Kto podpalił kuchnię? Kto nie ma rybek? PLK od innej strony!

Data:

To będzie najdziwniejsze podsumowanie rundy zasadniczej jakie kiedykolwiek czytaliście. Ale w końcu od czego jesteśmy? Od razu zaznaczamy, że w tym miejscu nie znajdziecie odpowiedzi, kto według nas był MVP, najlepszym trenerem, czy obrońcą sezonu regularnego PLK. Dlatego cytując Andrzeja Twarowskiego, mistrza słowa ligi angielskiej w Canal+, usiądźcie w wygodnie w fotelach, zapnijcie pasy, właśnie teraz pokażemy wam Tauron Basket Ligę od strony, którą tylko OFENS! mógł wam przedstawić!

Pewnie niektórzy się oburzą, że nie zawsze podajemy dane osób opisywanych (pozdrawiamy Jakub), ale wybaczcie – jeszcze w tym środowisku chcemy funkcjonować.

To od czego zaczniemy? A niech będzie – od Włocławka!

***

Czy trenerzy są przesądni? Oczywiście! Jeśli mówią, że nie, to po prostu nie chcą mówić prawdy. W tym przypadku historia jest jednak naprawdę zabawna. Kibice Anwilu zapewne kojarzą, że od kilku miesięcy mają nowego rzecznika prasowego. Został nim Michal Fałkowski, wcześniej dziennikarz SportowychFaktów.pl. Nowa rola, nowe obowiązki, ale też przyjemności – jaką są zapewne wyjazdy z drużyną na mecze ligowe.

Tyle tylko, że odkąd „Fałek” zaczął jeździć na wyjazdy, zespół Igora Milicica nie mógł wygrać spotkania. Dąbrowa Górnicza? Przegrana. Słupsk? Przegrana. Zielona Góra? Przegrana. Aż w końcu naszedł wyjazd do Radomia.

Igor Milicić wchodzi do autokaru… a zresztą zobaczcie sami.

Radom? Przegrana.

Niestety, ale nie mamy informacji czy Michał Fałkowski był na pokładzie autokaru Anwilu na meczu wyjazdowym we Tarnobrzegu… Kibiców Anwilu uspokajamy – według różnych przecieków Michał Fałkowski na spotkania play-off do Szczecina ma jechać osobnym transportem. Oczywiście żartujemy. Trener Milicić doskonale wiedział, że Michał jedzie na wyjazd. A wyniki? To w końcu tylko zbieg okoliczności, prawda?

Zostajemy jeszcze na chwilę we Włocławku.

Przed pamiętnym wyjazdem do Tarnobrzegu koszykarze Anwilu czuli się nieco zmęczeni i poprosili trenera Milicicia o odpuszczenie jednego treningu. Ten nie za bardzo chciał się zgodzić, ale oni zaproponowali, że jeśli trafią z połowy (niestety nie wiemy ile potrzebnych było trafień) to mają wolne, a przy okazji trener dostaje butelkę Chivasa.

Igor Milicić ostatecznie się zgodził. Pech chciał, że Anwil w Tarnobrzegu przegrał. Zawodnicy w związku z tym postanowili nieco przeprosić swojego trenera i kupili dwie butelki znanej whisky. Jednak po wygranej ze Stelmetem Zielona Góra przed własną widownią, Milicić postanowił, że jedną butelkę odda zespołowi.

Pytanie, skąd wiedzieli, że Igor akurat lubi Chivasa? Czyżby posłuchali się pewnego Meksykanina?

chivas

***

Skoro Koszalin sam się wywołał do tablicy, to proszę bardzo. Właściwie powinniśmy napisać, że po raz 162 w trakcie sezonu w AZS zwolniono trenera i tyle. W tym momencie minę macie nie gorszą, niż kolega powyżej. Spróbujemy jednak dolać oliwy do ognia!

Sytuacja ma miejsce w Tarnobrzegu, kiedy trenerem AZS był jeszcze David Dedek.

Koniec przerwy, za chwilę rozpocznie się trzecia kwarta. Zawodnicy zbierają się przy ławce, trener Dedek ustawia zagrywkę. Decyduje, że akcje skończyć ma Mikołaj Witliński. Rysuje, tłumaczy, rysuje, ale nagle konsternacja…

A gdzie Mikołaj? – pyta Dedek.

W szatni. Zamknięty.

Kiedy pierwszym trenerem był już Kamil Sadowski ilość zawodników też nie zawsze się zgadzała. Tyle, że nie na parkiecie, lecz na autostradzie.

