Mogę być kontuzjowany 23 razy. Nigdy w życiu się nie poddam

Data:

2006 rok. Warszawa. 1/2 mistrzostw Polski juniorów. 17-letni Kamil Łączyński pada na parkiet. Długo nie wstaje. Kilka godzin później lekarz postawi diagnozę. Zerwane więzadło krzyżowe w prawym kolanie. Przeklęta kontuzja w koszykówce. Potrafi wykluczyć cię z grania na kilkanaście miesięcy.

Wyobraź to sobie. Od malucha całe życie uganiasz się za pomarańczową piłką. Jesteś na nią skazany. Twój ojciec Jacek jest legendą stołecznej koszykówki. Specjalnie dla ciebie zakłada klub koszykówki. Później przynosi swoją prace do domu. Ogląda, analizuje. – Przyglądałem się temu jako mały chłopiec. Razem z nim oglądałem kasety wideo. Ciekawiła mnie taktyka, to jak rozpracowywał kolejnych rywali – mówi. Na czym skończyliśmy? Leżysz na łóżku, chodzisz o kulach do łazienki. Możesz jedynie z ławki bezradnie przyglądać się swoim kolegom z drużyny. Krzyczysz, bijesz brawo, kręcisz głową z niezadowolenia. Nic więcej nie możesz zrobić. I jeszcze ta długa rehabilitacja. Dzień po dniu. Kilka godzin. Dłuży się. Marzysz o tym, żeby wrócić na parkiet. I robisz to. – Być może za wcześnie…. – zamyśla się Kamil.

Od jego kontuzji do powrotu mija siedem miesięcy. Za krótko, ale gdy masz 17 lat to wydaje ci się, że jesteś panem swojego organizmu. – Nie za mocno się forsowałeś jako dzieciak? – pytam się. Urodziliśmy się obaj jeszcze w latach osiemdziesiątych. Nie zamieniłbym tego za nic. Przerwa. Biegłem z chłopakami pokopać, zagrać w emeryta lub szybkie dwa na dwa na jednym koszu. Wracałem do domu, obiad i na podwórko. Nieważne ilu nas było. Siedzieliśmy dopóki nie robiło się całkowicie ciemno. Mimo to potrafiłem wynieść śmieci i zostać jeszcze 10 minut. Porzucać na kosza, choć ledwie byłoby widać zarysowaną wyblakłą od słońca czerwoną obręcz. To i tak nic i z intensywnością, którą narzucił sobie Kamil. Godzina 7.30 pierwszy trening. Później szkoła. Później znowu trening. Później jeszcze trening z seniorską drużyną. I mecze. Czasem nawet po dwa dziennie. – Byłem w kilku szkolnych reprezentacjach. Nawet w ping-ponga. Rzeczywiście mocno się forsowałem, ale człowiek uczy się na własnych błędach – wyjaśnia.

Jego rówieśnik Piotr Wesołowicz, dziennikarz Rzeczpospolitej, uśmiecha się pod nosem. – Pamiętam taką akcje z Kamilem z czasów szkolnych. Remis. Ostatnie sekundy meczu szkolnych rozgrywek. Bierze piłkę w ręce, wbija się pod kosz, w trakcie akcji uderzając się mocno w dłoń. Podchodzi z rękami do sędziego pokazując czerwoną łapę. Rzuty wolne. Trafia. Wygrywamy – mówi. Dodaje, że Kamil był zawsze bardzo pewny siebie. Ta pewność siebie nigdy nie dała mi się załamać. Nawet, gdy okazało się, że kolano źle się zrosło i trzeba je jeszcze raz zreperować.

Kieszonkowe

– Podczas kolejnej operacji okazało się, że moje więzadła wisiały jak wodorosty – wspomina. Dwa lata po słynnej kontuzji, jego Polonia niespodziewanie pokonuje naszpikowane gwiazdami Asseco Prokom Gdynia w hali Koło przy ul. Obozowej. Dziennikarz warszawskiego „Stołka” Łukasz Cegliński spyta bohatera meczu, trzymającego się za kolano owinięte lodem,  czy kontuzje go nie załamały. – Nawet jak będę miał kolejne 23 kontuzje, to nigdy w życiu się nie poddam. Zawsze będę wracał – jestem stworzony tylko i wyłącznie do koszykówki. – wypali.

Cytuję mu fragment tej rozmowy. – Jeśli ktoś by mi powiedział, że się przewrócę, to miałbym od razu się położyć? – pyta retorycznie.

Polonia to super okres w jego życiu. Pierwszy seniorski klub, przez który u schyłku poprzedniej dekady przewinęło się wiele znanych nazwisk. Wezmą młodego pod swoją opiekę. Kamil podpisuje tu swój pierwszy kontrakt. Dostaje 500 zł miesięcznie. – Wtedy to było coś. Kupowałem miesięczny na autobus za 30 zł i miałem 470 zł dla siebie. Nie musiałem prosić mamy i taty o 5 zł na bułkę w szkolnym sklepiku. Mogłem pójść i wykupić na raz wszystko co mieli na półkach! – żartuje. Nie dopytuję, ile z tej kwoty zostawiał w warszawskich klubach. Ale wycieczki takie oczywiście miały miejsce. Najlepszym kompanem w klubie był Michael Ansley. – Znakomity koszykarz i znakomity facet. To dzięki tej znajomości mogłem także szlifować swój angielski – wspomina. Inni koledzy nauczyciele boiskowego fachu?

Kogo tam nie było w tej Polonii! Profesorowie Przemysław Fransukiewicz, Mariusz Bacik, Hubert Radke. Same osobistości. Było od kogo czerpać garściami. W szkole jednak wielkim gwiazdorem nie był. – To była sportowe liceum tuż przy Polonii. Na korytarzu mijałeś Zosię Klepacką, do koszykarskiej klasy śmigał Robert Lewandowski, z którym kopało się na przerwie piłkę. Kto wtedy przypuszczał jak daleko zajdzie. A ja? Czy zapraszały mnie dziewczyny na studniówkę? Sam musiałem zapraszać! – żartuje.

Dorosłość

Dodaje jednak, że dwukrotnie wygrywa konkurs na najlepszego sportowca. – To były fajne czasy. Grałem w Polonii, choć kibicowałem Legii. Dorosły zrobiłem się jednak dopiero po przejściu do Koszalina – opowiada. Skończył się widok mamy, taty i siostry na trybnach. 500 km robi różnicę. Już nie ma pysznych domowych obiadów. – Musiałem się nauczyć gotować. Polska kuchnia, przepisy mamy, babci i siostry, z którą najwięcej wisiałem na telefonie. Schabowy, mielone, żurek, ogórkowa, rosołek. Trochę potrafię zrobić – przyznaje skromnie. Koszalin stawia na pierwszym miejscu, jako miejsce szczególne w jego karierze.

Ale zamiast kroku do przodu i dobrego kontraktu, minut, splendoru i chwały, zrobi krok w tył. Do pierwszej ligi. Do Krosna. – Brat mojego taty jest moim agentem. Trochę z mojej winy, bo nie podpisałem kontraktu w ekstraklasie, trafiłem do trenera Radovića – tego samego, który teraz okazał się małym niewypałem w Starcie Lublin. Tam znalazły się dodatkowe pieniądze na mnie, więc przystałem na ich ofertę. Miałem do wyboru grę w słabych europejskich ligach, na Węgrzech i Słowacji, zdecydowałem się na Krosno. Nie żałuję. Musiałem się sprawdzić w nowej roli – mogłem oddawać więcej rzutów. I to w liczbie naście. Mniej było systemowej koszykówki, więcej grania jeden na jeden, obrona słabsza niż w ekstraklasie. Gdy minąłeś obrońcę miałeś praktycznie otwartą drogę do kosza – wspomina Łączyński. Twierdzi jednak, że krok w tył był dobrym ruchem. Miał stać się jednym z liderów drużyny. – I przyznaję, że na początku sobie z tym nie radziłem. Druga część sezonu była dobra, gdyby nie kostka, którą skręciłem podczas play-offów – mówi.

Kanapa

Kamil to nie tylko zawodnik, ale także prawdziwy kanapowy kibic. Pilot w ręku, odpalony laptop i jeszcze tablet na kolanach. – Uwielbiam – mówi. – Wszystko! – dodaje przez śmiech. Nie samym koszem człowiek żyje, więc trzeba obejrzeć ukochaną Legię, sporty zimowe z biathlonem, skokami i biegami na ciele. – Przez Tomka Sikorę zaraziłem się biathlonem, na Małyszu człowiek się wychował, więc ciężko nie oglądać skoków. Nieważne w jakiej formie jest Stoch, to i tak oglądam. Do tego jeszcze panczeniści, snooker z ulubionym Ronniem O’Sullivanem. Wciągam wszystko. A jak Zosia Klepacka płynie po medal na desce windsurfingowej to też obejrzę! – mówi.

Teraz czasu ma nieco mniej, bo kawalerskie życie skończyło się na „pewnym mocnych baunsach”. – Emilia zupełnie nie miała pojęcia o koszu. A teraz żartujemy, że mogłaby spokojnie zostać trenerem – opowiada. W tym miejscu mała przerwa na reklamę. – Nie wiem, kto to wymyślił, ale Emocje.tv to dla mnie świetna sprawa.- mówi. Arturze Kuszelu, ja też dziękuję. Łączyński w lidze ogląda to, na co przyjdzie mu ochota. A gdy na boisku zdarzy się coś śmiesznego, to łapie za telefon, nagrywa i śle. Najlepiej, gdy jakąś zabawną rzecz zrobi Mateusz Jarmakowicz. Przyjaciel od razu podsyła mu wiadomość z filmem, pełną emotek o płakaniu ze śmechu. Z Jarmakiem grali razem w Koszalinie, a później rozminęli w Radomiu.

To też fajny okres, w którym trener Kamiński wpuszcza go z ławki, ale w końcówkach ufa mu bardziej niż swoim amerykańskim jedynkom. Ale w trakcie drugiego sezonu, gdy wydaje się, że jego rola w zespole wzrośnie, wcale nie gra dużo. Musi dzielić minuty z Amerykanami i młodym Danielem Szymkiewiczem. Decyduje się na przejście w połowie sezonu do Kutna. Małe miasto, które chłonie ekstraklasową koszykówkę. Bilety schodzą, jak śwież bułeczki. W dodatku kibic słyszy, że przychodzi kadrowicz. Na Łączyńskim jest spora presja, ale znakomicie daje sobie radę. Ma obok siebie Amerykaniana Kwamaiana Mitchella – taką kutnowską wersję Waltera Hodge’a.

Andrej

Po sezonie zdziwi się, że nie przedłużą z nim umowy. Odezwie się jednak stary kolega z boiska. Ten sam, który jeszcze jako czynny rozgrywający mawiał mu.- Moi synowie są jeszcze za młodzi, więc mówię to tobie. Słuchaj, ucz się, podpatruj. Jak będziesz chciał to wykorzystać, to zrobisz to. Jak nie to nie – to słowa Igora Milicica. W klubowym autobusie przejadą Polskę wzdłuż i wszerz. Przegadają całe życie. – Złapaliśmy wspólny język.  Sporo rozmawialiśmy o koszykówce, choć dzieliła nas różnica 11 lat. Tu nawet nie chodzi o kosza, ale o rady, jak postępować z pieniędzmi. Teraz widzę, jak prowadzi zespół nasze myśli są podobne. Choćby przy wyborze zagrywki czy ocenie sytuacji – mówi.

Najwięcej jednak wiedzy poza tatą wbił mu do głowy Andrej Urlep. – Wiadomo, że na początku był strach, gdy się tyle o nim nasłuchałeś przez lata – mówi. Słoweniec w koszykarskim światku solidnie pracował na opinie odpowiednika Huberta Wagnera. Z czym kojarzy mi się Rajmondas Miglinieks, legenda Śląska Wrocław. Z tym, że co akcję odwracał głowę w kierunku ławki. Urlep pokazywał mu, co teraz ma zagrać. Z wiekiem Urlep zaczął dawać swoim rozgrywającym więcej swobody. – Nauczył mnie myślenia na boisku. To ja jako rozgrywający mam piłkę najdłużej w rękach, więc powinienem wiedzieć np. czy Piotr Szczotka będzie krył na boisku trójkę czy czwórkę. Wiadomo, że jak czwórkę, to wtedy grasz więcej na swoją trójkę. A gdy tamta trójka ma w dodatku trzy faule, to grasz jej jeszcze więcej piłek. To także cała masa detali. Od pracy nóg w obronie bez piłki, przez wiązanie buta czy proszenie o przetarcie parkietu, gdy na boisku dopada cię zmęczenie – mówi.

Zagrywki?  – To nie jest tak, że biegniesz po boisku i wybierasz zagrywkę „dwa góra” w ciemno. Musisz wiedzieć, dlaczego chcesz tak zrobić – tłumaczy. A gdy patrzysz, jak robi to Igor Milicić, twoim drugim trenerem jest świetny fachowiec David Dedek, lepiej trafić nie mogłeś. – Z Urlepem poza boiskiem da się pogadać? – pytam. Kamil głośno się śmieje. – Ojjjj jaki to jest gaduła! Andrej Urlep zna się najlepiej… na wszystkim. A już najlepiej na świecie na tenisie! – i obaj parskamy śmiechem.

_homez.39_takty_core__files__Polska_AZS Koszalin_Urlep_00001

Igor

Igor zadzwonił latem ubiegłego roku. Z fajną propozycją. I wcale nie chodziło o wypad na ryby. – Mimo naszych dobrych relacji przy podpisywaniu kontraktu w Anwilu ustaliliśmy, że to Igor jest tu szefem i ja mam się dostosować do sytuacji. Ale często podkreśla, że słucha swoich rozgrywających, prosi nas samych o pomysły. Skiba i ja z nim graliśmy, jako zawodnicy, więc to przestawienie się z gracz-gracz na trener-gracz było łatwe – mówi. Mlicić już nie biega z chłopakami 5 na 5, a gdy kilka razy pokaże jakąś zagrywkę na pełnej szybkości, to łapie się za bolące kolano. Wiek robi swoje, ale i tak  nie odpuszcza żadnego konkrusu rzutów z połowy. W ubiegłym roku, jeszcze w Koszalinie, wygrał dwa razy.

Czego oczekuje od Łączki? Prosi, żeby razem z Robertem Skibniewskim poprowadził grę Anwilu Włocławek. Do pomocy klub ściąga fantastycznych strzelców Czecha Davida Jelinka i Nigeryjczyka Champa Oguchiego, za charakter zespołu i wszystkie brudne rzeczy ma odpowiadać zbudowany jak gladiator Robert Tomaszek. Na czwórce odbudowujący nazwisko Fiodor Dimitriev oraz niedoceniany przez kibiców, ale ceniony przez trenerów Piotr Stelmach. I na dokładkę jeszcze Michał Chyliński. Charakterna paczka. – Też się o to trochę na początku bałem. Ale atmosfera w zespole jest bardzo dobra. A gdy się zwycięża, to najłatwiej ją budować – mówi. Gdy wracają ze Zgorzelca Robert Skibniewski wrzuca na instagrama fotkę całego zespołu cieszącego się z kolejnego zwycięstwa. Skiba nie był Skibą, gdyby jednak nie wbił szpileczki. Nie zażartował. Hashtag #bezFałka dla Michała Fałkowskiego, dociekliwego od lat dziennikarza Sportowych Faktów, który dzień wcześniej awansował na media menagera zespołu. O co chodzi? Tłumaczy sam Fałkowski. – Byłem z chłopakami na czterech wyjazdach w tym sezonie i wszystkie przegraliśmy. Do Gdyni ostatnio pojechałem samochodem! Wygraliśmy. Od razu pojawił się hashtag #FałekPozaAutokarem. Szybko więc do niego z powrotem nie wsiądę! –  śmieje się Michał.

Ostatnio po zwycięstwie w Gdyni do sieci wpada taki gif z autobusu. Anwil po kilku marnych sezonach znowu jest zespołem, którego nie można lekceważyć. Choć są i tacy.

Zakład

– Jeden z kibiców napisał, że macie dziurę na jedynce. Jakbyś się do tego odniósł? – pytam. – Serio tak napisał? – nie dowierza Łączyński. Zastanawia się chwilę. – Wchodzenie z polemikę z kibicem jest bez sensu. Trzeba znać swoją wartość. Ktoś kiedyś powiedział, że Łączyński jest za wolny na rozgrywającego. Niech ktoś wystawi jakiegokolwiek innego polskiego zawodnika przeciwko mnie. Daje tysiąc złotych, że nie dam się wyprzedzić na żadnym ze sprintów. Oczywiście ktoś może mówić, że jesteśmy gorsi od Blassingame’a, Gibsona, Thomasa. Ale my ze Skibą gramy po 20 minut, oni ponad 30. Mają całą kwartę więcej, by pokazać swoje umiejętności. Ma sporo możliwości, by zrobić dużo dobrego sobie w statystykach. My z Robertem robimy wszystko, żeby udowodnić to, że wcale nie jesteśmy gorsi. A ten kibic latem będzie się cieszył, że w reprezentacji rozdajemy asysty, natomiast gdy sezon wróci znowu zacznie nas hejtować – śmieje się Kamil.

Wspominamy jego ulubieńca Jasona Kidda u schyłku kariery. Robił różnicę na boisku nawet gdy nie zdobywał punktu. – Oczywiście nikt z nas nie pójdzie z przerywanej w górę, jak Dee Bost lub nie rzuci siedmiu trójek w meczu. Mamy natomiast zmysł i intuicję. Nasi partnerzy nam ufają. Trener również. Predyspozycji, jak obcokrajowcy nie mamy, ale na pewno nie jesteśmy od nich gorsi w każdym elemencie koszykarskiego rzemiosła – mówi. Anwil ma dwóch boiskowych generałów i szkoda tylko, że ten który najwięcej salutował na boisku ostatnio przepadł. Poza Kiddem jest jeszcze jeden ulubieniec. Brodaty Sergio Rodriguez z Realu Madryt. Koszykarski artysta.

Pstryczek w nos

W NBA obecnie kończy się trade deadline. O najlepszej lidze świata nie rozmawiamy, ale wiąże się z tym ciekawa anegdota. Pytam się Kamila czy z innymi graczami zamieniaja się czasem w generalnych menadżerów i na przykład w drodze z Tarnobrzega wymyślają transfery. – Pewnie, że tak mamy. Mówimy między sobą na przykład „a gdyby dołożyć gracza X to palnęlibyśmy każdego”. Nazwisk nie wymienię, żeby nikogo za bardzo nie łechtać – śmieje się.

Z Hubertem Radke poszli nawet o krok dalej, gdy razem grali w Rosie Radom. Niech to będzie historia na koniec. Zanim sezon wejdzie w decydującą fazę. Moglibyśmy tak przegadać pewnie jeszcze ze dwa dni.

– Dobra słuchaj! Rozmawialiśmy, że gdyby któryś z nas wygrał w Totolotka 35 baniek – wtedy tyle było w puli –  to sami założylibyśmy drużynę w Tauron Basket Lidze. Zebralibyśmy naszych dobrych przyjaciół z parkietu i w ogóle nie trenowali. Tylko grali mecze. Efektownie, czarodziejsko, pod publiczkę. Zrobilibyśmy taki pstryczek w nos dla ligi i byłoby o nas głośno w całej Europie!

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze

9 komentarzy