Niebo jest Boiskiem!

Data:

Gorzów Wielkopolski – miasto liczące ponad 120 tysięcy mieszkańców, jedna z dwóch stolic województwa lubuskiego. Niewiele dalej, ponad 100 kilometrów dzielących Gorzów od drugiej stolicy województwa, swoje mecze rozgrywa jak na polskie warunki absolutnie topowy klub, czyli Stelmet Zielona Góra. Mała odległość, ale koszykarsko to zupełnie dwa różne światy.

W samym Gorzowie też całkiem niedawno była jeszcze… Euroliga, ale „tylko” w damskim wydaniu. Męski ligowy basket praktycznie tu nie istnieje, ale nie brakuje ludzi, którzy na przekór wszystkim okolicznościom oddają się jeszcze w całości swojej pasji, czyli koszykówce.

Słowo pasja powinno w tym tekście pojawiać się w każdym zdaniu. Łatwo jest pisać o koszykówce we Wrocławiu, Zgorzelcu, Zielonej Górze, Włocławku i innych ośrodkach, gdzie od lat co najwyżej problemem jest transferowy niewypał w okresie letnim lub kilka porażek z rzędu w Tauron Basket Lidze. Są jednak też miasta i to niemałe, w których o meczu, nawet najzwyklejszym sparingu ekip z TBL można od lat tylko pomarzyć.

By porozmawiać o koszykówce w jednym z takich miast, spotkałem się z Tomaszem Frank, założycielem stowarzyszenia Niebo Jest Boiskiem, którego jednym z głównych celów jest popularyzowanie koszykówki. Nazwa może kojarzyć się z filmem Randalla Frieda, ale Frank od razu na początku wyjaśnia skąd taka nazwa:

Jesteśmy grupą ludzi sfiksowanych na punkcie koszykówki. Spotykamy się nieformalnie od około piętnastu lat na różnych boiskach, jeździmy na streetballowe turnieje. Nazwa Niebo Jest Boiskiem nie wzięła się z filmu. Zawsze tłumaczę, że moim niebem jest kawałek asfaltu, pomarańczowa piłka i kosz. Stąd nazwa Niebo Jest Boiskiem.

1964329_995896200438158_1562789931_n

Formalnie stowarzyszenie działa od 2012 roku opierając się praktycznie tylko na zdobytych własnym sumptem środkach i pasji do koszykówki. W Gorzowie, gdzie króluje żużel, męski basket pod jakąkolwiek formą, czy to klubu lub stowarzyszenia nie ma szans na żadną pomoc lub przychylne spojrzenie ze strony włodarzy miasta. Mimo to jeszcze niedawno w drugiej lidze występował zespół GKK 1LO Gorzów, który potrafił pokonać na wyjeździe King Wilki Morskie. Ponoć pieniądze szczęścia nie dają, ale porównując te dwa zespoły po osiemnastu miesiącach od tamtego spotkania widać, że kasa jednak bardzo pomaga, by zbudować skład na poziomie Tauron Basket Ligi.

Gorzów nie miał takiego szczęścia jak oddalony 100 kilometrów na północ Szczecin. Drużyna w drugiej lidze już nie występuje, a w mieście chronicznie od lat brakuje w ogóle zawodników, którzy byliby w stanie rywalizować na tym poziomie. Tu podczas rozmowy z Tomkiem Fran dochodzimy do pomysłu, który nazywa się NJB Kids. Dzieli się też swoimi przemyśleniami na temat szkolenia.

Od zawsze najbardziej „kręciło” mnie szkolenie najmłodszych dzieciaków. W Gorzowie są klasy koszykarskie w szkołach, ale rozpoczynanie treningów dopiero w wieku 10 lat to zdecydowanie za późno. Uważam, że w naszych warunkach 5-6 latkowie powinni już zacząć trenować, oczywiście na początku bawiąc się piłką. Tak powstał projekt NJB Kids, którego głównym celem było szkolenie najmłodszych od podstaw.

10705227_995896187104826_1099302723_n

Wszyscy po każdej porażce którejś z polskich drużyn zawsze wracają do mitycznego wręcz tematu pod tytułem „szkolenie”. Nasza rozmowa coraz bardziej skierowała się w stronę jak wychować i wyszkolić kogoś, kto mógłby w przyszłości zostać  koszykarzem. Tu dowiedziałem się o koncepcji projektu „Sportowa Rodzinka”, który był realizowany w podgorzowskim Deszcznie przez NJB.

Wychodzę z założenia, że w procesie treningów powinno być nie tylko zaangażowane dziecko, ale też rodzice. Nie chodziło jednak o to, by rodzic biernie siedział na na trybunach i tylko obserwował.Przyjęliśmy koncepcję 90-minutowego treningu, w czasie których pierwsze 30 minut dzieci z rodzicami spędzają razem w ramach rozgrzewki. Później młodzi adepci basketu uczą się koszykarskich podstaw, a ich rodzice na osobnej sali również trenują, jedni wybierają koszykówkę, inni np. fitness pod okiem profesjonalnych trenerów. Każdy jest zaangażowany w zajęcia i osiąga swoje cele. I tak trwało to cały sezon. W tym procesie najważniejsze jest, żeby dziecko miało wsparcie od samego początku rodziców.

Tata lub mama, która spędza aktywnie czas jest świetnym wzorem dla swoich pociech i w na późniejszym etapie będzie rozumiało sportową ścieżkę syna lub córki. Niestety, jeśli rodzice w dużym stopniu spędzają czas po pracy na kanapie bawiąc się tylko pilotem do telewizora,  raczej nie będą w stanie zaszczepić jakiegoś sportowego bakcyla. Też dzisiaj o to jest ciężej. Dla mnie, wychowanego w latach 90-tych największą karą od rodziców był zakaz wyjścia na dwór, by właśnie pograć na boisku. Dziś sytuacja odwróciła się  totalnie – karą byłoby chyba zmuszenie do odejścia sprzed komputera i jakikolwiek wysiłek fizyczny. Widać to w Gorzowie, gdzie mamy 50 boisk do gry w koszykówkę, a jakieś 48 z nich stoi na ogół pustych.

Tomasz Frank cały czas podkreśla, że najważniejsza jest ta pierwsza „zajawka”, traktowanie tego sportu jako pasji, a nie tylko dobrze płatnej roboty. Na razie dzięki tej pasji do koszykówki korzysta Wiktoria Wierzbicka, która zaczynała przygodę z basketem w NJB, a po jednym z tegorocznych campów Marcina Gortata jako jedna z dziesięciu osób została zaproszona na mecz NBA do Stanów Zjednoczonych.

Zupełnie nie rozumiem jak czasami w wywiadach dany zawodnik mówi, że nie zna drużyny przeciwnej, że po powrocie do domu nie ogląda meczów, a wyjście na parkiet to tylko jego praca. Kłóci się to z moim przekonaniami i wizją, którą chcemy zaszczepiać u młodych ludzi. Koszykówka to ma nie być w pierwszej kolejności zawód, dobrze wykonywana praca, ale przede wszystkim pasja, która będzie towarzyszyć przez całe życie.

Gdy zaczęliśmy rozmawiać o wsparciu ze strony bliskich, nie mogło zabraknąć tematu Jakuba Dłoniaka. Obecnie 31-letni zawodnik Śląska Wrocław wychował się właśnie na takich gorzowskich boiskach i już dziś jest najwybitniejszym koszykarzem, który pochodzi z północnej stolicy lubuskiego. A przecież mało brakowało, by Dłoniaka nigdy nie tylko nie poznano w Tauron Basket Lidze, ale nawet w rozgrywkach drugiej lub trzeciej ligi. Wiedząc, że w swoim rodzinnym mieście nie ma żadnego seniorskiego zespołu, po prostu spakował się i pojechał z bratem pod halę Szczecińskiego Domu Sportu jako praktycznie człowiek z ulicy, by pokazać swoje umiejętności.

10706476_995896190438159_285254596_n

Józef Pawłowicz, ówczesny trener grającego wówczas w drugiej lidze szczecińskiego klubu, postanowił później przyjrzeć się niespełna wówczas 20-latkowi i dalszą historię wspinania się krok po kroku już znamy. Tomasz Frank towarzyszy Dłoniakowi od wielu lat i chyba jest najbardziej kompetentną osobą, by opowiedzieć, dlaczego Jakub Dłoniak jest teraz w Śląsku Wrocław, a nie postacią znaną tylko na gorzowskich boiskach.

Kubę na początku ukształtowała rywalizacja ze starszymi kolegami od siebie na zwykłych asfaltowych boiskach. Zresztą przez pewien czas w Gorzowie  może było nawet dziesięciu gości, którzy grali lepiej od Dłoniaka. Dlaczego więc później tylko on grał profesjonalnie? Miał duże wsparcie ze strony rodziny, w tym brata, który również świetnie gra w koszykówkę. Oprócz tego, odkąd pamiętam, Jakub ćwiczył rzut do granic możliwości. Jedno co go wyróżniało od początku, to gdy na takich amatorskich gierkach wszyscy biegnąc do kontry chcieli robić wsady, tylko on jeden stawał w miejscu i chciał rzucać za trzy (śmiech). Praca, wsparcie rodziny i pasja doprowadziły i pokazały, że nawet z naszego miasta można się wybić. Uważam jednak, że gdyby w początkowym okresie trafił na bardziej kompleksowe szkolenie, byłby jeszcze lepszym koszykarzem. Te braki, które oczywiście są, wynikają właśnie ze szkoleniowych zaniedbań z pierwszych lat trenowania koszykówki, ale lepszych warunków tutaj po prostu nie było.

Trudno pisząc o NJB nie wspomnieć o Dłoniaku. Frank wspomina, że gdy 31-latek grał jeszcze w Zastalu, jeździł na każdy mecz do Zielonej Góry, by wspierać swojego przyjaciela. Niebo Jest Boiskiem stanowiło żelazny elektorat Dłoniaka, dzięki któremu między innymi zagrał w pierwszej piątce Meczu Gwiazd. Trudno jednak oczekiwać, żeby sam Dłoniak popularyzował basket w swoim rodzinnym mieście, gdy przez 9 miesięcy w roku jest poza domem.

dloniaczek

Dla wielu fanów polskiej ligi być może wyda się to dziwne, ale w Gorzowie, gdyby zrobić uliczną sondę wśród 100 przypadkowych osób, pewnie z 85 odpowiedziałoby, że zna Dłoniaka, ale… Dawida. To brat Jakuba i jednocześnie bramkarz III-ligowego obecnie Stilonu Gorzów. Prawdziwa ikona klubu i ulubieniec kibiców. Jego brat nigdy nie miał szczęścia, by zagrać chociaż w takiej koszykarskiej lidze w gorzowskim klubie.

Mimo, że ciągle wszyscy narzekamy na tą lichą popularność basketu w Polsce, to i tak w całym kraju są stowarzyszenia, które gdzieś oddolnie starają się popularyzować koszykówkę pod każdą postacią, ale najczęściej wszystko ograniczają finanse. Jak wylicza Tomasz Frank, tylko na jeden sezon działania NJB Kids na samą sale potrzebnych było około 12 tysięcy złotych.

Ponoszone koszty, poświęcony czas, frustrujące rozmowy ze sponsorami i lokalnymi politykami, które nic nie wnoszą, mogłyby sprawić, że może lepiej rzucić to wszystko w diabły. Czego się jednak nie robi dla życiowej pasji… Aż ciśnie się na usta słynny slogan rodem z NBA – „I love this game”.

10714876_995896193771492_594020359_n

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze