Majowe Szaleństwo, czyli Akademickie Mistrzostwa Polski

Data:

Amerykanie mają swój March Madness, my mamy Majowe Szaleństwo. Oczywiście nie ma co porównywać popularności obu tych rozgrywek, nawet z zachowaniem skali popularności koszykówki w tych krajach, ale Akademickie Mistrzostwa Polski, w skrócie AMP, to naprawdę impreza godna uwagi.

Jakbyście spytali mnie rok temu o AMP, prawdopodobnie nie umiałbym rozwinąć tego skrótu. Teraz, jako oficjalny dziennikarz AZS Uniwersytetu Jagiellońskiego i poniekąd asystent trenera, wracam z AMP ze srebrnym medalem.

30 drużyn, ponad 20 meczów dziennie, ośmio-minutowe kwarty, cztery hale, trzy dni, jedno miasto. To właśnie Majowe Szaleństwo. W dniach 13-15 maja Lublin gościł najlepsze akademickie drużyny kobiet i mężczyzn. Żeby nie zatrzymywać was na zbyt długo (no dobra, też dlatego, że nie mam cierpliwości do koszykówki kobiet) skupię się na koszykówce męskiej.

Zacznijmy od spraw technicznych, by mieć je szybko za sobą. Do turnieju finałowego AMP awansuje 16 najlepszych drużyn w Polsce, czyli te, które wcześniej zajmą premiowane awansem miejsce w swojej strefie geograficznej. Rozsądnie, nie wszystkie strefy mają zagwarantowane tyle samo miejsc. Drużyny rywalizują w czterech grupach, dwie najlepsze awansują do ćwierćfinału, dalej już typowe playoffy. Koniec fazy grupowej nie musi oznaczać jednak końca rywalizacji, bo drużyny z trzecich miejsc grają o dziewiątą lokatę w turnieju, a czasem dodatkowo trzeba rozegrać mecze decydujące o kolejności w danej kategorii (uniwersytety, uczelnie techniczne itd.). Trzeba powiedzieć, że organizatorzy świetnie się spisali. Identyfikatory AMP gwarantowały darmową komunikację miejską, w piątek uczestnicy zaproszeni zostali na zorganizowany specjalnie dla nich koncert Adama Ostrowskiego, znanego jako O.S.T.R. (świetny wybór, zważywszy na zamiłowanie „Ostrego” do koszykówki; akcentów koszykarskich nie zabrakło), a drużyny które przedwcześnie zakończyły rywalizację, miały okazję sprawdzić się w turnieju paintballa. Oprócz tego można było wejść za darmo na mecz o mistrzostwo ekstraklasy kobiet w piłce ręcznej. Z meczów strefy medalowej prowadzone były transmisje w HD z wynikiem i czasem gry na ekranie. Tak się to robi, organizatorzy imprez sportowych!

Do gier! – jak to mawia Maciek Kwiatkowski. Pewnie zastanawia was, na jakim poziomie sportowym toczy się ta „studencka” rywalizacja. Nie powiem wam, zrobi to, ktoś kto nadaje się do tego idealnie, czyli Tomasz Zych. Tomasz jest doświadczonym rozgrywającym AGH Kraków – zespołu, który właśnie awansował do I ligi. AGH jest zespołem akademickim i skład, którym grali w II lidze, tylko kosmetycznie różnił się od tego, który wystawiali w rozgrywkach uczelnianych. Dlatego też, zawodnik tej drużyny może odnieść poziom II ligi do poziomu AMP.

Jest kilka fajnych, uczelnianych zespołów, ale wiadomo, że to są zawodnicy grający w ligach. II, I lidze, ekstraklasie… My mamy tą przewagę, że jesteśmy ligowym zespołem i jesteśmy zgrani. Jest kilka świetnych zespołów, świetnych zawodników… to jest taka zbieranina, ale z umiejętnościami. W drugiej lidze też jest przeróżny poziom. Na AMP są drużyny o wiele lepsze, nawet od czołowych drużyn II ligi, ale są też zdecydowanie słabsze niż poziom ligowy. Także co do poziomu, jest przeróżnie. Na pewno pierwsza czwórka prezentuje się super – mówił Zych.

I jest to bardzo trafny opis, choć mieliśmy nawet zawodnika z doświadczeniami w Eurolidze. Poważnie, w pierwszej piątce zespołu gospodarzy – UMCS Lublin, grał Michael Gospodarek z Turowa Zgorzelec. Co ciekawe, w turnieju było jeszcze dwóch innych graczy z Tauron Basket Ligi…i wszyscy grali dla UMCS. Gospodarka zmieniał Jan Grzeliński z lokalnego Startu, a na skrzydle rządził Kuba Karolak, kolega Gospodarka z Turowa. Tak, UMCS zdobył mistrzostwo. Przed finałem porozmawiałem krótko z Michaelem i autentycznie wzruszyłem się jego podejściem do tego turnieju. Wydawało mi się, że dla graczy ekstraklasowych, występy na AMP to raczej przysługa dla uczelni. Gospodarek zwrócił jednak uwagę na co innego:

Chodzi o to, żeby grać z kolegami, z którymi znamy się od małego. Wychowywaliśmy się w jednych klubach w rozgrywkach juniorskich, kadetach, młodzikach – teraz możemy razem pograć. Na pewno traktuję tą imprezę poważnie, jest koszykówka, można wygrać fajny wyjazd do Chorwacji w lipcu i reprezentować w Europie naszą uczelnię, a jestem z Lublina, więc to jest tym bardziej fajne, reprezentować swoje miasto – mówił rozgrywający UMCS Lublin i Turowa Zgorzelec.

Świetna postawa gracza, który już po ćwierćfinale twierdził, że jego zespół ten turniej wygra… i się nie mylił.

Poza graczami ekstraklasowymi, nie brakowało, o czym wspomniał Tomasz Zych, graczy z I ligi. Byli gracze z doświadczeniami z ekstraklasy, tacy jak Wojtek Fraś (AWF Katowice), Olek Lebiedziński (Politechnika Gdańska), czy Michał Kwiatkowski (ALK Warszawa). Był król streetballa, Filip Put (ALK Warszawa) i cała plejada zawodników drugoligowych.

Ale AMP nie były wyłącznie sprawdzianem dla koszykarzy. O awans do szczebla centralnego walczyli sędziowie. Mecze były nagrywane i obserwowane przez oficjeli z LZKosz. Rezultaty tych testów nie są na razie znane, ale jeśli zda je więcej niż kilku sędziów, będę zaskoczony, bo sędziowanie, było niestety jedną z największych historii tego turnieju. Kilka przykładów. Można się uśmiać.

Najpierw na tapetę weźmy pierwszy mecz AZS UJ. Przeciwnikiem była Politechnika Wrocławska. Przy kilku sekundach do końca spotkania i jednym punkcie straty do UJ, gracz PWr staje na linii rzutów wolnych. Pierwszy pudłuje, drugi trafia, ale sędzia odgwizduje przekroczenie linii (nie podając której) i nie zalicza punktów. Wrocław protestuje, UJ cieszy się z wygranej. Trener UJ bierze ostatni czas, by oddalić piłkę od swojego kosza i upewnić się, że jego gracze nie popełnią straty, ewentualnie unikną faulu. Rozrysowywana jest zagrywka mająca na celu jedynie uwolnienie graczy. Koniec przerwy, zawodnicy zaczynają wychodzić na parkiet. Sędziowie podbiegają do trenerów i informują o zmianie decyzji i zaliczeniu punktów, bo zawodnik PWr przekroczył linię rzutów trzypunktowych w trakcie rzutu osobistego swojego kolegi i „to nie miało znaczenia”. Mamy remis. UJ zmarnował time-out, bo teraz trzeba było rzucać na wygraną. Sędziowie nie dali więcej czasu na zastanowienie się nad nową sytuacją. UJ oddaje nieprzygotowany rzut i jest dogrywka. W dogrywce Politechnika dokonuje koszykarskiego cudu. Choć przegrywała siedmioma na 40 sekund do końca dodatkowego czasu, wygrywa mecz jednym punktem.

Byli też sędziowie, którzy nie wiedzieli co zagwizdali („Co ja wcześniej pokazałem?” – pytanie do stolika po gwizdku), byli sędziowie, którzy gwizdali faule zawodnikom, których nie w zespole („Faul, numer sześć” – „Kto?” – „Numer sześć” – „Ale my nie mamy zawodnika z takim numerem!”), był stolik, który potrafił w dwóch akcjach pod rząd i kilka razy w jednym meczu zapomnieć o uruchomieniu zegara 24s. Ale był też sędzia, który wszystko widział wyraźnie („Ja na kacu zawsze mam slow-motion” – rozmawiając z kimś przez telefon w drodze na fajkę). Było wesoło.

