Lenny Cooke. Dlaczego mu nie wyszło?

Data:

Wtorkowy OFENS! Zatorskiego

W 2001 r. reżyser Tod Shopkorn postanowił nakręcić dokument o chłopaku, który prowadził w rankigu najbardziej utalentowanych graczy Stanów Zjednoczonych. Odrzucił propozycję filmu o LeBronie Jamesie, wybierając przed nim Lenny’ego Cooke’a. Shopkorn nagrał ponad 100 godzin materiału. Gdy Lenny Cooke nie został wybrany w drafcie, reżyser postanowił nie publikować swojego filmu. W 2009 r. Josh i Benny Sadfie namówili go udostępnienia im materiału, do którego dokręcili swoją część opowieści. 

Film zaczyna się od przechadzki po Bushwicku, mało urokliwej dzielnicy Brooklynu. – Gdziekolwiek będę grał, zawsze tutaj wrócę – mówi Lenny Cooke. Poznajemy go w 2001 r. Jest utalentowanym nastolatkiem, ubranym w hip-hopowe ciuchy, wielką skórzaną kurtkę z emblematami klubów NBA. Lenny ma charakterystyczny akcent i sposób wymowy. Sposób, który delikatnie można go określić, jako niesprzyjający myśleniu, że jest ogarnięty facet.

Cooke wykrzykuje swoje imię i zakłada czapkę cytując zdania tyle razy słyszane podczas draftu. – Lenny Cooke! Top 15! – żartuje. Dla kogo chcesz zagrać? Pyta się go dziennikarz. – Dla kogolwiek, kto mi zapłaci – odpowiada. Później widzimy, gdy Lenny razem ze swoimi kumplami ogląda i głośno komentuje wybory Kwame Browna i Eddiego Curry’ego w drafcie. Chce iść ich śladami i bezpośrednio po ukończeniu liceum pójść do NBA. – 82 mecze. Na wyjeździe. Nie widzisz swojej rodziny. To jest ciężkie – mówi do jednego ze swoich przyjaciół.

Mike Fratello pojawia się tutaj, jako ekspert podatkowy, który na jednym z campów tłumaczy młodym graczom różnicę pomiędzy zarobkami, które widzimy na papierze, a tym co zostaje po opłaceniu wszystkich należności. Jeden z trenerów mówi zaś do grupy. – Nie jestem tu po to, żeby uczynić was lepszymi koszykarzami, ale ludźmi. To z kolei oznacza naukę odpowiedzialności – tłumaczy. Widzimy Lenny’ego, który jednak od tego ucieka. Z jednej strony potrafi świetnie opowiadać o tym, jak widzi swoją karierę, z drugiej nie potrafi w stanie zmusić siebie do ciężkiej fizycznej pracy olewając głupie ćwiczenie pompek. Turniej „Big Time” sponsorowany przez Adidasa odbywa się w Las Vegas. Lenny jedzie limuzyną i flirtuje z piękną blondynką, której tłumaczy, że już wkrótce zagra w NBA. Na tej samej imprezie flirtuje z inną dziewczyną, prowadzając się w towarzystwie brata Foxy Brown.

Ludzie opowiadają sobie wzajemnie historie o jego imprezach. Na turniejach Lenny rozmawia z Carmelo Anthonym, kryje chudziutkiego LeBrona Jamesa, wyzywa na pojedynek Kobego Bryanta. Jest niezwykle pewny siebie. Jest również piekielnie utalentowany, wysoki, może zostać kolejnym wielkim skrzydłowym.

Później spotykamy Lenny’ego dwanaście lat po tym, jak w 2001 roku został określony jako talent numer jeden w Stanach Zjednoczonych. Jedenaście lat po tym, jak żaden klub nie wybrał go w drafcie. Lenny próbuje swoich sił w summer league, gra w podrzędnych ligach, szuka gry zagranicą. Nie jest jednak w stanie przebić się do NBA. Ma 30 lat, zamienił Bushwick na prowincjonalną Virginię. Jak żyje? Co myśli o swojej nieudanej sportowej drodze? Do kogo i o co ma żal? W końcu, czy ma pretensje do siebie?

I choć druga część nie jest w stanie dorównać pierwszej, to braci Sadfies należy pochwalić za to, jak wybrali najlepsze momenty z opowieści, której nigdy nie skończył Shopkorn.

Film wyróżnia się na tle innych sportowych dokumentów. Narrację prowadzą kolejne wydarzenia, rozmowy. Na początku może wydawać wam się, że film się trochę ślimaczy. Mnie uwiódł dopiero wtedy, gdy obejrzałem go za drugim razem. To świetna opowieść, lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy myślą o profesjonalnej karierze. I jeszcze ten jazz w tle. Obejrzyjcie koniecznie. Poniżej trailer dokumentu.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze