Michał Michalak: Najlepsze dopiero przyjdzie [WYWIAD]

Data:

Trafia w tym sezonie 40 proc. swoich rzutów za trzy i ze średnią 11.9 punktów jest trzecim strzelcem drugiego w tabeli PGE Turowa Zgorzelec. W czerwcu się ożenił, a po meczach bierze na ręce maleńką Sarę i przybija piątki z kibicami czarno – zielonych. Ma 23 lata. Dla jednych to dużo, dla innych wciąż mało, jeśli chodzi o koszykarską karierę. Umówmy się. Chcielibyśmy wszyscy, by dogonił oczekiwania, jakie były wokół jego osoby. By już po tym sezonie dołączył do grona naszych najlepszych koszykarzy grających za granicą. On również uważa, że najlepsze w koszykówce dopiero przed nim.

Kosma Zatorski: Nie tak dawno skończyłeś 23 lata, a już doczekałeś się potomstwa. Jak się czujesz jako młody ojciec?

Michał Michalak: Bardzo dobrze, wyśmienicie wręcz. Cóż więcej mogę powiedzieć?  Pewnie czuję to samo, co każdy tata młodej córki. Na początku chciałem mieć chłopca, ale teraz zmieniłem zdanie. Cieszę się z roli ojca, męża i koszykarza.

Narodziny małej Sary sprawiły, że świat wywrócił ci się do góry nogami?

Na pewno wiele się zmieniło. Trzeba było dostosować się do nowego trybu życia, ale nie uważam tego za żaden wyczyn. Nie jestem jedynym ojcem, który jest sportowcem. Na pewno trzeba było się przyzwyczaić do tego, że czasem trzeba wcześniej wstać, na początku oczywiście było trochę ciężej – gdy zdarzały się nieprzespane noce. Z czasem się to wyrównało, ale nie mam powodów do narzekań. Wychowujemy córkę wspólnie z żoną Renatą, która wypełnia większość rodzicielskich obowiązków, abym mógł się skupić na grze w koszykówkę.

Zgorzelec to chyba najmniejsze z miast, w jakim przyszło ci grać. Jak ci się tutaj podoba w porównaniu do Sopotu czy Torunia?

Czuje się tu bardzo dobrze. Każdy zawodnik przyjeżdża do danego miasta głównie z myślą o grze w basket, więc aspekty pozasportowe schodzą na drugi plan. W Zgorzelcu dobrze się zaaklimatyzowaliśmy. Mam rodzinę i to zajmuje mi najwięcej czasu poza treningami i meczami. Nie ma więc czasu na inne głupoty (śmiech).

Czyli nie kluby, dyskoteki tylko raczej kapcie i seriale?

W Zgorzelcu raczej ciężko byłoby znaleźć takie rozrywki, ale już w Toruniu prowadziliśmy rodzinne życie. Seriale? Z Azją Ekspres podobnie, jak wszyscy w drużynie jestem na bieżąco! (śmiech)

Przed sezonem mówiło się, że chciałbyś spróbować sił za granicą. Pojawiły się plotki, że chciałbyś grać w Hiszpanii. Była w nich odrobina prawdy?

Zdecydowanie. To była sama prawda. Czekałem długo na podpisanie nowego kontraktu. W Toruniu mój ostatni sezon nie był jakiś wybitny. Drużyna też nie osiągnęła żadnego dużego sukcesu, jakim byłoby zdobycie medalu. Moja pozycja na rynku nie była przebojowa. Jak widać nic z tych planów nie wypaliło i w tej chwili nie ma to już żadnego znaczenia. Jestem w Zgorzelcu i na tym się najbardziej koncentruję, by jak najwięcej dawać mojej drużynie. Mam dobrego trenera, dobrych zawodników obok siebie i wierzę, że daleko razem zajdziemy.

Nie zamykasz sobie jednak furtki przed wyjazdem na zachód?

W żadnym wypadku. Już jako młody koszykarz marzyłem o tym by grać w dobrej drużynie europejskiego formatu i grać w Eurolidze. To się nie zmieniło. Mam jednoroczny kontrakt w Zgorzelcu i zobaczymy, co będzie dalej. Nie wybiegam jednak za daleko w przyszłość. Uważam, że myślenie o tym co było lub o tym co będzie, blokuje to, co jest teraz. Skupiam się więc najbardziej na teraźniejszości, chce wycisnąć z niej jak najwięcej, bo taką mam mentalność.

SOPOT 02.04.2014 EKSTRAKLASA KOSZYKOWKA MEZCZYZN PLK MECZ TREFL SOPOT VS ROSA RADOM MEN BASKETBALL POLISH LEAGUE GAME TREFL SOPOT VS ROSA RADOM NZ michal michalak FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Trzy lata Michał Michalak spędził w Trójmieście (fot. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl)

Adam Waczyński jednak swoim wyjazdem chyba wam wszystkim dał sporo do myślenia. Że jednak się da.

Tak. Adam jest świetnym przykładem zawodnika, który wybił się w lidze polskiej i wyjechał do klubu, który dał mu możliwość rozwoju. Tam ugruntował swoją pozycję i podpisał kontrakt w dużym klubie. To na pewno cel i marzenie wielu chłopaków. Także moje.

Twój trener Maciej Fischer mówi, że masz szybkie nogi, które mają jeszcze spore rezerwy szczególnie w obronie. To chyba nie nowość, bo o tą obronę, to sporo osób piłuję cię od lat.

To jedna z łatek, która do mnie przylgnęła. Słusznie czy niesłusznie… Gdy jako osiemnastolatek przychodziłem do Trefla Sopot to trenerem był tam Żan Tabak, który wprowadził swój system agresywnej obrony na całym placu. Za jego czasów trenowaliśmy niezmiernie ciężko, graliśmy sporo jeden na jeden. To dla mnie, młodego i nie najlepiej przygotowanego fizycznie zawodnika było szokiem. Trener wtedy mocno zwracał uwagę na moją obronę, wytykał każdy najmniejszy błąd, ale oczywiście po to, bym stał się lepszym zawodnikiem. System trenera Fischera też jest oparty o mocną, agresywną obronę. Myślę, że wraz z rozwojem fizycznym poprawiam się jako obrońca i mogę grać lepiej w tym elemencie. A co do łatek, to mają już to do siebie, że czasem nigdy nie chcą się od ciebie odczepić.

Wracając do czasów Tabaka. Chyba trochę żałowaliście, że tak szybko wyjechał z Trójmiasta?

Myślę, że na jego wyjazd złożyło się kilka czynników. Sytuacja, ktorą zastał w Treflu chyba nie była do końca taka, jaką sobie wyobrażał. Dostał też ofertę nie do odrzucenia z euroligowego klubu z Hiszpanii. Te trzy miesiące wspólnej pracy jednak chyba wszystkim zawodnikom sporo dały. Szczęściem było mieć takiego trenera jak on, który z taką uwagą podchodził do rozwoju indywidualnego zawodników. Był także tzw. „players coach” – szczerym, mówiącym wszystko prosto w twarz. Chciałbym mieć takich trenerów.

Trefl Sopot, gdzie spędziłeś trzy pełne sezony, miał całkiem sporo doświadczonych zawodników. Czy był wśród nich ktoś taki, o kim możesz powiedzieć, że przekazał ci sporo wiedzy?

Krzysiek Roszyk. W Sopocie byliśmy razem przez 2 lata, najpierw jako zawodnicy, potem on został trenerem. To wzór do naśladowania pod względem pracowitości i dbania o własne ciało. Nawet w swoim ostatnim sezonie prezentował się fizycznie lepiej, niż wielu młodszych zawodników. Jest człowiekiem i koszykarzem, który mało mówi, ale dużo robi. Poświęcił mi wiele swojego czasu i uwagi, po treningach i w trakcie wakacji, aby pomóc mi stać się lepszym zawodnikiem, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

W środowisku sporo dobrego mówi się o Roszyku. Ale również o twoim trenerze Macieju Fiszerze słyszy się najczęściej same dobre rzeczy.

To bardzo spokojny i kulturalny człowiek, z którym zawsze można szczerze pogadać. Na boisku i treningach czasem jednak zmienia swoje oblicze. Nawet jednak, gdy krzyczy lub mówi coś podniesionym głosem, to jego uwagi są trafne i niosą za sobą jakiś cel. Nie krzyczy dla samego krzyku i nie obraża zawodników. Jego filozofia obrony wyróżnia się na tle innych polskich drużyn. Trener chce, abyśmy przez 40 minut wywierali presję na całym boisku. Gdy wszyscy jesteśmy zdrowi, to gra szeroka rotacją. Każdy z nas dostaje około 20 minut i ma swoją szansę. Każdy czuje się potrzebny, a poza tym nasza intensywność po obu stronach parkietu jest bardzo duża. Niewiele jest w naszej lidze drużyn, które mogą grać właśnie w taki sposób. Zwraca także bardzo dużą uwagę na czytanie gry przeciwnika. Chce również byśmy w ataku grali ustawioną koszykówkę, ale pozwala nam na korzystanie z przewag, wykorzystywanie indywidualnych umiejętności. Wszystko opiera się boiskowej inteligencji.

Dostajesz od niego czasem „wolną rękę w ataku”?

Gdy patrzysz na nasz atak, to widzisz, że nie gramy np. kilku zagrywek pod rząd na jedną osobę. Nasza gra jest urozmaicona. Mamy zagrywki i schematy, które mają wyprowadzić danego zawodnika na wolną pozycję, ale na pewno nie ma u nas miejsca na tzw. ‚mambo-dżambo’ – grę, że bierzesz sobie piłkę do rąk i robisz sobie, na co tylko masz ochotę. W szybkim ataku oczywiście swoboda jest większa. Na ogół jednak staramy się grać ustawione zagrywki i korzystać z nich. Jako strzelec mam oczywiście korzystać z wolnych pozycji. U trenera Fischera raczej jest tak, że wrócisz na ławkę za to, że nie próbowałeś rzucić będąc w dogodnej sytuacji niż gdy nie trafisz kilku rzutów pod rząd.

Ta szeroka rotacja i granie po około 20 minut to też chyba nowość dla ciebie. Trudno było ci się przestawić?

Na pewno jest to inna koszykówka, niż taka, gdzie w rotacji jest siedem osób i grasz po 30 minut. Wtedy na pewno czujesz się inaczej na boisku, może nieco pewniej. Tutaj jest tak, że w przez te pięć minut w czasie których jesteś na boisku musisz wykorzystywać każdą okazję, być jak najbardziej produktywnym. Granie dziesięcioosobową rotacją, gdzie na każdej pozycji masz dwóch równorzędnych zawodników jest inne. Ale tak przecież grają najlepsze kluby, jak choćby Stelmet Zielona Góra. Trzeba więc korzystać mocno z tego co jest i nie zastanawiać się na boisku za dużo, być maksymalnie skoncentrowanym i korzystać z tego, co przynosi ci mecz.

Sopot, hala 100-lecia 26.03.2016 EKSTRAKLASA PLK KOSZYKOWKA MEZCZYZN MECZ Trefl Sopot - Polski Cukier Torun POLISH BASKETBALL LEAGUE GAME Trefl Sopot - Polski Cukier Torun NZ marcin stefanski , michal michalak , former ex , FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Michał w barwach Twardych Pierników. Obok Marcin Stefański z Trefla.

Na razie, po siedmiu meczach tego sezonu trafiłeś  15 z 34 rzutów za trzy, co daje równe 40 procent. Taka skuteczność w trakcie całego sezonu zdarzyła ci się ostatnio, gdy grałeś w ŁKS-ie Łódź. Wiem, że siedem meczów to mała próbka, ale pracowałeś nad swoim rzutem czy może masz więcej otwartych pozycji? Znasz przyczynę tego lepszego stanu rzeczy?

Oczywiście pracuję nad swoim rzutem. Po każdym treningu zostaję oddać dodatkowe rzuty z różnych pozycji, z miejsca, po koźle, po wyjściu. Na pewno również praca w wakacje ma duże znaczenie w tym elemencie, gdzie tysiące oddanych rzutów utrwalają mechanikę i poprawiają skuteczność. Uważam, że zawsze byłem dobrym strzelcem. Jednak zdarzało się, że brakowało mi regularności. Jakby prześledzić dokładnie moje poprzednie sezony to miewałem połowę sezonu, w której rzucałem za 3 na 40-50%, by potem mieć duże problemy ze skutecznością. Uważam, że ciągle trzeba zwracać uwagę na detale, zwłaszcza w młodym wieku, tak aby nie utrwalać złych nawyków i pielęgnować prawidłową technikę rzutu. Ilość wykonanych powtórzeń i dbałość o szczegóły pozwoli w dłuższej perspektywie wypracować powtarzalność i dobrą skuteczność.

Gdzie poza obroną widzisz u siebie jeszcze elementy do poprawy?

W te wakacje pracowałem bardzo dużo nad swoim ciałem i fizycznością. Przez miesiąc pracowałem według planu, który rozpisał mi Dominik Najorczyk – to były głównie ćwiczenia interwałowe plus siłownia rozpisane dzień po dniu, by zwiększyć szybkość i siłę. Później pojechałem na Get Better do Jezierzyc, gdzie przez dwa tygodnie pracowałem indywidualnie z Arturem Packiem.

Słyszałem, że to puszcza i las, nic dookoła poza salą gimnastyczną. Można się więc skupić tylko na koszykówce.

Dokładnie. Przypomina to obozy sportowe, na które jeździło się za dzieciaka. Poza tym spotyka się zawodników, którzy też grają w lidze, więc po treningach jest z kim spędzić czas. Gdy ja byłem, to trenowali także Kuba Dłoniak, Paweł Leończyk, Maciej Kucharek i Mikołaj Witliński. Razem z Konradem Kaźmierczakiem pracowałem nad poprawą elementów technicznych, a z Arturem Packiem na siłowni wzmacnialiśmy te elementy ciała, które można jeszcze u mnie poprawić.

To też była jedna z łatek, która do też do ciebie przylgnęła. Że nie jesteś zbyt pracowity.

Tak i jest to dla mnie nieco zabawne. Zaczęło się to od wywiadu z Andrzejem Plutą, który stwierdził, że ja nie pracuje bądź słyszał od kogoś, że tak jest. Nigdy nie współpracowałem z Andrzejem Plutą, spotkaliśmy się w życiu dwa razy i to nie na treningu. Na pewno bardzo szanuje jego osobę i dokonania. Jeśli jednak porozmawiałbyś z osobami, które mnie znają to jestem pewien, że wyraziłyby zupełnie przeciwną opinię. Ja też tak o sobie myślę. To też jest taka łatka, na którą nie mam większego wpływu. Mogę jedynie powiedzieć im to, co tobie. Co jednak ludzie będą myśleć, już ich sprawa. Osoby, które miały okazję ze mną pracować, wiedzą jaki jestem.

Być może twój sezon w Zgorzelcu zmieni myślenie choćby niektórych. To chyba dobre miejsce, by odejść nieco w cień i spokojnie się rozwijać?

Można się tu skupić jedynie na koszykówce. Mamy dobrego trenera,  ładną i dostępną cały dzień halę treningową. Miejsce do pracy jest dobre, ludzie są dobrzy, trzeba jedynie do tego dołożyć ciężką pracę, zaangażowanie i w ciszy pracować nad swoim rozwojem. Efekty przyjdą.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. W kuchni cały czas pracuje nad recepturą burgera idealnego. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze

5 komentarzy