Gdy razem z Twierdzą upadły pewne standardy

Data:

Ach ten nieszczęsny „Zbobywca” znowu namieszał! Tu należy się słowo wstępu dla nieznających niedzielnych wydarzeń: Klub Kibica Zastal uratował marketingowo wtopkę ligi z Pucharu Polski i poprosił o przesłanie baneru do Zielonej Góry, aby wystawić go na charytatywną licytację. Paczkę doręczono, klub zaplanował po meczu z MKS-em Dąbrową Górniczą wspólne zdjęcie fanów, trenerów i koszykarzy. Wszystko było cacy.

Gdyby nie ten zły, niedobry sędzia o nazwisku Trawicki. Stanął na drodze koszykarzy Stelmetu do zwycięstwa. Rozdawał techniczne przewinienia, interpretował przepisy na swą modłę, wygonił połowę drużyny do szatni, a na koniec trafiał trójki jak opętany. Nic dziwnego, że jeden z kibiców o budzącym niepokojące skojarzenia głosie, zamiast dopingować Stelmet wykrzykiwał przez pół czwartej kwarty „Trawicki MVP”. Twierdza upadła po pięćdziesięciu dwóch ligowych zwycięstwach.

Zamiast pomeczowej radości było wkurzenie. Słowo się rzekło i zdjęcie jednak trzeba było wykonać. Umówmy się. Porażka z Dąbrową to przecież nie koniec świata. Wszyscy zgodnie z planem ustawili się do pamiątkowej fotografii. Brakowało jedynie kapitana Koszarka i trenera Gronka. Odpowiadali cierpliwie na pytania dziennikarzy w sali konferencyjnej. Aż do momentu, gdy na salę wpadł Janusz Jasiński i wykrzyknął „Koniec imprezy!”. Pozdrowił jeszcze sędziów i wyszedł. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby Stelmet przegrywał częściej w lidze u siebie niż raz na dwa lata. [W niedzielę po prostu był słabszym zespołem. Nie przegrał tego meczu przez błędy sędziów. Nie dajcie się na to nabrać – red.]

Całej tej sytuacji można by uniknąć w banalny sposób. Poprosić koszykarzy, by tuż po gwizdku stanęli na tle banerka, zawołać kibiców i pstryknąć historyczne zdjęcie. W Zielonej Górze zrobiono to jednak po swojemu. I zamiast fajnego pomeczowego eventu w niedziele oberwało się wszystkim – sędziom, trenerowi Gronkowi i Łukaszowi Koszarkowi oraz wykonującym swoją pracę (nie dla siebie, a dla kibiców) dziennikarzom. Następnego dnia od córki właściciela usłyszeli jeszcze, że są „pizdusiami z mikrofonem.” Tak było.

Straszne to i smutne, że tak zakończyła się niedziela w CRS. O koszykówce nikt nie rozmawiał, choć graczom z Zagłębia Dąbrowskiego należą się wielkie słowa uznania. Już drugi raz w tym roku znaleźli receptę na mistrza kraju. A przecież jeszcze przed kilkoma laty to Zastal Zielona Góra był taką stawiającą pierwsze kroki Dąbrową, gdzie uznano niedzielny triumf za najważniejsze zwycięstwo w historii istnienia klubu.

Sam cieszyłem się, jak dzieciak gdy beniaminek przy wypełnionym po brzegi CRS-ie bił wielkie Asseco w ligowym debiucie czy później Anwil Włocławek. W ciągu ostatnich lat w klubie zmieniło się jednak sporo. Gdzieś zniknęli ci sympatyczni pasjonaci Rafał Czarkowski, Rafał Rajewicz, Witold Szachowicz, Piotr Zaradny czy spiker Andrzej Faltyński.

Janusz Jasiński pozostał, dobrał sobie nowych współpracowników i nadal z powodzeniem składa wielgachny budżet klubu, sprowadza ciekawych koszykarzy a jego Stelmet BC zdobywa kolejne mistrzostwa Polski. I chwała mu za to. Jakoś jednak trudno jest mi darzyć ten klub ogromną sympatią, gdy na końcu dnia okazuje się, że jego właściciel w taki sposób kończy imprezę i każe nam wszystkim, jak Wojnar z Wesela, po prostu spierdalać.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze