Mogłem już nie grać, ale to nie w stylu „Szubiego”

Data:

Niektórzy go już skreślili. Stwierdzili, że się do niczego nie nadaje, a tym bardziej do gry w koszykówkę. Trudno było przypuszczać, że z takim charakterem Krzysztof Szubarga się podda. To nie w jego stylu. Nie w stylu chłopaka z Inowrocławia, który jako młody chłopak jeździł na wyjazdy z kibicami Noteci. Jak to się stało, że Szubarga zrobił karierę, mimo skromnych warunków? Jak Andrzej Kowalczyk negocjował z nim kontrakt? Jak wyglądał pierwszy posiłek na Ukrainie?

„Szubi” jakiego nie znacie.

***

Paweł Łakomski: Kiedy grałeś w Anwilu Włocławek nazywano cię jednym z najnudniejszych rozmówców – to prawda?

Krzysztof Szubarga: Możliwe, możliwe. Takie zdanie napisał Michał Fałkowski. Rozmawialiśmy później na ten temat. Tłumaczyłem, że nie można mówić ciekawie, jeśli dziennikarze zadają bez przerwy te same, głupie pytania.

To spróbuję uniknąć głupich pytań. 

Dajesz! (śmiech)

To może mała prowokacja na początek. Jak to się stało, że udało ci się zrobić karierę, mimo bardzo skromnych warunków fizycznych? Grałeś w wielu klubach, byłeś reprezentantem Polski z występami na dwóch EuroBasketach. 

Od razu mam przed oczami sytuację, jak poznaję różnych ludzi i od słowa do słowa dowiadują się,  że jestem koszykarzem.

– Ale jak to? Przecież pan nie ma dwóch metrów…

Takie jest ogólne wyobrażenie – zawodnik musi być wysoki. Jak to było ze mną? Nie pamiętam, aby w Inowrocławiu, oprócz koszykówki, był inny sport na zawodowym poziomie. Noteć siłą rzeczy skupiała wokół siebie wielu kibiców. Moje pierwsze mecze pamiętam jak przez mgłę, ale mocno utkwiła w pamięci przepełniona kibicami hala. Nie było gdzie usiąść, nie było gdzie stać. Kończyło się spotkanie i w mieście rozmawiano tylko o następnym. Lubiłem kosza, zapisałem się do klubu i tak naprawdę szczebel po szczebelku wspinałem się, aby zostać zawodowym graczem.

Jeśli możesz, spójrz na ekran. 

Aaa (śmiech) Noteć rozgrywała swoje spotkania w Barcinie, bo w Inowrocławiu nie było odpowiedniego obiektu, aby grać w ekstraklasie. Ja jestem tutaj z czapeczką… (śmiech). Jeździłem na mecze z grupą kibiców, z tzw. szalikowcami.

cwsix0rxcaaj9uz

Który to mógł być rok?

1999 lub 2000 rok.

Słyszałem, że w grupie kibiców byłeś…

… szczylem!

Właśnie nie. Miałeś charakterek. 

A to na pewno. Mieliśmy swojego przywódcę, swoje piosenki i to był fajny czas. Pamiętam taką historię, pojechaliśmy na derby. Noteć miała wtedy „zgodę” z kibicami z Włocławka. Przyjęli nas gościnnie, na mieście, pod sklepem spożywczym. Weszli do sklepu, po czym wyszli z takimi „czarodziejskimi” butelkami. Mimo młodego wieku, nie chciałem być gorszy, wziąłem kilka łyków. Nie pytaj tylko o mecz, bo nie za bardzo pamiętam co się działo. (śmiech)

To porozmawiajmy przez chwilę o ostatnim okresie w twojej karierze. Przez rok Krzysztofa Szubargi właściwie nie było. Wydawało się nawet, że możesz już nie wrócić do gry. Tobie się to udało i tak zastanawiam się czy radość z powrotu do zdrowia nie jest na tej samej półce, co ślub czy narodziny dzieci? W końcu tylko ty wiesz, ile czasu i wyrzeczeń kosztowała cię rehabilitacja.

Mogłem skończyć grać – taka jest brutalna prawda. Jednak w sercu ciągle mam koszykówkę i nie chciałem, aby tak to się zakończyło. Radość z powrotu do gry jest ogromna i właściwie towarzyszy mi codziennie – jadąc na kolejny trening, mecz.

To prawda, że od lekarzy usłyszałeś diagnozę, że nie będziesz już grać?

Nie, od lekarzy nie. Bardziej od ludzi, którzy chcieli, abym zawiesił buty na kołku.

Naprawdę?

Tak. Myślę, że między innymi przez nich nie grałem w poprzednim sezonie. Były z różnych stron naciski, abym sam stwierdził, że do niczego się już nie nadaję.

W środowisku znany jesteś z zawziętości. Słuchając co mówisz, zastanawiam się, czy wracając do koszykówki bardziej chciałeś udowodnić tym ludziom, o których wspominasz czy jednak wspomniane przez ciebie serce do koszykówki było silniejsze?

Wiesz, co? Nikomu nic udowadniać nie muszę. Niemniej jednak, jeśli uda mi się wrócić do poziomu, który prezentowałem kilka lat temu, to będę czuł zadowolenie. A może ci ludzie też pomyślą, że za szybko postawili na mnie krzyżyk? Zobaczymy.

To ustalmy raz na zawsze. Co dolegało „Szubiemu”?

Dyskopatia. Polega to na tym, że dysk wysuwa się z kręgosłupa. U mnie nastąpiło to w jednym miejscu i konieczna była operacja. Natomiast w poprzednim sezonie chodziło o naderwanie mięśnia czworogłowego.

Dopytam jeszcze o dyskopatie. Z taką chorobą człowiek się rodzi?

Nie, to wszystko kwestia lat. W moim przypadku dosyć znaczące było jedno uderzenie. Przeważnie jednak wynika to z dużych obciążeń. Myślę, że na dziesięciu zbadanych zawodników każdy miałby mniejszy lub większy problem z kręgosłupem. Taka jest cena gry na zawodowym poziomie. Z tego co słyszałem to choroba dyskopatii dotknęła Dwighta Howarda, braci Lawrymowiczów, czy byłego polskiego piłkarza, Macieja Żurawskiego.

Miałeś chwile zwątpienia?

Nie. To nie w moim stylu. Oczywiście, miałem ciężkie chwile. Zdarzały się dni, że nie mogłem wstać z łóżka, więc po głowie chodziły różne myśli. Był to jednak moment. Zaraz potem od razu wiedziałem, że chcę wrócić na parkiet.

Mówi się, że w takich sytuacjach rodzina jest najlepszym rehabilitantem. 

Zgadzam się. Oni byli, są i zawsze będą ze mną. Pomagali mi przez wszystkie miesiące i jestem im za to wdzięczny. Nawet ostatnio jak przegraliśmy mecz z Miastem Szkła Krosno, chodziłem po domu załamany, bo nie tak to sobie wyobrażałem, to rodzina zawsze wie jak sprawić, abym zapomniał o porażce, a nawet się uśmiechnął.

Kontuzja spowodowała, że zmieniłeś całkowicie swoje podejście do treningów.

Akurat nie. W Koszalinie poznałem Artura Packa, trenera przygotowania fizycznego. Zaproponował mi treningi, zmieniliśmy dietę i efekty przyszły szybko.

To nie dziwne, że dopiero po trzydziestce zacząłeś się lepiej odżywiać?

Mam do siebie duże pretensje, że wcześniej nie przykładałem do tego takiej wagi. Nie mówię, że przez całą karierę jadłem fastfoody, pizze i tak dalej. Nie, po prostu Artur rozpisał mi co mam jeść i dziś na pewno wygląda to o wiele bardziej profesjonalnie, niż wcześniej.

Aby nie obciążać pleców, zmieniłeś podobno styl jazdy samochodem.

Kiedy jestem w podróży staram się co 45 minut robić przerwę i chwilę się rozciągać. Nawet jeśli sam zapomnę, to moja żona przypomina mi, że powinniśmy stanąć, abym pochodził i nie obciążał za bardzo kręgosłupa.

Powrót po kontuzji – to była harówka?

Oj, tak.

Podobno Artur musiał się hamować, abyś chociaż trochę przystopował.

Miałem tak długi okres, w którym chodziłem tylko od lekarza do lekarza, że byłem głodny treningów. Zresztą, zależało mi, aby jak najszybciej wrócić do gry. Artur czasami nawet mnie sprawdzał, czy nie poszedłem na salę, bo wydawało mu się, że go oszukuję.

„Szubi był tak zawzięty, że nawet jak jechał do swojego domu w Inowrocławiu i nie miał siłowni, to wychodził do ogrodu i sam ćwiczył” – mówi Artur Pacek.

A co? Nie można? (śmiech) Mam w ogródku miejsce, gdzie mogę się podciągać itp. Trening był rozpisany, więc trzeba było go wykonać.

Artur pokazywał mi twoje zdjęcie po siłowni. Wiem, że nie chcesz, aby było wywiadzie, więc tylko możemy powiedzieć czytelnikom, że „siła” jest!

Akurat to zdjęcie było chwilę po zajęciach, także mięśnie inaczej wtedy wyglądają. Prawda jest jednak taka, że moja masa mięśniowa się zmieniła. Nigdy wcześniej nie byłem tak „wyrzeźbiony” jak teraz.

szubi

Szubarga – 2009 rok

zubi

Szubarga – 2016 rok

Mówisz o treningach z Arturem Packiem. Czy odkrywanie siebie na nowo jest właściwie jak narkotyk?

To dokładnie tak działa. W moim przypadku efekty pojawiły się szybko, więc nie zabrakło motywacji do pracy. Tak jak wcześniej powiedziałem – Artur musiał pilnować, bo trzeba pamiętać, że jednym z elementów treningu jest także odpoczynek. Jednak jak się wpadnie w wir, to nie chce się z niego wyjść. Prosty przykład. Kiedyś podciągałem się maksymalnie 10 razy, a teraz bez grymasu zrobię 15-18.

Aż trudno w to uwierzyć, ale to prawda, że AZS Koszalin w pewnym momencie zabronił ci przychodzić na halę?

(chwila zastanowienia) Pierwszy raz z czymś takim się spotkałem. To był trudny okres, pod każdym względem. Klub niezbyt profesjonalnie zachował się wobec mnie. Nie chcę tego dalej komentować. Co było, to było.

Tylko jedną rzecz wyjaśnijmy z AZS Koszalin. W kontrakcie podobno były zapisy, w których klub wiedział, że możesz mieć kontuzję. 

Czekaj, uporządkujmy. Do AZS przyszedłem w trakcie sezonu, po powrocie z Ukrainy. Grałem przez dwa miesiące i w meczu przeciwko Asseco Gdynia, nabawiłem się kontuzji pleców. W pierwszej połowie poczułem silny ból, ale adrenalina plus tabletka przeciwbólowa, pozwoliła mi dokończyć mecz. Z czasem jednak ból był tak silny, że okazało się, że to nie jest drobny uraz.

Po sezonie rozpoczęliśmy rozmowy z AZS o nowej umowie, gdzie tak naprawdę wszyscy wiedzieli o mojej sytuacji. Klub zabezpieczył się wykupując ubezpieczenie tego kontraktu, więc zdawał sobie sprawę, że z moimi plecami może być problem.

Latem widziałem, jak trenujesz w Jezierzycach pod Słupskiem, na campach GetBetter. Po treningu napisałem SMS’a Przemysławowi Frasunkiewiczowi „Muszę ci coś powiedzieć: co „Szubi” wygląda! Fizycznie? Kocur, naprawdę”.

Akurat to prawda. W formie fizycznej byłem bardzo dobrej. Myślę nawet, że nawet w lepszej, niż dwa tygodnie temu. (rozmowa przeprowadzona 29 października – przyp.red.) Pewnie wynika to z tego, że trenowałem na świeżości. Latem doszedł obóz przygotowawczy z Asseco, gry kontrolne, a to jest nieco inny wysiłek. Musiałem to jednak przejść, aby wrócić do koszykarskiego rytmu.

I „Szubi” wrócił, tylko wcześniej Asseco Gdynia podało ci rękę. Byli inni chętni?

Tak, ale wszyscy chcieli podpisać umowę w jedną stronę.

– Chcemy cię, masz kwotę X.

Umówmy się, że moja pozycja w negocjacjach nie była zbyt najlepsza. Pieniądze nie były ważne. Chciałem tylko, aby był zapis, że w przypadku powrotu do formy, siadamy do stołu np. w grudniu i rozmawiamy. Większość klubów chciała podpisać ze mną kontrakt na cały sezon bez możliwości renegocjacji i najlepiej z zapisem, w którym była mowa, że w przypadku kolejnej kontuzji serdeczne dziękuję, do widzenia. Rozpoczęliśmy rozmowy z Asseco i właściwie czułem się jakbym wszedł do innego świata. Pełen profesjonalizm. Klub postawił swoje warunki, ja też i w tydzień podpisaliśmy kontrakt. Dla porównania z AZS Koszalin kiedyś negocjowałem kontrakt półtora miesiąca.

Z Asseco Gdynia jesteś związany tzw. otwartym kontraktem. Na czym polega taka umowa?

Jeśli w grudniu pojawi się konkretna propozycja to mogę odejść z klubu. Kibiców Asseco mogę uspokoić. Na dzień dzisiejszy w ogóle o tym nie myślę, a poza tym to nie takie proste. Moja córka chodzi w Gdyni do szkoły, więc oferta musiałaby być naprawdę interesująca. I nie chodzi tylko o finanse.

Jak zawodnik negocjuje kontrakt, interesują go dwie podstawowe rzeczy – pieniądze i rola w zespole. Czy w rozmowach z Asseco Gdynia klub dał ci do zrozumienia, że oczekuje od ciebie pomocy w szkoleniu młodych koszykarzy?

Tak, umówiliśmy się z Asseco na kilka rzeczy, a to jedna z nich. Mam pomagać, tłumaczyć, ale nie mam z tym żadnych problemów. Dla mnie to naturalna sprawa, że podpowiadam, daję wskazówki, jeśli widzę, że ktoś jest źle ustawiony.

A czy młodzi koszykarze zadali ci już takie pytanie, nad którym faktycznie musiałeś się chwilę zastanowić?

Wojtek Czerlonko pytał ostatnio… (chwila zastanowienia) Pytał o podjęcie decyzji w sytuacji, gdzie masz dwa wyjścia. Chodziło o konkretną akcję na parkiecie, ale już nie pamiętam. Zaskoczył mnie trochę, musiałem się zastanowić i dopiero chwilkę później powiedziałem co bym zrobił.

Kiedy wygraliście w Słupsku, byłem zaskoczony, że zwykły ligowy mecz – na początku sezonu – może wywoływać u ciebie tak pozytywną energię do walki.

Umówmy się – dla Asseco każde spotkanie jest jak o mistrzostwo. Bez zaangażowania nic nie wygramy. A poza tym Jerel Blassingame działa na mnie motywująco. Podczas meczu powiedziałem mu:

– Przy tych młodych zawodnikach, znów czuję się jakbym miał 25 lat!

Tak samo jak przeciwko słupskiej publiczności. Uwielbiam grać w hali Gryfia. Cała atmosfera – wyzwiska w moją stronę, to mnie nakręca. Czasami sprowokuję kibiców, a to działa na nich jak płachta na byka. Nie wiem czy wiesz, ale mój rekord punktowy ustanowiłem w Słupsku – 30 punktów.

Szkoda, że podczas twoich „pogadanek” z Jerellem nie macie podpiętych mikrofonów.

A, szkoda!

fot. Artur Podlewski

fot. Artur Podlewski

Umówmy się – grzeczny na parkiecie nie jesteś, a gdybyś był…

… to bym nie grał w koszykówkę. Do grzecznych chłopców w młodości nie należałem. Zresztą, wydaje mi się, że dzisiejsza młodzież – w sporcie – jest trochę za grzeczna. Niektórzy są za mili. Kiedy miałem 18-19 lat i szedłem na trening Noteci, to starsi zawodnicy nie za bardzo za mną przepadli. Na treningach ich nie oszczędzałem, grałem twardo, czasami zdarzyło mi się „wysunąć” za bardzo łokieć, ale chciałem grać. Dziś tego brakuje.

To teraz przejdziemy do ulubionego punktu przez czytelników – historyjki. Mecz Anwil Włocławek – Trefl Sopot. Twój rzut daje wygraną, a ty krzyczysz coś do byłego prezesa Anwilu, Zbigniewa Polatowskiego. 

Żeby napisał SMS’a Koszarowi. (śmiech)

Jakbyś mógł wyjaśnić, o co chodziło.

Przegraliśmy inauguracyjny mecz w Łodzi z ŁKS. Z tego co wiem, „Koszar” (Łukasz Koszarek) napisał SMS’a do prezesa Polatowskiego w stylu, że Piotrek Trepka mijał mnie jak chciał itp. Nie pamiętam już dokładnie jak to było. W każdym razie po meczu krzyknąłem do prezesa:

– To teraz wyślij mu SMS’a!

Wysłał?

(śmiech) Nie wiem, ale wiem, że było później o tym głośno, bo sprawa krążyła po środowisku.

Przez sezon grałeś w Polpaku Świecie, u pana Stefana Medeńskiego, który podobno lubił polować.

O, tak. W swoim pałacyku miał różne skóry zwierząt, które sam upolował. Śmieszna historia jak klub podpisał Piotra Misia. Wszyscy wiedzieli kto będzie pierwszy do odstrzelenia…

W Świeciu złapałeś dobry kontrakt z Rafałem Frankiem.

Byliśmy w podobnej sytuacji. Rafał pierwszy raz odszedł ze Słupska, swojego rodzinnego miasta, a ja z Inowrocławia. Trzymaliśmy się razem i nawet na parkiecie świetnie się rozumieliśmy. Rafał na „czwórce”, ja na „jedynce”, więc graliśmy sobie picki. Czasami się denerwowałem, jak trener zbyt długo przetrzymał Franka na ławce. Lekko dawałem do zrozumienia, że Rafał powinien wrócić na parkiet. (śmiech)

Frank to dobry dowcipniś. Pamiętam sytuację, jak siedzimy na kolacji po meczu w ostatnim stoliku w knajpie. Kelnerka roznosi napoje, a Rafał od razu powiedział jej, że nam dwóm się śpieszy, więc gdyby to nie był problem, poprosiłby, aby posiłki przyniosła najpierw nam. Wszyscy głodni, a pani z talerzami omijała wszystkich i szła na sam koniec do nas.

Rozmawialiśmy wcześniej o podpisywaniu umów. A jak to było w Ostrowie Wlkp?

A to jest historia po prostu… fajna. (śmiech) Zadzwonił do mnie trener Ś.P. Andrzej Kowalczyk:

– Jadę do Inwrocławia z gotową umową, tak jak ustaliliśmy. Za półtorej godziny przyjedź na stację benzynową BP!

Wsiadałem w samochód, pojechałem na stację i trener daje mi kontrakt. Czytam, przeglądam i już na pierwszej stronie załóżmy, że był wpisany limit na mieszkanie.

– Trenerze, ale umawialiśmy się, że nie ma limitu wynajmu i całe koszta są po waszej stronie – zapytałem.

– Tak? A to zły jakiś kontrakt. Poczekaj.

Poszedł do samochodu i wrócił z inną umową. Czytam, faktycznie jest napisane, że limitu nie ma. Przewracam kartkę i znowu coś mi się nie zgadza.

– Trenerze, ale tutaj też jest coś nie tak.

– A to poczekaj.

Patrzę, a on znowu wstaje i za chwilę wraca z trzecim kontraktem. Dając mi umowę, popatrzył się na mnie i powiedział:

– Wiesz co? Jesteś rozgrywającym, tu jest ten właściwy kontrakt. Masz, podpisuj.

O trenerze Kowalczyku, to można książkę napisać. Myślę, że ludzie z Ostrowa Wlkp. znają wiele historii.

Oj tak…

… i dodajmy, że trener Kowalczyk potrafił załatwić brakującego Polaka w składzie, a niektóre zespoły nie potrafią. (śmiech)

Za granicą występowałeś tylko na Ukrainie. „Zapytaj go o pierwszy posiłek” – zdradził Artur Mielczarek.

No to opowiadam dalej. (śmiech)

Przyleciałem do Odessy, mniej więcej o 14. Na lotnisku stoi facet z napisem „Szubarga”, więc idę do niego. Od razu zapytałem, czy będziemy rozmawiać po angielsku. On, że nie bardzo, woli po rosyjsku – ciekawe dlaczego. (śmiech) Myślę – no trudno, jakoś się z nim dogadam. Wychodzimy przed lotnisko i on pokazuje palcami, że jest 14 godzina…

– Ok, fajnie – pomyślałem.

Dalej pokazuje ręką na lecący samolot i mówi:

– Nowy York! Nowy York! Czarny, leci, Bristol! Sześć czasa!

Za bardzo nie wiedziałem o co chodzi. Zacząłem domyślać się, że pewnie musimy poczekać na jakiegoś Amerykanina. Ten miał przylecieć za cztery godziny. Mieliśmy więc sporo czasu, aby zjeść obiad, wypić kawkę. On pokiwał głową, wziął moje torby i mówi!

– Idziemy pakuszać!

– Pakuszać? Co to znaczy? Chyba jeść? – pomyślałem.

Idziemy do auta, wsiadamy, patrzę, a on sięga do tyłu i wyciąga reklamówkę. W środku termos, plastikowe opakowanie na jedzenie, a tam schabowe, chleb. Coś powiedział w stylu:

– Jedz! Śmiało, nie krępuj się!

Nie wierzyłem w to co widzę, ale byłem głodny, więc zacząłem jeść. Patrzę, a on wyciąga jajko. Obiera je ze skorupki.

– Moja żona przygotowała dla ciebie!

On był tym tak przejęty, że nawet nie pozwoliłby mi nie zjeść. Taki był mój pierwszy posiłek na Ukrainie, przed lotniskiem, w samochodzie.

Kolejna przygoda, to wyprawa do apteki. 

Przyjechała do mnie rodzina. Moja córka dostała rozwolnienie. I trzeba było iść po tabletki, a jak ustaliliśmy wcześniej, język ukraiński nie jest moją najmocniejszą stroną. Zazwyczaj w takich sytuacjach zawodnicy z zagranicy dzwonią do „masera”, aby pomógł. Stwierdziłem, że najlepiej będzie jak pojadę do apteki i przez telefon masażysta wytłumaczy pani w aptece po co przyjechałem. Było późno, już po 22, a apteka była zamknięta, tylko otwarte okienko. Podchodzę i mówię łamanym językiem:

– Telefon, tu, masz – pokazuję.

– Ja nie będę z nikim gawiriła przez telefon! – powiedziała, właściwie krzycząc.

Zrozumiałem tylko, że mam powiedzieć, jaki jest problem. No to zacząłem tłumaczyć. (śmiech)

– Córka! Woda! Brzuch! Leci!

Nic to nie dało i zacząłem pokazywać przed apteką jak wygląda sytuacja. Zacząłem imitować głosem, a ona pierwszy raz się uśmiechnęła i mówi:

– Roztrojenie!

A ja taki zadowolony, że się udało:

– Da! Da!

I się dogadaliśmy. Sytuacja śmieszna, bo za mną było kilku ludzi, którzy widzieli co wyprawiam przed okienkiem.

Po doświadczeniach na Ukrainie chyba przestałeś narzekać na polskie drogi, prawda?

Grałem w Mikołajewie, a tam drogi, szczególnie na wschód, były katastrofalne. Potrafiliśmy jechać 200 km po 6-8 godzin i wcale nie żartuję. Czasami podróżowaliśmy pociągami, co w tym przypadku było o wiele lepsze. Mogliśmy chociaż spać.

Canal+ przepytuje środowisko piłkarskie w swoich ankietach. Jedno z pytań to: nikt mnie nie pokona w…?

(chwila zastanowienia) W robieniu spaghetti! Nie spotkałem jeszcze osoby, której by nie smakowało.

Teraz mnie zdziwiłeś, bo myślałem, że wspomnisz o inwestowaniu. Podobno masz smykałkę do interesów.

Czy ja wiem? To się dopiero okaże! (śmiech) Nie samą koszykówką człowiek żyje. Mam kilka nieruchomości, ale o tym nie ma co rozmawiać.

To już na koniec. Jaka jest cecha, którą najbardziej szanujesz u ludzi?

Szczerość. Nie lubię jak ktoś obgaduje za plecami. Jeżeli ktoś coś do mnie ma, wolę to usłyszeć od niego.

A środowisko jest szczere?

Nie zawsze. Przekonałem się o tym nie raz.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

6 komentarzy