Coach, nie ma Stefhona! – krzyczą zawodnicy.

Dobrze, że się szybko zorientowali. Na autostradzie zawracać nie można, ale autobus na poboczne „mógł” zjechać i zaczekać. A Stefhon Hannanh zrobił sobie mały spacerek po polskich drogach.

I deser! Jeszcze gorący, bo sytuacja miała miejsce w niedzielę podczas ostatniego meczu z Energą Czarnymi Słupsk. Trwa prezentacja, zawodnicy wywołani, trener Kamil Sadowski przedstawiony i dalej:

A asystentem pierwszego trenera jest… a przepraszam, nie ma asystenta.

I jak tu się nie śmiać?

***

Teraz przejdziemy do sytuacji, w której niestety nie powiemy o jaki klub, ani o  jakie osoby konkretnie chodzi.

Zespół X wygrywa ważne spotkanie w zaciętej końcówce, choć prowadził przez większość czasu. Po meczu spotykamy prezesa klubu, który z dumą mówi do nas:

Ale tego trenera mamy świetnego! No po prostu mamy takie szczęście, że go podpisaliśmy! – mówi z radością.

Po kilku minutach z szatni wychodzą zawodnicy. Trafiamy na najbardziej doświadczonego, a ten mówi:

Ku*wa, gramy bez trenera, o mało co nie przegraliśmy.

I kto ma rację? Prezes, czy zawodnik?

***

Jedźmy dalej. Niestety też anonimowo.

Drużyna X rozegrała mecz wyjazdowy daleko od domu. Zawodnicy już wykąpani, idą do autokaru, wchodzą, a tam szok.

Ej, tu jest pies! – mówi jeden zawodnik do drugiego.

Wszyscy zdziwieni, nie wiadomo o co chodzi. Nagle dobrze znany im głos mówi:

To mój pies, jakiś problem? – powiedział pierwszy trener zespołu.

Okazało się, że w drogę powrotną trener postanowił wziąć do autokaru swoją rodzinę i psa, który w ogóle się nie krępował i biegał po pokładzie.

***

Nie zawsze jest jednak tak zabawnie, albo po prostu nam nie udało się dotrzeć do takich historii. Np. w Zielonej Górze. To, że jeden zawodnik podał drugiemu złą godzinę spotkania – pewnie was nawet nie rusza. A może Karol Gruszecki was rozbawi? W zeszłym sezonie Kosma Zatorski pisząc tekst na łamach OFENS! o Karolu dał dość kontrowersyjny tytuł – Bad MotherFucker.

Nie, nie, nie, spokojnie! Nic z tych rzeczy, wiemy gdzie są granice.

Kiedy Karol Gruszecki przeprowadził się do Zielonej Góry okazało się, że w wynajętym mieszkaniu na wyposażeniu jest akwarium z rybkami. Cóż, napiszemy to najdelikatniej jak można – rybki nie wytrzymały trudów sezonu Stelmetu Zielona Góra.

Według naszych ustaleń w poniedziałek odeszła kolejna… Nie wiemy jednak ile zostało.

gruszka

fot. Artur Podlewski/058sport.pl

***

Jedziemy dalej. Zgłodnieliście? Spokojnie, menu serwuje Siarka Tarnobrzeg!

Jak wiecie klub Zbigniewa Pyszniaka nie należy do najbogatszych. Liczy każdą złotówkę i robi wszystko, aby płacić w terminie. Kiedy organizowali wyjazd do Zielonej Góry, okazało się, że wszystkie hotele są dla nich za drogie. Cóż, bywa. Dlatego pracownicy Siarki zwrócili się z prośbą do kierownika Stelmetu BC Zielona Góra, Piotra Zaradnego, aby ten pomógł im znaleźć coś taniej. I faktycznie Zaradny pomógł.

W tej historii chodzi o co innego. Posłuchajcie.

Zaradny przekazał kontakt Siarce i ci mieli dalej sobie radzić. Po paru dniach osoba z hotelu/pensjonatu dzwoni do Zaradnego i mówi.

– Kurdę, kogo ty mi przysłałeś?

– O co chodzi? – odpowiada Zaradny.

– Słuchaj, przygotowałem im menu jak dla sportowców – makarony, kurczak i tak dalej. A oni mi awanturę zrobili!

– Dlaczego?

– Powiedzieli, że oni takich rzeczy nie jedzą. Ma być schabowy, kiełbasa, żurek i tak dalej.

Dalej głodni?

pyszniak

fot. Artur Podlewski/058sport.pl

***

Nasz objazd humorystyczno-ligowy zakończymy we Wrocławiu, ale przedostatni przystanek to Słupsk.

Co prawda w tym sezonie nie było tak zabawnie, jak w poprzednim. Nie ma już Dejana Mijatovicia, który nie tylko potrafił kopnąć krzesło, ale też zapomnieć spodni od garnituru. Zastanawiacie się jak z tego wyszedł? Od czego są asystenci (konkretnie Rafał Frank) i ich… części garnituru.

Kiedy zwolniono Mijatovicia zespół objął Mirosław Lisztwan. Legenda słupskiej koszykówki doprowadziła do pięciu zwycięstw, po czym przyszedł Donaldas Kairys i na dzień dobry przegrał sensacyjnie w Lublinie. W tym sezonie Lisztwan znów na chwilę był pierwszym trenerem. W drugiej połowie meczu z MKS Dąbrowa Górnicza z hali wyrzucony został Kairys za dwa techniczne przewinienia. Pech jednak chciał, że Czarni przegrali. Po meczu rozmawiamy z trenerem Lisztwanem.

– Szkoda panie Mirku, seria 5:0 przerwana – zagadujemy.

– Zaraz, zaraz – mówi zaskakująco Lisztwan! – Ten mecz był przegrany już w pierwszej połowie!

No tak…

LISZTWAN SERIA

fot. Artur Podlewski/058sport.pl

***

To kończymy na Dolnym Śląsku.

We Wrocławiu aktualnie są najszczęśliwsi na świecie. W końcu skończył się najgorszy sezon w historii klubu i można zacząć myśleć o następnym. Grzegorz Szamotulski, notabene były bramkarz Śląska Wrocław, swoją książkę promował hasłem „Bad Decisions Make Good Stories”. Tym raczej nie kierował się latem Mihailo Uvalin, ale beznadziejna selekcja sprawiła, że we Wrocławiu oglądaliśmy wyjątkowych „ananasów”.

Jarvis Willams, pamiętacie? Miał być centrem latającym nad obręczami. Parę razy faktycznie efektownie pofrunął, ale w Śląsku zapamiętają go z innego powodu.

Dla Amerykanina był to pierwszy sezon w Europie. O różnych historiach rookie’s słyszeliśmy, ale żeby rozgrzać patelnię z olejem, pójść do innego pokoju się zdrzemnąć, po czym spalić całą kuchnię – wow, wybitny wyczyn. Ale po kolei.

Willams od samego początku w Polsce czuł się samotnie. W związku z tym postanowił mieć towarzysza i ze schroniska wziął pieska – Roxy. Pewnie nie zdawał sobie sprawy, że „przypadkowy” pies dwa dni później uratuje mu życie.

Jarvis wrócił do swojego mieszkania po treningu i prawdopodobnie chciał przygotować kolację. Włączył kuchenkę, rozgrzał patelnię z olejem i poszedł do innego pokoju. Pech chciał, że…zasnął. Nie musimy chyba tłumaczyć, że cała kuchnia stanęła w płomieniach? Kiedy widzieliśmy zdjęcia, trudno było nam uwierzyć w zapewnienia, że tam były białe kafelki. Jak to możliwe, że dziś Jarvis Willams żyje i gra w koszykówkę?

Uratował go pies, który obudził Amerykanina w miarę wcześnie i uchronił go przed zaczadzeniem. Jak skomentował całą sytuację Williams?

Mieliśmy naprawdę ciężki trening, że ze zmęczenia po prostu padłem – miał się tłumaczyć Jarvis.

Następny miesiąc spędził w hotelu, ale nic nam nie wiadomo, aby został wpuszczony do kuchni.

***

W tym momencie mówimy stop. Dojechaliśmy do mety, koniec wycieczki, wysiadać! Jeśli chociaż raz lekko wzruszyliście ramionami ze śmiechu – bardzo nam miło! Jeśli się nawet śmialiście – punkt dla nas! Nawet z trzy razy? Dziękujemy!

Ale taka jest właśnie nasza ekstraklasa. Z czasem pokażemy znacznie więcej!

PS. Zdajemy sobie sprawę, że nie wszyscy w naszym kraju mają poczucie humoru, dlatego pragniemy zaznaczyć, że artykuł ma na celu bawić, nie obrażać. Mamy nadzieję, że się udało. Jeśli jednak ktoś poczuł się obrażony – przepraszamy.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

8 komentarzy