agresywny na boisku. Ciężko mi w to uwierzyć.

– I to jak! Pierwszym rozwiązaniem była „buła”. Biłem ludzi albo oni mnie bili. Każdy turniej streetballowy kończył się bójką. W Cieszynie, gdzie nagrodą było 1 tys. euro rzuciłem się na chłopa, który miał dwa metry. On złamał mi nos, ja dalej nie przestawałem się z nim bić. Teraz jestem spokojniejszy, ale dalej mam tak, że jak gram o jakąś stawkę, to walczę bardzo mocno. Wydaje mi się, że mało jest ludzi, którzy na boisku walczą na noże, rzucają się sobie do gardeł, a po meczu padają sobie w ramiona. Ja miałem takie sytuacje. Tak jest, gdy mocno zależy ci na wygranej i robisz wszystko dla sportu który kochasz. Mnóstwo jest gości, którzy gdy kończy się mecz, to chcą się dalej bić.

Z alkoholem w łapie też cię nigdy nie widziałem. 

Nienawidzę być pijanym. Zdarzają mi się takie dni, że wszystkiego mam za dużo na głowie. Myślę wtedy „Upije się wieczorem”. Przychodzi wieczór i w końcu mam w szklance pyszną whisky z colą. Przy drugim drinku stwierdzam „Stary, po co ci to?”. Jak piję z kimś alkohol, to jest to wyraz szacunku. Nie napije się z nikim przypadkowym. Piję bardzo rzadko i tylko wśród najbliższych. Raz na ruski rok.

MG13 Camp 2014. Klinika koszykarska w Krakowie. 28.06.2014

Koniec przesłuchania o złych rzeczach. To, że jesteś gdzie jesteś, to w twoim przypadku ile procent pracy, a ile talentu? 

76 proc. talentu, 24 proc. pracy. Cieszę się, że dostałem od Boga taką osobowość, jaką mam. Że nie boje się występować publicznie. To dla mnie pikuś. A gdy paliłem trawkę, to strasznie się tego bałem. Włożyłem w siebie sporo pracy. Potrafię w koszykówce wiele, tak uważam, ale to wszystko zasługa ciężkiej pracy. Na przykład to, że potrafię pokazać komuś dokładnie jakieś ćwiczenie. Wydaje się banalne co? Uwierz mi. Ciężko zasuwałem, aby się tego nauczyć.

A ile pompek zrobiłeś w życiu?

Haha… pewnie około 76 tysięcy.

Już przestań z tą „76”! 

Ale tak jest! Jedna historia. Mogę? Moja znajoma mówiła tak samo, jak ty. Mówiła „To farmazon”. Poszła do księgarni tego samego dnia. Otworzyła przypadkową książkę, na przypadkowej stronie. Wysyła mi sms, że główna bohaterka leży na łóżku, a na jej suficie wisi 76 gwiazdek. Pikuś nie? Po chwili wysyła kolejnego. Główna bohaterka ma na imię Seven, ale wszyscy wołają na nią Six. Stwierdziła, że to nienormalne. Chłopcy, których trenuje chodzą do gimnazjum nr 76. W Mam Talent z Łukaszem Biednym dostajemy numerek 3763. Ta liczba za mną chodzi. Pan Bóg puszcza mi oko wtedy! Mówi: Jesteś agentem 76 i masz misję do spełnienia!

MG13 Camp 2014. trening z dziecmi w Sopocie. 20.06.2014

Ostatnio miałeś misję. Jeździłeś po Polsce i prowadziłeś prezentacje drużyn. Ponoć masz sporo przemyśleń z nimi wiązanych. 

Mam. Polskim chłopakom brakuje luzu! Przykład? To publiczne osoby. Gdy spotykają się z fanami, powinni się uśmiechać! Bardzo mnie zaskoczyła ekipa Wilków Morskich, która na takim spotkaniu okazała się właśnie bandą wyluzowanych gości. Chciałbym, żeby były takie wszystkie drużyny. Ale polskiej publiczności też strasznie brakuje luzu.

Zgadzam się! Opowiem Ci historię. Do kolegi dzwoni ojciec przed prezentacją Stelmetu. Pyta się go czy iść na prezentację Stelmetu Zielona Góra: Tato to prowadzi taki Kacpa. Nie idź. On nie przypadnie ci do gustu. 

[śmiech] Wiesz co to znaczy? To, że jestem jakiś, a nie jestem byle jaki. Serdecznie pozdrawiam syna i ojca! Napiszesz to?

No pewnie. 

– Ale często zdarza mi się tak, że ludzie na trybunach są niekumaci. Nie rozumieją często moich żartów.

A może po prostu łatwiej ci nawiązać kontakt z publicznością streetballową, która cię zna i wie czego się po tobie spodziewać. A pełna hala ludzi w trochę starszym wieku już nie kuma Kacpy?

Ludzie, którzy wiedzą co robię, są z reguły nastawieni pozytywnie. Na campach Marcina Gortata mamy pełne hale ludzi. I jakoś tam łapię z tymi ludźmi kontakt. Często jest tak, że publiczność, która zjawia się na prezentacjach jest zaskoczona, że widzi z mikrofonem kogoś innego niż zawsze. I oczekuje cudów. Dam ci przykład. Starogard Gdański. Ledwie kilkaset osób na trybunach.

Drużyna Polpharmy przegrywa mecz. W ogóle im nie idzie. Stypa na sali jak 150. Coś próbuje cały czas. Powoli rozkruszamy mur z publiką. Komentuje spotkanie, więc zachęcam, aby pomóc drużynie w obronie. „Możemy pokrzyczymy DE-FE-NSE!” – zachęcam. Łapie z 15 osób i krzyczą ze mną. Fajnie. A nagle klub kibica skanduje „Zamknij ryj! Zamknij ryj!”. Z takim światopoglądem ci ludzie zawsze zostaną w swoich miastach. Nigdy nie zrobią czegoś, co wpłynie pozytywnie na innych ludzi. To mentalność średniowiecza!

Chyba tak niestety już Polacy mają , że z góry nastawiają się na „nie”. Nie lubią inności i nowości. 

– Niestety jest dokładnie tak, jak mówisz.

MG13 Camp 2014. Klinika koszykarska w Krakowie. 28.06.2014

Pamiętasz pierwszego koszykarza, który przyszedł do ciebie i powiedział „naucz mnie czegoś”?

Pamiętam. Mieszkałem w Poznaniu, grałem w trzeciej lidze. Przyszedł do mnie Patryk Bajtus i zaczęliśmy trenować razem. Był już w składzie ekstraklasy, ale nie grał za wiele. Zresztą większość osób patrzy na mnie z lekkim dystansem. Gdy widzi, jak pracuje z dziećmi czy młodzieżą, to przekonuje się do mnie. Tak było z Adamem Waczyńskim, którego namówiłem na trening przed meczem Marcina Gortata i Wojska Polskiego w Krakowie. Wtedy też spotkałem Michała Michalaka. Pytałem się go, kiedy przyjdzie do mnie. Michał rzucił, że na pewno się jakoś kiedyś się złapiemy. Adam Waczyński powiedział mu wtedy. – Zdziwisz się, jak przyjdziesz. Bo ludzie mają mnie za gościa, który lata z mikrofonkiem, wejdzie na kosz, pożartuje. Zapraszam wszystkich na treningi. Zdziwicie się.

Co robiliście z Waczyńskim na takim treningu, że się zdziwił? 

Trenowaliśmy na hali Wisły. Adam wpadł na dwie godziny. Ćwiczyliśmy obniżenie pozycji, eksplozywność pierwszego kroku, zagraliśmy jeden na jeden…

Rzuciłeś mu coś? 

– Skończyliśmy, jak był remis. 9:9. Adamowi coś strzyknęło w kolanie, a że jest dobrem narodowym, to chuchałem na zimne. Przerwaliśmy wtedy. Adam był wtedy przed sezonem, nie był w treningu. Ale był remis!

Grzegorz Grochowski też był u ciebie tego lata. 

Przez tydzień. Robiliśmy przygotowanie motoryczne, więc robiliśmy „trochę zdrowia” np. biegaliśmy szesnastki, czyli szesnaście długości boiska w jak najkrótszym czasie. Ja bardzo lubię Grześka i podoba mi się w nim, że gdy jest maksymalnie mocno na treningu, to on jeszcze chce docisnąć. Wielu młodych ludzi wtedy odpuszcza. My dociskaliśmy, ile wlezie. Raz o mało mi nie zasłabł. Fajnie, ze gra w ekstraklasie. Trzymam za niego kciuki. Zresztą sporo ludzi było u mnie tego lata – m.in. Wojtek Fraś czy Adrian Suliński.

Coraz więcej ludzi chce z tobą trenować. To chyba fajne uczucie?

Kosma, twój kolega Kacpa nie jest w ciemię bity! Przecież ja jako jeden z dwóch ludzi w Europie mam papier od Ganona Bakera. Gościa, który trenował LeBrona Jamesa, Kobe Bryanta czy Kyrie Irvinga. Pojechałem do Stanów Zjednoczonych do Las Vegas na kurs i po to, aby uzyskać certyfikat. Baker powiedział mi, że wiem sporo o koszu. To na pewno mnie mocno zmotywowało. W USA rozróżnia się „coachów” i „trainerów”. Polsce mamy praktycznie samych coachów. Ja jestem trainerem.

Co najmocniej ci się wbiło w pamięć z tamtego wyjazdu? 

Powrót stamtąd był jak zderzenie ze ścianą. Tam nie masz problemu, żeby wbić na halę i trenować. Kiedy chcesz, o każdej godzinie. A ja wracam na halę Wisły, chcę iść poćwiczyć o siódmej rano i sprzątaczka mnie nie wpuszcza. Choć na hali nikogo nie ma. Bo ona sprząta. Żyjemy w ciemnogrodzie. U nas utrudnia się najprostsze rzeczy. A ja nawet światła nie włączałem! Nie chce nikogo obrazić, ale wyszło na to, że sprzątaczka jest ważniejsza niż trener. Żyjemy w kraju wielkiego problemu.

A polscy koszykarze chcą się rozwijać? 

Nadal jest ich za mało. Sporo osób myśli, że jak gra w klubie to już nie musi nic robić. Guzik prawda. Jest też sporo takich, którzy trenują, ale nie wiedzą, że mogliby to robić lepiej. Bo zajechać się to nie jest sztuka.  Phil Jackson napisał w swojej książce: Trening nie czyni cię doskonałym, ale doskonały trening tak!

MG13 Camp 2014. Trening z dziecmi w Krakowie. 28.06.2014

* Kacper „Kacpa” Lachowicz – trener personalny, konferansjer, nieodłączny element większości turniejów streetballowych w Polsce i campów Marcina Gortata. Człowiek instytucja. Krakus od urodzenia. Poza tym wielki fan Allena Iversona i Philadelphii 76ers.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze