Kielce nieprzyjazne koszykówce

Data:

Gdy we Włocławku nurtującym problemem jest brak awansu do play-off, w Sopocie utrata na dobre miejsca w czołówce, a w Zgorzelcu brak obrony mistrzostwa Polski, w województwie świętokrzyskim daliby się pewnie pokroić choćby za odrobinę tego koszykarskiego luksusu jaki z kieleckiej perspektywy widać na Kujawach lub Pomorzu. W tym regionie nie uświadczymy zespołu ani w Tauron Basket Lidze, ani w pierwszej lidze. Ba, nawet w drugiej. Najlepszy, ale i jedyny seniorski zespół w krainie „scyzoryków” występuje jedynie w trzeciej lidze. To wszystko ma miejsce w mieście, które kiedyś jako pierwsze dało w naszym kraju szansę niejakiemu facetowi nazywającemu się Igor Milicic i samo zaczynało przygodę z PLK równocześnie ze Słupskiem, a które teraz z zewnątrz powszechnie uznawane jest za jeden z wzorów miasta stawiającego na sport.

W czwartek 18 czerwca w Kielcach wrze. Na nadzwyczajnej sesji Rady Miasta wiceprezydent Kielc czyta list, w którym informuje, że zainwestowaniem w tamtejszy klub jest słynna AS Roma. Korona Kielce występująca w piłkarskiej ekstraklasie od lat jest już na miejskim garnuszku i co jakiś czas musi prosić o dotację, by funkcjonować na poziomie ekstraklasowych standardów. W styczniu po groźbie wycofania się klubu postawieni przy ścianie radni zdecydowali się przekazać na Koronę aż 7,8 miliona złotych, natomiast w czwartek kolejne 2,8 milionów na bieżące funkcjonowanie.

Z kolei rok temu występujący w drugiej lidze klub UMKS Kielce potrzebował kwoty kilkukrotnie mniejszej, mniej więcej 300 tysięcy złotych, by zgłosić się do rozgrywek pierwszej ligi, która po rozszerzeniu TBL pilnie potrzebowała nowych drużyn. Odzewu jednak ze strony miasta, ani sponsorów nie było i UMKS grający jeszcze wiosną 2014 roku w pierwszej lidze ostatecznie upadł. Nie był to i tak najbardziej spektakularny upadek kieleckiej koszykówki, bo taki tytuł bez wątpienia należy się Cersanitowi Nomi, który miał świetne warunki, by na stałe zostać jednym z najlepszych klubów w Polsce. Takie zresztą były plany…

Wielki Ramadan i bałagan w środku sezonu

Pewnie w Kielcach nigdy by nie sprowadzono jednego lata 1999 roku Milicicia, Andrzeja Adamka czy Kordiana Korytka, gdyby nie wydarzenia mające miejsce osiem lat wcześniej. To wtedy powołano do życia klub, który ledwie trzy lata później po turnieju barażowym i reorganizacji drugiej ligi, awansował na wyższy szczebel rozgrywek. Kilkukrotnie pod nazwą Mitex dobijał się do PLK, jednak udało się to dopiero za trzecim podejściem i wygranym finale, kiedy 17 kwietnia 1999 roku Mitex przemianowany już na Cersanit Nomi pokonał Stal Stalową Wolę.

Na łamach prasy menedżer klubu, Grzegorz Jałowiecki wspominał wtedy, że euforia po awansie w całym mieście trwała trzy dni, a dla kibiców przygotowano 120 butelek szampana. Nie trzeba dodawać, że na tak historyczne wydarzenie dla tego miasta biletów w kasie brakowało już kilka dni przed meczem. Wielu musiało obejść się ze smakiem, bo wtedy w Kielcach nie funkcjonowała jak dziś nowoczesna Hala Legionów, a jedynie obiekt przy ulicy Żytniej o pojemności około 1200 miejsc (na decydujące spotkanie o awansie wpuszczono 1500 fanów) podobny do starej hali we Włocławku.

Kilka miesięcy później pierwsze historyczne w elicie spotkanie w Kielcach rozegrano między beniaminkami i wyraźnie lepsi okazali się Czarni, ale to Cersanit później spisywał się dużo lepiej w lidze. Był wręcz rewelacją, bo tak można nazwać bilans dwunastu zwycięstw i tylko dwóch porażek prawie na półmetku rozgrywek. W tym miejscu znów do historii Cersanitu wkraczają Czarni. Słupsk odegrał ważną rolę w krótkich ekstraklasowych dziejach Cersanitu, choć zapewne nikt w świętokrzyskiej stolicy nie wspomina tego klubu miło.

Dziś taka sytuacja byłaby niespotykana, ale wtedy Cersanit został zaproszony w środku sezonu na… Turniej Wielkiego Ramadanu. O tym, że nie była to tylko czysta egzotyka, ale całkiem poważne mecze, świadczy choćby obecność na tym turnieju Żalgirisu Wilno, wtedy ciągle aktualnego mistrza Euroligi, z którym w Dubaju grający niedawno jeszcze na zapleczu PLK zespół zresztą potrafił nawet wygrać! Ta piękna bajka sfinansowana za pieniądze szejków ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich skończyła się jednak wraz z powrotem do Polski i szybko odbiła się dla kielczan czkawką.

Sołowow zgasił światło

Daleka podróż do Dubaju skutkowała przełożeniem dwóch ligowych spotkań, w tym w Słupsku. Brak zgody na przełożenie spotkania ze strony Czarnych stało się podstawą do walkowera na korzyść słupszczan i od tego momentu z drużyny prowadzonej przez Stefana Tota uszło sporo powietrza. Rozbudzone apetyty na początku sezonu dawały nadzieję nawet na walkę o medale, ale te plany trzeba było zweryfikować po zajęciu na koniec rundy zasadniczej siódmego miejsca.

Niewiele jednak brakowało, żeby byłoby to miejsce czwarte. Tak się nie stało między innymi z powodu jednopunktowych porażek w ostatnich kolejkach ze Stalą Ostrów i Hoop Pekasem Pruszków, z którym potem w ćwierćfinale play-off Cersanit toczył zaciętą, zakończoną dopiero w piątym meczu. Meczu, w którym beniaminkowi awansować nie pomogła nawet świetna postawa Milicicia, którzy rzucił wtedy 24 punkty. Nawet dziś, głównie dzięki nieocenionemu Kamilowi Timoszukowi, to spotkanie można w całości obejrzeć w internecie.

W Kielcach czuć było pewien niedosyt, ale generalnie beniaminek w pierwszym sezonie zaprezentował się z naprawdę dobrej strony i nikt nie przewidywał, żeby w kolejnym sezonie miał nastąpić regres. Klimat dla basketu był świetny, wielokrotnie na meczach hala była zapełniona do ostatniego miejsca, a biletów nie było na wiele godzin przed spotkaniami. Klub wydawał się niezwykle poukładany – pieniądze spływały od głównych sponsorów-kieleckich firm należących do majętnego Michała Sołowowa, prezesem klubu był uznany w środowisku Krzysztof Koralewski wybrany później na szefa PLK. Jedyne czego brakowało, to właściwie tylko odpowiedniego obiektu, co wtedy było jednak problemem dość powszechnym.

To był bardzo dobrze dobrany skład, grupa ludzi, która świetnie rozumiała się tez poza parkietem. Nie było z nikim problemów i początkowy cel, czyli tylko utrzymanie można było później zweryfikować. Jakiś niedosyt był, bo mogliśmy naprawdę zrobić lepszy wynik, znaleźć się w półfinale. Po sezonie rozstaliśmy się i w klubie wierzyliśmy, że w nowym sezonie znów mając wszystko poukładane zaatakujemy. Nagle do mnie, do każdego z nas przyszła po prostu wiadomość o wycofaniu się sponsora. Kompletny szok. – mówi Stanisław Dudzik, trener, który wpierw wprowadził Cersanit do ekstraklasy, a potem był asystentem Stefana Tota.

Sołowow wcześniej zapowiadał nawet, że zrobi z Kielc stolicą polskiego basketu. Biznesmen związany od urodzenia z miastem, z czasem przestał być zupełnie kojarzony z koszykówką i poświęcił się oprócz biznesu, także kariery kierowcy rajdowego. W niej odnosił sporo sukcesów, podobnie jak w świecie wielkiej finansjery. Tylko w ostatnim notowaniu listy 100. Najbogatszych Polaków tygodnika Wprost Sołowow zajął trzecie miejsce. Niestety dla koszykarskich klubów z jego rodzinnego miasta nie ma to już od lat żadnego znaczenia.

Miasto przyjazne (nie wszystkim) sportom

Obecnie 200-tysięczne miasto ma inne sportowe dylematy niż koszykówka. W żadnym innym regionie ta dyscyplina nie przegrywa tak sromotnie z futbolem, piłką ręczną i siatkówką jednocześnie. To tu zbudowano od podstaw pierwszy nowoczesny stadion piłkarski jeszcze długo przed erą EURO 2012. To w Kielcach w końcu mieści się siedziba wizytówki polskiego klubowego szczypiorniaka i europejskiej potęgi jaką jest Vive Targi Kielce, klubu którego budżet jest dużo wyższy niż jakiegokolwiek przedstawiciela Tauron Basket Ligi. Mieszkańcy, kolokwialnie nazywani „scyzorykami” nie przepadający za piłką nożną lub ręczną, mają jeszcze do wyboru Effector występujący w siatkarskiej PlusLidze. Gdzie tu miejsce jeszcze na koszykówkę?

Proporcje na pewno odwróciły się w ostatnich kilkunastu latach dość znacznie. W latach 90. w Kielcach była olbrzymia moda, aby przyjść na Mitex, ale teraz problemy wynikają przede wszystkim z braku pieniędzy. Rynek firm gotowych na inwestycję i tak jest ograniczony, a mamy w mieście trzy kluby w najpopularniejszych ligach, których utrzymanie sporo kosztuje. To tam kumuluje się zainteresowanie sponsorów i kibiców. Ci, którzy teraz zaczynają trenować sport, są często już dziećmi młodzieży, która kiedyś żyła meczami Miteksu. Mają w pamięci już tylko sukcesy Vive lub występy Korony w ekstraklasie i nic dziwnego, że te dyscypliny „kradną” najzdolniejszą młodzież. – mówi Dudzik.

Faktycznie, ciężko bez pieniędzy chociaż w części odbudować dawną pozycję, tak aby w Kielcach można było oglądać mecze pierwszej ligi. Po wycofaniu się UMKS na szczeblu seniorskim pozostał jeszcze klub AZS Politechnika Świętokrzyska-Galeria Echo, którego trenerem jest również wspomniany Dudzik. Wydawało się nawet, że pod koniec kwietnia AZS będzie miał szansę choć lekko drgnąć tkwiący w agonii kielecki basket. Szansą ku temu był turniej barażowy o wejście do drugiej ligi rozgrywany na własnym terenie, ale gospodarze przegrali wszystkie trzy mecze z drużynami z Gdyni, Gniezna i Radomia. Chwała i tak ludziom, którym przy ograniczonych możliwościach chce się jeszcze walczyć o przetrwanie jedynej seniorskiej drużyny w całym województwie, nawet jeśli jest przede wszystkim o charakterze czysto amatorskim i z trzema treningami w tygodniu.

Tak jak AZS Pśk-Galeria Echo odpowiada za seniorów, tak rolę głównego klubu w mieście odpowiedzialnego za szkolenie młodzieży posiada Młodzieżowy Klub Koszykówki MDK Kielce. To właśnie tam szkoleniowego abecadła uczyli się bracia Tomasz i Wojciech Pisarczyk, którzy kilka tygodni temu stanęli naprzeciwko siebie w finale pierwszej ligi. Problem ze szkoleniem młodzieży jest też podobny do tego,  którym spotykały się seniorskie sekcje. Chodzi przede wszystkim o środki finansowe.

W uchwalonym miejskim budżecie na rok 2014 rozdzielono kwotę prawie 1,2 miliona złotych na szkolenie młodzieży, a z tego tylko 25 tysięcy trafiło do MKK MDK. Kluby i stowarzyszenia piłkarskie otrzymały łącznie kwotę siedemnastokrotnie, a Vive Targi prawie siedmiokrotnie większą. Ciężko więc przy skromnych środkach, braku pozytywnego klimatu i koszykarskiego lobby w magistracie i w dużych firmach liczyć prędko na odwrócenie tej złej koniunktury dla świętokrzyskiego basketu.

Ludziom, którym nadal nie są obojętne losy lokalnych klubów, muszą pewnie z zazdrością spoglądać na bogatą już historię występów Czarnych Słupsk. Można sobie wyobrazić, że w tym samym lub lepszym położeniu równie dobrze mógłby być dziś rozsądnie prowadzony i dobrze opłacany zespół pod nazwą Cersanit lub inną kojarzoną z rozmaitymi biznesami Michała Sołowowa. Na razie tylko na pocieszenie zostają przede wszystkim wspomnienia i pamięć po drużynie, która potrafiła w spotkaniu transmitowanym na żywo głównym kanale Telewizji Polskiej pokonać Anwil Włocławek, a w dalekim Dubaju Żalgiris Kowno.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze