Kuba Kopeć dla OFENS! o kulisach campów Gortata i jego wizerunku

Data:

Zastanawialiście się kiedyś kto posiada prawa do wizerunku Marcina Gortata? Jak wygląda organizacja campów od kulisy? To wszystko w poniższej rozmowie z Kubą Kopciem, prezesem zarządu fundacji MG13. Prywatnie jest przyjacielem „Gortiego”, co również zauważycie w tym wywiadzie.

Czy Marcin Gortat Camp jest zaprzeczeniem sytuacji polskiej koszykówki? Na meczach Tauron Basket Ligi jak jest pełna hala to jest święto. Natomiast wy nie macie problemu z zapełnieniem krakowskiej Areny.

Kuba Kopeć: Postawmy sprawę jasno. Dopóki reprezentacja Polski nie zrobi wyniku w postaci pierwszej ósemki na EuroBaskecie, to nie będzie mody na koszykówkę. Marcin jest magnesem dla tych 13 tys. ludzi bo jest z NBA, najlepszej ligi świata. Takim samym magnesem może być dla PZKosz. A przecież mają do niego prawa jako reprezentanta Polski, a to duża przewaga. Nawet nad fundacją. I to zaczyna być widoczne na meczach kadry, które odbywają się w Polsce. A jeśli chodzi o PLK? Tu potrzeba dużej promocji i uatrakcyjnienia meczów, zrobienia show, a myślę, że ligi na to po prostu nie stać.

Jeśli nie będzie awansu na Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro Marcin już więcej nie zagra w reprezentacji Polski. Pojawiają się głosy krytyczne, że jak to. Jakie jest twoje zdanie na ten temat?

Na to pytanie lepiej mógłby odpowiedzieć Michał Micielski. On bowiem widzi na co dzień, jak wygląda ciało Marcina po meczach w NBA. Jak znosi to jego organizm, jakim próbom zostaje poddany. A mimo tego, rok w rok  chce grać dla kadrze, a jeszcze wcześniej pokonać tysiące kilometrów po Polsce, aby potrenować z dzieciakami. Czapki z głów. To mu się należy, a nie krytyka. Poza tym, nadejdzie czas gdzie Marcin ustąpi miejsca „Sarence”, to znaczy Przemkowi Karnowskiemu… i taka jest kolej rzecz.

Medialnie Gortatowi wbijanych jest dużo szpilek. Za bardzo?

I tak nie jest źle, znam bardziej skrajne przypadki (śmiech). Działania Marcina prowadzone poprzez Fundację  sprawiają, że opinia publiczna ma dobre zdanie o Marcinie i słusznie, bo to człowiek o wielkim sercu. Oczywiście wypływają od czasu do czasu bzdury, jak jakaś wyssana z palca historia z bratem Marcina, ale z tym liczyć się musi każdy kto osiągnął sukces, czyli szukanie sensacji najlepiej takiej która kompromituje. Ale generalnie z mediami nie mamy problemów. Marcin jest szczery, mówi to co myśli i chyba za to jest najbardziej lubiany przez media. Jak się wkurzy na dziennikarza to z nim więcej nie rozmawia. Prosta piłka. Ma takie prawo…chyba. (śmiech)

Za wami ósma edycja Marcin Gortat Camp. Objechaliście całą Polskę, rozmawialiście z wieloma ludźmi, zebraliście mnóstwo doświadczeń. W skrócie można powiedzieć, że campy to jeden wielki gift dla polskiego basketu?

Chyba tak. Dla nas, jako fundacji najważniejsze jest, aby namawiać dzieciaków do uprawiania sportu. Marcin jest koszykarzem, więc siłą rzeczy robimy to pod kątem basketu. Podkreślam jednak, że najważniejsze jest, aby dziecko złapało bakcyla do uprawiania sportu. U nas może zacząć odbijać piłkę do kosza, ale jak wróci do domu i znacznie np. pływać czy kopać piłkę, to również jest nasz sukces.

Kto tak naprawdę wymyślił campy?

Marcin. Nie powiedziałbym, że wymyślił, tylko zobaczył jak robią to jego koledzy z NBA i bardzo mocno z tuningował. Zmieniliśmy amerykańską podstawową formułę całkowicie, ponieważ Marcin powiedział, że nie zgodzi się, aby dziecko za cokolwiek w fundacji MG13 płaciło. W Stanach Zjednoczonych takie rzeczy są odpłatne. Poza tym zawodnicy funkcjonują jako dodatek do eventu. Przyjdą na koniec, dadzą twarz, rozdadzą autografy i tyle. Marcin zaznaczył, że od samego początku to on będzie wszystko prowadził. Tak jest od pierwszego campu do dziś.

Campy w pierwszych latach były bardzo intensywne. Właściwie dzień pod dniu byliście w innym mieście. Przesadziliście?

Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Przez dwa lata organizowaliśmy osiem campów w jedne wakacje. Upychaliśmy w ciągu 14 dni wszystko, z czym po prostu przesadziliśmy. Była to krzywda dla Marcina,  dla osób, które przy campach pracują, ale przede wszystkim dla dzieciaków. Przy ostatnich campach nie mieliśmy już tyle energii, więc nie byliśmy z siebie zadowoleni i to było podstawą do podjęcia decyzji o zmniejszeniu liczby campów w tym roku.

Marcin podczas campów trenuje z dzieciakami, jest wodzirejem, ale nie tylko…

Przede wszystkim do danego miasta trzeba przyjechać, rozstawić halę, napompować kilkaset piłek, a na to parę godzin musimy poświęcić. Marcin spotyka się z partnerami fundacji i lokalnymi władzami, więc to nie jest tak, że cztery campy to cała praca Marcina. Skoro jesteśmy w danym mieście i lokalny samorząd wspomaga nas finansowo, to chcemy dać im też coś od siebie. Spotykamy się z lokalnymi organizacjami, dzieciakami, odwiedzamy szpitale, czy domu dziecka.

Rozmawiamy w momencie, kiedy trwa camp. To jest owoc, a kiedy to się rodzi?

Już w połowie sierpnia zaczynamy pracę do kolejnej edycji. Szukamy sponsorów, rozmawiamy z miastami, przygotowujemy dokumentację dla konkursów finansowanych przez ministerstwo.

Jak wygląda wybór miast? 

Zaczynamy od miasta, w którym jest finał. Od dwóch lat jest to Kraków, więc staramy się logistycznie ułożyć to tak, aby wszystko było w miarę po drodze. Pozostałe miasta same się zgłaszają. Czasem niektóre odrzucamy, ale nie z tego powodu, że nie chcemy tam być. Np. Sopot zawsze chce nas gościć i byliśmy tam trzy razy z rzędu. Stwierdziliśmy jednak, że zrobimy sobie przerwę na rok, czy na dwa. Na Pomorzu musimy jednak być, stąd tegoroczna decyzja o organizacji campu w Rumi. Z reguły zawsze jest tak, że „jedziemy” od góry do dołu, aż do Krakowa.

Jak doszło do współpracy z wojskiem polskim?

Kiedyś w Orlando Marcin przemówił (śmiech), a może byśmy coś zrobili z wojskiem? Chciałbym, aby polskich żołnierzy szanowano tak, jak tych amerykańskich. Wymyślił wtedy abyśmy polecieli do Afganistanu. Po pół roku od naszej rozmowy byliśmy w Afganistanie i tak zaczęła się nasza współpraca i przygoda z Wojskiem Polskim. Wygląda to fajnie. Żołnierze to wspaniali ludzie.

Od lewej Michał Micielski, Marcin Gortat i Kuba Kopeć  w Afganistanie

Od lewej Michał Micielski, Marcin Gortat i Kuba Kopeć w Afganistanie

Ile kosztuje organizacja jednego campu?

Jednego to trudno powiedzieć, ale cała edycja kosztuje około miliona złotych.

Fundacja na tym zarabia?

Fundacja posiada prawa do wizerunku Marcina Gortata. Ciekawe jest, że sam Marcin nie posiada takich praw, jakie my mamy. Choć dziwnie to brzmi, ale tym wizerunkiem sobie powiedzmy „handlujemy”, przez co zasilamy konto fundacji. Sponsorzy, którzy od wielu lat są z nami, mogą wykorzystywać popularność Marcina Gortata. Dzięki temu możemy organizować campy. ale też organizować inne projekty jak chociażby „Szkolny Skills Challenge”, czy kliniki trenerskie w USA. Dodatkowo ściśle współpracujemy z Ministerstwem Sportu i Turystyki. Właściwie za każdym razem pozytywnie rozpatrują nasze podania konkursowe, więc im też jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

Z czego najbardziej jesteście dumni jeśli chodzi o campy? 

Najbardziej jesteśmy zadowoleni, że to już osiem lat, a dzieciakom się to nie nudzi. To jest największy bodziec do pracy. Sukcesem samych campów jest też to, że przychodzą do nas dzieci trenujące piłkę nożną, a po campie zapisują się na koszykówkę. Sam fakt, że rok w rok mamy tysiące chętnych do treningu z Marcinem. Z ręką na sercu mogę zagwarantować, że nie spodziewaliśmy się, że będziemy robić to osiem lat, ale nie da się przestać jak widzisz setki uśmiechniętych dziecięcych  twarzy po każdym jednym campie.

Dysponujecie danymi, z których wynika, że dzięki jednemu treningowi z Marcinem dziecko zapisało się w swoim mieście do klubu koszykarskiego?

Tak. Dokładnie monitorujemy przede wszystkim postępy dzieci, którzy zostawali u nas MVP campów. Nasza ulubienica Weronika Hipp ze Ślęzy Wrocław w tym sezonie została wybrana najlepszą zawodniczką U14 Finałów mistrzostw Polski. To jest dziewczynka, która była z nami na pierwszym wyjeździe w USA. Rozwija się z każdym rokiem i jesteśmy z niej dumni. Część dzieciaków gra już w kosza i to widać na pierwszy rzut oka. Inna część przyszła po prostu na trening z Marcinem. Zresztą „Gorti” ma takiego specjalną pocztę elektroniczną do komunikowania się z dzieciakami.

Sam odpisuje?

Tak! Sprawia mu to wielką frajdę. Pisze z dziećmi, które może w tym momencie nie potrafią zbyt dużo, ale Marcin widzi, że mają potencjał. Stara się im podpowiadać co mają robić. Z niektórymi jest w ciągłym kontakcie.

Marcin w czasie campów mógłby być w dowolnym miejscu na świecie i wylegiwać się na leżaku. Jako przyjaciel, tak po prostu, nie jesteś tak naprawdę z niego dumny, że mu się chce?

To dobre określenie. Jestem z niego dumny, że mu się chce. Naprawdę szanuję go za to. Wiem ile poświęca swojego cennego czasu prywatnego na to żeby z tymi dzieciakami pracować. Organizując mu kalendarz razem z Michałem Micielskim sytuacja wygląda następująco: Ustalamy  wszystkie aktywności Marcina w Polsce, z tego wynika mniej więcej, że Marcin ma cztery dni wolnego w trakcie wakacji w Polsce , później siadamy  i zastanawiamy się, który z nas dostanie po głowie za ten kalendarz. „Gorti” bierze kartkę, patrzy i mówi „cztery dni? Znowu mnie załatwiliście”. Co następuje później? Nic …..nie usuwa, nie zmienia, a przecież mógłby coś zakwestionować.

Osiem lat campów to pewnie kopalnia historii i anegdot. 

O tak! Kulisy campów są bardzo ciekawe. Dzieciaki czasami nie wiedzą, ale koszulki, w których trenują dojeżdżają na pięć-dziesięć minut przed treningiem. Kilka razy popsuł nam się kompresor i był stres, że będziemy trenować bez piłek. Raz zdarzyło się nawet, że miasto odwołało camp na tydzień przed naszym przyjazdem ze względu na problem z halą. My informację przyjęliśmy, a camp i tak zorganizowaliśmy sami załatwiając salę zastępczą. Jeśli dobrze pamiętam była to sala szkolna.

11853011_922415987805374_2030286631_o

Kuba Kopeć w rozmowie z naszym portalem podczas tegorocznego campu

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

2 komentarze