Trochę w kontekście sędziowania,  już prawie na koniec chciałbym przejść do najlepszego w mojej opinii meczu turnieju. W ćwierćfinale mierzyły się Akademia Leona Koźmińskiego z Warszawy i Akademia Górniczo-Hutnicza z Krakowa. Znany w środowisku furiat trener AGH, Wojciech Bychawski od początku kontestował każdą decyzję sędziów. Fakt, że sędziowanie stało na fatalnym poziomie, ale aż bałem się, że dojdzie do rękoczynów. Na szczęście skończyło się „tylko” na kilkunastometrowej wyciecze, by nakrzyczeć na działaczy AMP i LZKosz. Bychawski, by zmobilizować sędziów do lepszej pracy krzyczał „To się nagrywa co wy wyprawiacie, spójrz w kamerę człowieku!”.  Sam mecz stał na wysokim poziomie. AGH od początku przeważało, świetny był Robert Kolka, którego na Twitterze porównywałem do Łukasza Seweryna. Z tym, że Kolka ma dopiero 23 lata i może dodatkowo pomagać przy rozgrywaniu. Mój ulubiony gracz i oficjalny MVP tych mistrzostw. Zapamiętajcie to nazwisko. W trzeciej kwarcie AGH zbudowało nawet kilkunastopunktową przewagę, ale wtedy zaczęła się pogoń ALK. Skuteczny był Paweł Hybiak, Michał Kwiatkowski dobrze prowadził grę, a punkty Filipa Puta (w tym niesamowity poster dunk w kontrze) doprowadziły do remisu na około minutę przed końcem meczu. Punkty dla AGH zdobył Kalinowski, a w kolejnej akcji Kolce włączył się Steph Curry i łamiąc kostki obrońcy trafił trójkę, mocno przybliżając AGH do półfinału. Sala oszalała, zwłaszcza długa ławka AGH. „Dobra, opuszczamy wzwód i gramy!” – uspakajał oryginalnie Bychawski. AGH wygrało ten mecz i kolejny w niedzielę rano…ale niestety na niedzielny wieczór zaplanowany mieli pierwszy mecz finału II ligi z Polonią Leszno. Drużynę podzielono. W Lublinie zostało sześciu rezerwowych graczy, a trzon zespołu pojechał do Krakowa. Niestety w ten sposób pozbawiono nas emocji w finale. Z AGH grającym w pełnym składzie, z pewnością mielibyśmy emocjonujące widowisko. Skończyło się pogromem w wykonaniu UMCS.

Na sam koniec o pewnym trendzie, który zdziwił mnie od pierwszego meczu turnieju. Mianowicie, na oko, co trzeci gracz, niezależnie od wzrostu czy pozycji, rzucał osobiste o tablicę. Coś, co przyprawia mnie o grymas, było na AMP codziennością, nawet wśród czołowych strzelców z dobrze ułożoną ręką.

Postanowiłem zapytać o to Rafała Zgłobickiego (AZS UJ) – króla strzelców turnieju w Lublinie (25 punktów na mecz). „Na treningach zawsze rzucam na czysto, ale jak tylko weszliśmy na halę gdzie rozgrywaliśmy większość naszych meczów, od razu zauważyliśmy, że jest miękka decha. Oddaliśmy kilka rzutów i zobaczyliśmy, że deska przyjmuje wszystko. Liczy się tylko trafienie, a czy to będzie o deseczkę, czy czysto – nie ma znaczenia. Myślę, że inni też tak do tego podeszli. Według mnie rzut o tablicę jest łatwiejszym rzutem, bo jest większy margines błędu. Pamiętam, że kiedyś, jak grałem w Stalowej Woli, pojechaliśmy na mecz do Przemyśla i też była taka miękka tablica. Faulowany stanąłem na linii rzutów wolnych, pierwszy oddałem na czysto i spudłowałem, więc drugi rzuciłem o tablicę i wpadło. Mój ówczesny trener, Jerzy Szambelan szkoleniowo zwrócił mi wtedy uwagę, żebym nie kombinował przy rzutach. Ale myślę, że jak jest taka hala, to lepiej rzucić o tablicę” – mówił skrzydłowy, który zaczyna zbierać oferty z koszykarskiej I ligi.

Jeśli żyjesz koszykówką, Akademickie Mistrzostwa Polski są imprezą, którą warto śledzić. To trzydniowy maraton z basketem na zaskakująco wysokim poziomie. Ja już czekam na kolejną edycję.

Medaliści AMP 2016 w koszykówce mężczyzn:

1)     1)  UMCS Lublin

2)      2) AGH Kraków

3)      3) Uczelnia Łazarskiego Warszawa

MVP: Robert Kolka (AGH Kraków)

Król Strzelców: Rafał Zgłobicki (UJ Kraków)

Zainteresuje Cię również:


Komentarze

3 komentarze