Macie i grajcie – czyli koszykówka na WF-ie

Data:

Koszykówka musi wrócić do szkół!

Często decydenci z koszykarskiego światka wygłaszają w wywiadach podobne opinie. I dobrze, bo problem ze szkołami jest, o czym wiedzą najlepiej Ci, którzy tam pracują na co dzień i od których zaczyna się cała szkoleniowa piramida. Ci zwykli nauczyciele WF-u, którzy słuchając głosów dochodzących z centrali mogą tylko uśmiechnąć się pod nosem, choć w temacie koszykówki i szkół nikt nie jest w radosnym nastroju.

Każdy ma jakieś skojarzenia z koszykówką na WF-ie. Gdy zapytałem o to na Twitterze, odpowiedzi były zabawne, ale system „mata” (macie i grajcie) na dłuższą metę to jest powód bardziej do rozpaczy niz śmiechu. Nawet jeśli chyba mimo wszystko coraz bardziej przechodzi do lamusa. Generalnie z krótkiej sondy wynikło, że z naszą ukochaną dyscypliną w szkole jest trochę tak jak z językami obcymi – jest obecna, czegoś tam człowiek się uczy, ale tak naprawdę mało co praktycznego się z tej nauki wynosi. Jak chcesz nauczyć się więcej, poproś rodziców o fundusze na bardziej profesjonalną trenerską pomoc.

By w ogóle zająć się tym tematem, zainspirowały mnie prywatne rozmowy z wieloma nauczycielami wychowania fizycznego uczącymi na każdym etapie edukacji z miejscowości z różnych województw. Niezależnie od miejsca wnioski były łudząco podobne. Gdy kilka lat temu pierwszy raz usłyszałem o niezbyt korzystnym obrazie, pomyślałem, że to pewnie takie standardowe narzekania zgorzkniałego belfra. Narzekania na młodzież, na decyzje samorządów i ministerstwo, na pozycję koszykówki. Dosłownie na wszystko. Uczestnicząc gościnnie w różnych lekcjach WF-u, gdy motywem przewodnim zajęć było rzucanie piłką do kosza, zrozumiałem, że nie ma w tym malkontenctwie grama przesady.

Ryba psuje się od głowy

Gdyby tak zapytać większość obecnych ligowców, kto był ich pierwszym trenerem lub zaraził ich  bakcylem do tego sportu, pewnie większość odpowie, że nauczyciel WF-u w szkole podstawowej. To najczęściej pierwszy trener, jest jak lekarz pierwszego kontaktu, który wysyła później nas na badania do specjalisty. Stawia pierwszą diagnozę i często to decyduje,że zdolny dzieciak później przez lata będzie tylko rzucał pomarańczową piłkę do kosza, a nie strzelał do bramki. Pełni ogromną rolę i to powinien być ktoś więcej niż belfer wyróżniający się tylko tym, że pracuje w dresie. Mimo, że to od nauczycieli zaczyna się to wszystko kręcić, tak naprawdę szybko się potem o tym zapomina. Trener-wuefista, słyszeć to określenie można było wielokrotnie i zawsze w pejoratywnym świetle.

Dziś w szkole uczeń po raz pierwszy zobaczy jak gra się w koszykówkę w czwartej klasie w wieku 10 lat. W porównaniu z maluchami, które rozpoczynają treningi, a raczej zabawy z piłką w prywatnych szkółkach, trochę późno. Rozmawiam o tym ze znajomym Patrykiem*, który uczy od kilku lat w jednej ze szkół podstawowych w kilkunastotysięcznym mieście niedaleko Poznania. Prowadzi dodatkowo reprezentację szkoły w koszykówce, choć jest to placówka podobna do tych jakich są tysiące w naszym kraju. Bez wielkich sportowych tradycji, ale na tym etapie w każdej z nich może jednak ujawnić się jakaś perełka.

Słuchaj, nie wszystko to tylko wina komputera i innych rozrywek, to istotny czynnik, ale nie jedyny. Ktoś w MEN już na starcie źle pomyślał, kiedy wprowadzono, że zajęcia w klasach 1-3 ma prowadzić osoba ucząca też wszystkie inne przedmioty. Wygląda to tak, że pani w szpilkach prowadzi lekcje WF-u i to w tym kluczowym momencie, kiedy dzieci powinny rozwijać swoją koordynację, a oni stają się wtedy najczęściej fizycznymi kalekami. Robimy nabór do klasy sportowej i dostaję 10-latków, którzy nie potrafią wykonać najprostszych gimnastycznych ćwiczeń. I w czwartej klasie zamiast zajmować się kozłowaniem, nadrabiamy ogólnorozwojówkę.

Szkoły też muszą uderzyć się w pierś. Klasy sportowe to często fikcja, która ładnie wygląda tylko w materiałach promocyjnych. Pisze się tam o dodatkowych zajęciach z koszykówki, piłki ręcznej, pływania i wszystkiego, co zmieści się na ulotce. Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, a raczej ich brak. Dodatkowe godziny to dodatkowe wynagrodzenie, a na nie ma pieniędzy. Tyle mówi się wzmocnieniu pozycji SKS-ów w szkołach, prowadzi się akcje promocyjne, żeby zachęcić do ćwiczeń na WF-ie, jedną z pokazowych lekcji prowadził Marcin Gortat, ale gdy gasną kamery i znikają telewizyjne mikrofony, sprawa się wycisza.

Ja prowadzę SKS-y z koszykówki, ale i tak mamy niepisany przykaz, żeby dodatkowe zajęcia prowadzić w ramach godzin „karcianych” (dwie dodatkowe bezpłatne godziny lekcyjne w tygodniu, które musi zrealizować każdy nauczyciel w ramach Karty Nauczyciela – dop.red.). Na więcej nie ma najczęściej pieniędzy. Za dużą kasę wyremontowano salę, ale o te bardziej przyziemne sprawy trzeba ciągle się wypraszać.

Potencjał i… nic więcej

Frekwencja na zajęciach dodatkowych odbywających się nie bezpośrednio po lekcjach, tylko np. o 18:00 też nie jest argumentem wuefistów w rozmowie z dyrektorami. Sam w przeciągu ostatnich lat z czystej ciekawości zaglądałem do placówek oświatowych w różnych miejscowościach, by zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości. Faktycznie, nie dość, że regułą były trudności ze skleceniem składów do gry, to jeszcze słabo wypadała jakość. Teoretycznie tak być nie powinno, bo według założeń programowych już same lekcje wychowania fizycznego powinny wystarczyć do zdobycia konkretnych umiejętności. Jakich? Na etapie szkoły podstawowej każdy uczeń musi nauczyć się kozłować lewą i prawą ręką oraz poprawnie wykonać sławetny dwutakt, jedno z najczęstszych wspomnień z lekcji WF-u. Później powinno następować tylko doskonalenie tych umiejętności, oczywiście dochodzi też technika rzutu. Więcej powinno odbywać się na zajęciach dodatkowych. Naturalną drogą selekcji najlepsi są wyławiani przez kluby, ale i dla nich zajęcia w szkole cały czas są istotne.

Dziś nauczyciel powinien być świetnie przygotowany do zajęć – musi tworzyć plany realizacji i często też konspekty lekcji, w której lekcja wychowania fizycznego jest rozpisana nawet minuta po minucie. Papier przyjmie wszystko, ale w realiach jest niczym krawiec, który szyje tylko z takiego materiału jaki otrzymuje. Ktoś może powiedzieć jak nie umieją kozłować, niech stawia jedynki do momentu aż się nauczą. To tak nie działa – jak nie będzie umiało się wykonać przy tablicy prostego równania z matematyki w piątek, przez weekend uczeń nie będzie miał innej możliwości niż główkować nad rozwiązaniem problemu. Z WF-em sytuacja jest prostsza: przyniesie on po prostu zwolnienie z ćwiczeń do końca semestru lub roku, którego, nawet jeśli jest „lewe”, nie wolno podważyć. Błędne koło się zamyka.

Oczywiście komuś, kto po prostu lubi grać w koszykówkę, takie coś nie przyjdzie do głowy. Właściwie na lekcjach częściej grywa się tylko w piłkę nożną lub wykonuje ćwiczenia gimnastyczne, wiosną też lekkoatletyczne. Uprawianie koszykówki ma ogromny potencjał, jest na etapie szkoły podstawowej jest mimo wszystko łatwiejszą grą niż siatkówka i piłka ręczna, która w zdecydowanej większości szkół zawsze była w cieniu. O zainteresowaniu basketem rozmawiano jakiś czas temu na jednej z konferencji zorganizowanej w filii poznańskiego AWF, uczelni, którą kończyło wielu olimpijczyków, medalistów mistrzostw świata i Europy w wielu dyscyplinach. Pojawiało się i tam przy koszykówce w kontekście nauczania wychowania fizycznego słowo „spory potencjał”.

Uczniowie często grają w kosza, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że jest na drugim miejscu za piłką nożną. Siatkówka jest modna i trwa to już wiele lat, wyparła koszykówkę, choć też uważam, że jest na tym etapie dyscypliną trudniejszą technicznie. W czwartej klasie dzieciaki stoją głównie w miejscu przy siatce i rzucają, a nie odbijają. Bardziej dynamiczna koszykówka tak ich nie kręci, ale nie mają też tam swoich idoli. Jest tylko Marcin Gortat, ale 10-latkowie przecież nie zarywają nocy, żeby go oglądać.

Wina po dwóch stronach

Mariusz*, mój inny rozmówca, ma aż 25-letnie doświadczenie w zawodzie, obecnie pracuje w szkole ponadgimnazjalnej i też rozmawiamy o SKS-ach. Tylko uśmiecha się pod nosem. Prowadzi zajęcia w jednej szkole z koszykówki oraz siatkówki. Wśród młodzieży w wieku licealnym nie było problemów, żeby przeprowadzić ligę wewnątrzszkolną złożoną z siatkarskich trójek, a wyzwaniem staje się zebranie reprezentacji szkoły w koszykówce.

Prowadzę cały czas SKS-y, ale to już są tylko SKS-y z nazwy. Po pierwsze dla mnie prawie bezpłatne, po drugie prawie bez młodzieży. Przychodzi na salę około 12-14 osób, ale jak pięciu z nich to są uczniowie, to już jest dobrze. Większość to 30-35 latkowie traktujący to jako rozrywkę po pracy i możliwość pogrania zimą w koszykówkę za darmo. Uczę 25 lat w różnych typach szkół: podstawówka, potem gimnazjum, szkoły średnie. Poziom lig szkolnych jest coraz niższy. Kiedyś dzieciaki mi się zabijały, byle tylko być w reprezentacji szkoły. Smutno to teraz mówić, ale dziś układam drużynę na zawody prawie z łapanki.

Wystarczy rzucić okiem na większość przyszkolnych Orlików. Przystosowane do gry w piłkę oraz koszykówkę. Nie ma słupków i rozwieszonych siatek, nie da się przecież na jednym placu jednocześnie grać w siatkówkę i piłkę. Nawet to nie okazało się żadnym impulsem dla dyscypliny, co zresztą widać nawet po grających w piłkę dojrzałych już panów z brzuskziem, którzy chcą rozerwać się po pracy. Jeden z takich Orlików znajduje się w Gorzowie przy Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokoształcących, największej szkoły średniej w mieście. To jedno z tych miejsc, gdzie kiedyś jeszcze na starym betonowym boisku królował basket.

Jak tylko w 2008 roku powstał Orlik, przyjechał premier, przeciął wstęgę, słuchaliśmy przemówień, że młodzież będzie mogła masowo uprawiać sport pod okiem wykwalifikowanych trenerów. I będą zorganizowane grupy. W praktyce wyglądało to tak, że siedziałem na krzesełku i moja rola sprowadzała się wyłącznie do wydawania piłek, otwierania i zamykania Orlika i wpisywania tego wszystkiego do zeszytu. Jak pieniądze się skończyły, jest już totalna samowolka. – opowiada były już nauczyciel wychowania fizycznego, który pracował przy Orliku.

Wuefiści zrzucają winę na system oświaty, słabnące zainteresowanie młodzieży koszykówką i notoryczny brak pieniędzy. Doskonale pamiętam, jak mój były nauczyciel w podstawówce, znany zresztą w polskim środowisku koszykarskim (głównie kobiecym) trener rozdając nam połamane paletki do tenisa stołowego, mawiał, że prawdziwy mistrz wygra grając nawet drzwiami do hangaru. Brak pieniędzy na podstawowy sprzęt i inne problemy to część prawdy, ale system „mata” nie wziął się z niczego. Nauczyciel rzucający piłkę i udający się do kantorka to też jeden z symboli szkolnego folkloru.

Wina jest też oczywiście po naszej stronie. Wszystko psuje sie od góry. Prosty przykład: przychodzą do mnie na praktyki studenci ostatnich lat AWF-u i nawet oni mają problem z pokazaniem prostych koszykarskich zagrywek. Kiedyś to bylo nie do pomyślenia, ale dziś 25-latek z dyplomem nie pokaże często młodzieży jak ma grać, bo sam tego do końca nie umie przyznaje Mariusz.

Dziś posyłając dziecko do szkoły trzeba liczyć się z tym, że podstaw koszykówki będzie uczyć go ktoś, kto nie przechodził testów sprawności na etapie rekrutacji na AWF, kto mimo wielu różnych form doskonalenia nie będzie zainteresowany udziałem w szkoleniach i konferencjach, jeśli będą odbywać się po godzinach pracy i kto zupełnie nie jest na bieżąco z tym co się dzieje w tym sporcie. To trochę zaprzeczenie tych wszystkich planów i papierologii, która otacza wuefistę z każdej strony – to tam częściej wykazuje się swoimi osiągnięciami niż w rzeczywistej pracy z młodzieżą. Na dobrą sprawę tych nikt nie sprawdza, przecież WF nie kończy się nigdzie żadnym egzaminem.

Z tych wszystkich lekcji codziennie odbywających się w kraju tylko totalnie znikomy procentowy ułamek będzie kiedyś trenował dalej i być może przejdzie na zawodostwo. Od tego są już głównie profesjonalne kluby i szkółki. Pierwsza styczność z koszykówką dla większości osób to jednak lekcje WF, a dla sporej części pewnie też ostatnia. To jedyne miejsce, gdzie można mówić jeszcze o masowości dyscypliny. To jak te zajęcia będą przebiegały i jak zostaną zapamiętane, może decydować, czy później te osoby zadbają o wyższą oglądalność w telewizji lub większą frekwencję na trybunach.

Koszykówka musi wrócić do szkół!

Ona tam była i na swój sposób jest cały czas. Tam nie ma tylko chętnej do pracy młodzieży, w pewnym stopniu rzetelnych nauczycieli i pieniędzy. Niekoniecznie w tej kolejności.

* Wypowiedzi bez nazwisk są zabiegiem celowym. Pisząc wprost – pod nazwiskiem nie wszystkie informacje mogłyby się tutaj pojawić także z powodów ograniczeń jakie wynikają z Karty Nauczyciela. Nie chcąc w żaden sposób sprawiać nikomu jakichkolwiek ewentualnych nieprzyjemnych sytuacji pojawiają dlatego tylko imiona.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze