Paszportowy biznes

Data:

Rozpoczynają się lada moment eliminacje do EuroBasketu 2015, niedługo później mistrzostwa świata. Jak każdego lata, powraca problem, a dla niektórych przywilej posiłkowania narodowych reprezentacji zawodnikami, którzy ze swoimi nowymi ojczyznami nie mają często nic wspólnego. Czy proces naturalizacji w jakiś sposób zagraża reprezentacyjnej koszykówce?

Przepisy FIBA jasno określają, że w każdej reprezentacji może występować jeden zawodnik naturalizowany i zdecydowana większość koszykarskich federacji w Europie z tego przywileju korzysta pełnymi garściami. Polska nie została w tyle – nasze zapędy w nadawaniu obywatelstwa mają już całkiem bogatą tradycję i można spodziewać się, że w najbliższej przyszłości trend ten zostanie utrzymany.

Naturalizacja to najprostszy z możliwych sposobów na wzmocnienie kadry i każdy doskonale zdaje sobie sprawę, że nie ma skuteczniejszego sposobu na doraźne zwiększenie siły zespołu. Gdzieś tylko w tle nieśmiało słychać głosy, że powinno stawiać się na „swoich”. Liczy się przede wszystkim wynik, więc cel uświęca środki.

Nikogo nie zdziwiło, że mistrzostwo Europy w 2007 roku Rosji zapewnił Amerykanin J.R. Holden, którego do Rosji przywiodły pieniądze CSKA Moskwa, a nie miłość do polityki Kremla. Jeszcze wcześniej w reprezentacji Słowenii występował świetny Ariel McDonald, a na ostatnim EuroBaskecie w kadrze Ukrainy mogliśmy oglądać Pooh Jetera. Wszyscy Ci zawodnicy występowali wcześniej chociaż przez chwilę w drużynach klubowych swoich nowych ojczyzn. Tak jak u nas kiedyś Joseph McNaull, czy w ostatnich latach David Logan lub Thomas Kelati – trudno odmówić tym koszykarzom jakichkolwiek związków z Polską. Taka naturalizacja jest już na stałe wpisana w basket na Starym Kontynencie, niezależnie czy jesteśmy w Polsce, Rosji, czy Hiszpanii, gdzie występuje Serge Ibaka. Istnieje jednak jeszcze zjawisko, które wręcz wypacza sensowność rywalizacji w narodowych barwach.

Zjawisko – nazywając po imieniu – handlowania paszportami osiąga w niektórych krajach coraz bardziej niebezpieczny proceder. Tym samym obywatelami Gruzji są Quinton Hosley, Ricky Hickman, Macedonii Bo McCalebb, a bośniacki paszport posiada zawodnik o typowo bałkańskim nazwisku, Zack Wright. Jest to sytuacja specyficzna, bo z wiodących dyscyplin zespołowych na świecie występuje na taką skalę tylko w koszykówce. Ewentualnie można dostrzec sytuację w piłce nożnej, gdzie mamy do czynienia z tabunami Brazylijczyków, którzy zasilają wiele reprezentacji narodowych. Ich koszykarskimi odpowiednikami są Amerykanie, którzy kończąc każdego roku uczelnie wręcz taśmowo udają się szukać lepszego koszykarskiego chleba w Europie. Wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy jak liczne grono koszykarzy z Ameryki Południowej występowało lub występuje nadal w ligach europejskich z paszportem chociażby Włoch. Cóż, na tym rynku, by otrzymać lepszą pracę, trzeba mieć atuty. Oprócz umiejętności czysto koszykarskich zawsze w cenie jest posiadanie europejskiego paszportu, najlepiej jeszcze państwa, które wchodzi w skład Unii Europejskiej.

To jest biznes dla dwóch stron – koszykarska federacja dostaje zawodnika o takiej charakterystyce, jakiej potrzebuje selekcjoner, a gracz ma zwiększone pole manewru w kontekście poszukiwania lepszej pracy. Mając europejski paszport w kieszeni – z automatu – mogą negocjować lepszy kontrakt. Zdarza się nawet, że klub nie chce podpisać koszykarza, gdy ten nie ma owego dokumentu. Taką sytuację parę lat temu miał Thomas Kelati.

Taki przyspieszony sposób nadawania obywatelstwa ma także praktyczne atuty, wszak nie trzeba nigdzie przekopywać archiwaliów z początków XX wieku w celu poszukiwania korzeni prababci i tracić miesięcy, a czasem lat na walkę z urzędami. W koszykówce proces naturalizacji przebiega z reguły bez komplikacji i w większości przypadków każdy zdaje sobie sprawę, że gdyby nie rzucanie pomarańczową piłką do kosza, wielu koszykarzy nie potrafiłoby wskazać swojej nowej ojczyzny na mapie.

Reprezentacje narodowe od dziesięcioleci charakteryzują się tym, że tu w zdobywaniu medali nie pomagają transfery, wielkie pieniądze, ściąganie ludzi z zewnątrz. Tymczasem, czy naturalizowanie zawodników nie jest tego zaprzeczeniem? Wbrew politycznej poprawności, naturalizacja w wielu przypadkach to zwykły transfer i to nie bezgotówkowy, dodatkowo mający charakter wybitnie antynarodowy. W budowaniu jakiejkolwiek więzi fanów z kadrami narodowymi na pewno nie pomaga opisany handel paszportami.

Basket w reprezentacyjnym wydaniu już w tym momencie ograniczony do minimum – czyli występów tylko przez kilka letnich tygodni – już teraz bywa dla części sympatyków mało atrakcyjnym produktem. Eliminacyjne boje do EuroBasketu 2015 dla wielu reprezentacji to będzie moment, w którym zagrają niekoniecznie najbardziej znani gracze. Prawdziwa mobilizacja w kontekście nadawania obywatelstw ruszy zapewne w przyszłym roku na kilka tygodni, miesięcy przed mistrzowskim turniejem. Krajowe federacje z całej Europy już teraz na pewno mają określonych zawodników na oku, a zawodnicy i agenci tylko zacierają ręce. Warto przecież poświęcić kilka tygodni w okresie wakacyjnym na zgrupowania, by później przez dobrych kilka lat czerpać profity. Dowodu na ta tezę nie trzeba nawet daleko szukać, wystarczy spojrzeć na Davida Logana lub na ostatnie ukraińsko-gruzińskie (tak, tak, panowie Burtt i Hosley!)  nabytki Stelmetu Zielona Góra.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze