Piotr Kwiatkowski szczerze o PZKosz, PLK i AZS

Data:

Piotr Kwiatkowski – założył PolskiKosz.pl, pracował w PZKosz, był rzecznikiem kadry, a dziś jest dyrektorem klubu AZS Koszalin. W środowisku koszykarskim doskonale znany, choć o sobie mówi, że bliżej mu do żółtodzioba, niż do autorytetu. Prywatnie bardzo wygadany. Sprawdziliśmy czy również przy włączonym dyktafonie.

Obiecałeś, że będziesz szczery.

– Tak, będę. Chyba (śmiech)

Nie za dużo przewrotów w Twoim życiu ostatnio? 

– Co masz na myśli?

Ślub, całkowicie nowa praca.

– Czy ja wiem? Praca w AZS to spore wyzwanie, więc można to nazwać lekkim przewrotem.

Być może będzie to złe porównanie, ale ciągnęło jak do narkotyku?

– Coś w tym jest. Niby człowiek tak się denerwuje przez tę koszykówkę, a jednak ciągle przy niej siedzi i nie może się „wyłączyć”. Tym bardziej, że mam dzięki temu mnóstwo wspaniałych wspomnień. Nigdy nie zapomnę, jak na EuroBaskecie 2011 na Litwie po meczu z Turcją, zbiegłem z trybuny prasowej na parkiet i cieszyłem się razem z chłopakami. Oficerowi prasowemu takie zachowanie nie przystoi, ale cóż… Pamiętam, że Sakis Kontos, szef działu mediów w FIBA Europe, zmierzył mnie wzrokiem, ale ostatecznie mnie zrozumiał (śmiech).

Pracujesz w AZS na stanowisku dyrektora. W Koszalinie nie wzięli jednak osoby, która akurat przechodziła obok biura, tylko trochę w tym światku koszykarskim już jesteś, prawda?

– W koszykówce kręcę się od kilkunastu lat, gdzie mając 17-18 lat założyłem portal Polskikosz.pl. Potem Adam Romański wciągnął mnie do Polskiej Ligi Koszykówki, a następnie PZKosz. W 2012 roku powiedziałem sobie, że odchodzę z koszykówki. To brzmi jakbym był nie wiadomo kim, a absolutnie nie jestem. Po prostu postawiłem na własną firmę. Pracując przy kadrze poznałem w Koszalinie swoją przyszłą żonę i tutaj postanowiliśmy zostać na stałe.. Z biegiem czasu pojawiła się propozycja od prezesa Marcina Kozaka i wiceprezesa Krzysztofa Szumskiego. Spotkaliśmy się kilka razy, porozmawialiśmy i o to jestem. Trochę z przypadku, ale to akurat u mnie normalne.

Praca w klubie zawsze była Twoim celem?

– Czy zawsze… pewnie nie. Po kilku latach spędzonych przy kadrze Polski chciałem się sprawdzić. Uważam, że jestem w stanie coś wnieść nowego do klubu AZS Koszalin. W Koszalinie zawsze dobrze pracowali i wyniki mówią same za siebie – zdobycie Pucharu Polski i brązowego medalu. Uznaliśmy jednak, że są sektory w AZS, które można ulepszyć. Zależało nam też na tym aby zminimalizować ryzyko w pewnych obszarach. Ostatecznie skład, który udało mi się zbudować wspólnie z trenerem Igorem Miliciciem, wydaje się ciekawy i powinien zafunkcjonować. Nie baliśmy się ryzyka.

pkk

Wspomniałeś kadrę Alesa Pipana z EuroBasketu na Litwie. Ich wszyscy skazywali na porażkę. Mówili, że to będzie wstyd dla naszego kraju. Myślisz, że o Tobie w AZS też tak może ktoś mówić?

– Nie wiem. Jak byłem młodszy to takie rzeczy mnie interesowały. Nie będę hipokrytą i nie powiem, że nie zależy mi na dobrej opinii. Każdy chce by mówiono o nim w samych superlatywach. Ale w sporcie to niemożliwe. Warto mieć świadomość, że dziś na rękach, jutro na taczce (śmiech).

Wiesz jednak, że w środowisku koszykarskim można usłyszeć głosy, że prezes Szumski zatrudnił Cię, aby w razie kłopotów, jednym telefonem można było załatwić trudną sprawę w PZKosz, czy PLK. Znasz tam w końcu wszystkich.

– Po pierwsze w AZS Koszalin pracują profesjonaliści, od których ja się także mogę sporo nauczyć. Skala problemów w lidze jest nieporównywalna do tych z klubu. Ale te klubowe są dla mnie nowe i mimo że dużo mniejsze, to też muszę nauczyć się rozwiązywania pewnych kwestii. A co do Twojego pytania. Władze związku mają to do siebie, że się zmieniają. Mnie niektórzy ludzie w związku lubią, a inni zdecydowanie nie. Także nie sądzę, by to było głównym powodem tego, że dostałem szansę pracy w AZS Koszalin.

Jak mogą Cię nie lubić skoro parę lat temu należałeś do słynnej grupy Nowy PZKosz?

– Nie wszyscy w biurze są jednak zwolennikami obecnych władz. Nie mówi się o tym głośno, ale nie jest to tajemnica, że ktoś sympatyzuje z Romanem Ludwiczukiem, a ktoś z Grzegorzem Bachańskim. Tak pewnie jest w każdej firmie, więc nie doszukiwałbym się w tym drugiego dna. PZKosz jest jednak specyficzną instytucją.

– Dlaczego? 

Tak po prostu jak w każdej federacji. Miałem okazję współpracować także z PZPS i ich rozterki są zbieżne z tymi, które mają ludzie w PZKosz. Tylko tort większy. W koszykówce w porównaniu do siatkówki mamy ciasteczko. A do posmakowania tylu samo chętnych. Koszykarska federacja ma też inne problemy.

Słucham.

– Dla mnie żenujące jest, że tylu ludzi żyjących z koszykówki – nie mam na myśli ludzi z PZKosz- totalnie nie interesuje się tym sportem. Po prostu los sprawił, że jeden czy drugi trafił do tej dyscypliny przez splot różnych zdarzeń i tak się utrzymuje od lat, a jeszcze przy okazji ma wpływ na wiele rzeczy.

Mówisz o części z „gwizdkiem”?

– Nie, akurat ich podziwiam jak grupę. Szybko zrozumieli, że wewnętrznie mogą się spierać, ale na zewnątrz działają razem. Przez to między innymi wywalczyli sobie ważną pozycję w dyscyplinie. Zobacz. Trenerzy między sobą ciągle się spierają – wiadomo dlaczego. Zawodnicy, czego nie potrafię zrozumieć, nie stworzyli dla siebie nic co by chroniło ich interesy. Część sędziów uznaję za najciekawszych partnerów do rozmowy o koszykówce.

Zmartwiła mnie Twoja opinia, że w PZKosz są ludzie, którzy nie interesują się koszykówka.

– Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie chodzi mi o pracowników PZKosz, bardziej o niektórych ważnych działaczy terenowych. W PZKosz na przykład taki Adam Romański czy Członek Zarządu PZKosz, Marcin Widomski mają ogromną wiedzę o koszykówce. I nie chodzi o to, że ktoś wie, kto wygrał NBA czy ACB. Bardziej o pomysł na rozwiązania systemowe, know how. Im więcej takich osób, tym bardziej dyscyplina idzie do góry. A u nas wciąż bardziej niż na merytoryczną rozmowę stawia się na to, kto z kim, gdzie i po co.

Wiadomo, że środowisko uwielbia obrabiać komuś tyłek cały czas.

Wszędzie tak jest. Niektórzy mszczą się, bo nie mają dostępu do ciastka, inni są złośliwi. Zresztą to nie tylko dotyczy środowiska. Taka nasza polska mentalność – narzekać i moralizować stojąc z boku. Przykład Jakuba Kacprzaka. Guru wszystkich internetowych paneli dyskusyjnych. Doceniam czasem jego uwagi, ale nie jest dla mnie żadnym autorytetem. Facet wyśmiewa wszystkich, każde działanie PLK czy PZKosz. Oczywiście, jego prawo, ale znając drugie dno bawi mnie to. To, że ktoś poradził sobie prowadząc warzywniak nie znaczy, że wie jak pokierować Centrum Handlowym. On nie wie, dlatego nim nie kieruje, ale z lubością moralizuje prezesów i pracowników PLK i PZKosz. Ale jeżeli uważa inaczej, niech stanie do wyborów, przejmie władze i wprowadzi swoje pomysły. To przecież proste.

Pracował w PLK zdaje się. 

– Jego musisz zapytać.

Zmierzasz do tego, że to źle kiedy w internecie punktuje się PZKosz lub PLK?

– Nie, wręcz przeciwnie, to bardzo dobrze. Sam często z tych uwag korzystam. Aczkolwiek nie zawsze można poważnie traktować tych uwag. Część jest pisana pod wpływem emocji, część bez znajomości tzw. rzeczywistości. Punkt widzenia zależy od punkty siedzenia. Niestety. Koszykówka to nie jest wyspa, która funkcjonuje sama dla siebie i bez pomocy innych.

Wiesz, że parę lat temu kilku dziennikarzy umówiło się między sobą, że o polskiej koszykówce będą pisać w pozytywny sposób, aby nakręcić koniunkturę.

– Tak powinno być. Jest to brutalne, bo ciągle panuje mit, że dziennikarz powinien być obiektywny.

Wiadomo, że nie ma czegoś takiego. Są albo uczciwi, albo nie.

– No tak, zgadzam się. Jednak jeśli jest dziesięciu koszykarskich redaktorów w Polsce, a myślę, że przesadziłem teraz o ośmiu… (śmiech) A tak na poważnie. Jeśli kilku z nich cały czas pisze o baskecie prześmiewczo, punktując każde działanie, to w końcu szef redakcji dochodzi do wniosku, że ta koszykówka to bałagan i nie ma sensu o tym pisać. Tracimy miejsca w gazetach, internecie. Znów przykład siatkówki. Czy naprawdę, ktoś myśli, że tam jest tylko sielanka? Nie, nie jest. Ale na zewnątrz idzie jasny przekaz – pozytywny.

Co do mediów to wychodzę z innego założenia. Ogólnopolskie media, a o to musi dbać PZKosz, powinny kreować koniunkturę, aby pozyskać nowych kibiców. Z kolei branżowe media powinny – kiedy trzeba – stawiać znaki zapytania, a czasem wykrzykniki.

– Kiedyś na Polskim Koszu zrobiłeś dobry wywiad z Arkadiuszem Miłoszewskim. Zobacz jaki był fantastyczny odbiór. Albo wywiad Kuby Wojczyńskiego z Witoldem Zagórskim. Odświeżyliśmy legendę, a odbiór do dziś jest fenomenalny. Pan Witold dzięki tej rozmowie wrócił do koszykarskiego życia publicznego. Nie mówię tego po to aby Was wychwalać, ale aby pokazać pozytywne aspekty pozytywnego przekazu. Ciągłe negatywne pisanie o koszykówce nikomu nie pomaga. Nikomu. Kibicom, dziennikarzom, działaczom, zawodnikom, trenerom. Nawet sędziom (śmiech). Nie wzywam dziennikarzy i działaczy do robienia wspólnego marketingu, ale trzeba mieć w sobie dużo złej woli, aby nie zauważyć pozytywnych zmian, które od kilku lat są wprowadzane. Nie twierdzę też, że wszystko jest idealne. Sam kiedyś próbowałem zmienić więcej, ale nie wszystko mi się udało. Może nie miałem siły przebicia, może zabrakło mi wiedzy, czy argumentów.

PZKosz. Przedstawienie nowego sponsora Reprezentacji Polski.14.08.2012

W PZKosz pracowałeś u dwóch prezesów – Romana Ludwiczuka i Grzegorza Bachańskiego.

– Tak. Roman Ludwiczuk to pracuś. Był wszędzie i ostatnią rzeczą jaką można o nim powiedzieć to, że był leniem. Od szóstej rano bywał już na nogach i zabierał się do pracy. Kiedyś tego nie doceniałem, teraz go podziwiam, że tak mocno mu się chciało. Pomijam fakt, czy jego pracę oceniam dobrze lub źle. Przede wszystkim jestem mu wdzięczny za to, że pozwolił mi pracować przy takiej imprezie jak EuroBasket 2009. Miał zadatki ku temu aby być naprawdę dobrym prezesem PZKosz.

Możesz konkretniej?

– Zaplecze polityczne, niezła pozycja w życiu publicznym i spore przebicie. Był pozytywnie bezczelny w swoich działaniach. Wymagała tego również pozycja dyscypliny. Otoczył się jednak niewłaściwymi osobami. Zabrakło też swobody działania dla pracowników. Za dużo rzeczy chciał ustalać sam, mieliśmy długie spotkania z których niewiele wynikało, ale były fantastycznymi pożeraczami czasu.

A Grzegorz Bachański?

– W jego przypadku mogę być nieobiektywny. Ale z pewnością jest strasznie inteligentnym człowiekiem, z którym bardzo dobrze się rozmawia, który myśli do przodu. Potrafi rozwiązywać problemy, konflikty. Uważam, że zmiana dla PZKosz wyszła na dobre. Z Grzegorzem pracuje się łatwiej. Przede wszystkim to człowiek z koszykówki, a nie z przypadku w niej.

To może dlatego łatwiej?

– Tak, zdecydowanie. Prezes wymaga więcej od pracowników, ale jednocześnie pozostawia im sporo możliwości działania.

Wiesz co mnie najbardziej zdziwiło na poprzednich wyborach? Prezes związku jako swój sukces mówi o tym, że kadra U17 zdobyła srebrny medal na mistrzostwach świata. Zaraz będą kolejne wybory i będzie ta sama śpiewka?

– To trochę nieuczciwa opinia.

To wytłumacz mi jaki wpływ ma na to prezes?

– Roman Ludwiczuk zapewnił kadrze Jerzego Szambelana odpowiednie warunki przygotowań, tak by zawodnicy i trenerzy mogli myśleć tylko o baskecie. Dlatego ma pełne prawo mówić, że to jego sukces. Przede wszystkim był prezesem dyscypliny, która zdobyła wicemistrzostwo świata. To kto ma się tym chwalić? Premier? Grzegorz Bachański niech chwali się tym, że nasze reprezentacje były w dywizji A. Powiem więcej. Seniorzy od trzech lat mają na zgrupowaniach ptasie mleczko. Naprawdę warunki sprzed kilku lat, do tych za kadencji Grzegorza to przepaść.  PZKosz zrobił wszystko co do niego należało. To, że sportowo się nie udało to tylko i wyłącznie wina trenera i zawodników.

I widzisz. Pod tym się nie podpiszą.

– Prezes musi to wziąć na klatę. Wiem, że nie lubisz Waltera Jeklina, ale to także dzięki niemu jest jak jest w kadrze. Zmieniło się wszystko, nawet taka banalna sprawa jak „jedynki” dla chłopaków w hotelach. Sprzęt czekał na nich w pokojach, co wcześniej się nie zdarzało. Generalnie – niczego nie brakuje, ale musi jeszcze przyjść wynik sportowy.

pkkkk

O kadrze jeszcze porozmawiamy. Powiedz mi, ale tak konkretnie, a nie ogólnikami, co się w PZKosz zmieniło za czasów Grzegorza Bachańskiego?

– (chwila ciszy) Będą się ze mnie śmiać, ale ten spokój w życiu codziennym biura jest istotny. Zmiany w pionie sportowym i szkoleniowym też są na plus. Tauron zapewnił koszykówce spokój na kilka lat. Podobnie jak kilka innych firm. I warto to doceniać. To jak zmieniła się liga, marketingowo, finansowo oraz organizacyjnie, to jest ogromny sukces PZKosz i PLK. Cała otoczka wokół kadry Polski. W PZKosz nie pracuje się łatwo, musisz się ciągle z kimś dogadywać, bo może się okazać, że zaczniesz zmiany i nie będziesz miał szans ich dokończyć.

Dlaczego?

– Bo za chwilę są wybory i ludzie będą musieli podnieść rękę. To jest brutalna rzeczywistość, ale tak jest. Cały system tych stowarzyszeń sportowych, finansowania sportu jest u nas fatalny.

To może brakuje zaplecza politycznego? U nas w kraju wydaje się to konieczne nawet.

– Ja mam na myśli wszystkie sportowe federacje. A co do zaplecza politycznego, to tak naprawdę PZKosz nigdy go nie miał.

Nawet za Romana Ludwiczuka?

– O tym mówiłem wcześniej. Niby miał, ale nie udało się tego wykorzystać. Więc może jednak nie miał? (śmiech)

Pijesz do EuroBasketu 2009.

– Cóż… Brak sponsora tytularnego, dużego partnera, który by został na lata.

Czekaj, czekaj. Już nie pamiętam, ale jakieś firmy były. Zdaje się, że Orlen np.

– Chyba bardziej PGE, ale nie ruszajmy tego tematu lepiej. Prawdziwe wpływy były z miast organizatorów oraz z biletów. EuroBasket 2009 przegraliśmy nie tylko jako drużyna sportowa, ale także jako federacja. Będąc gospodarzem takiej imprezy związek powinien być zabezpieczony na kilka następnych lat.

Kasa to jest problem?

– To jakie kwoty są przeznaczane na naszą dyscyplinę to jest śmiech. W Polsce jest beznadziejny system finansowania. Jeżeli siatkówka i piłka ręczna mają mnóstwo pieniędzy od sponsorów, to Ministerstwo Sportu i Turystyki zamiast ograniczyć dotacje dla bogatych, podwyższa je.

Tylko Piotrek, pewnie inny miałbyś pogląd gdybyś pracował w federacji siatkarskiej np.

– Ludzie, którzy pracują przy siatkówce myślą podobnie. Ale przecież nikt nie odda tego, co ktoś mu dał. Bądźmy poważni.

Pamiętam, że zawsze byłeś zwolennikiem tego, aby kluby pomagały lidze, czy federacji. Czy teraz z perspektywy pracy w klubie widzisz ile pieniędzy ci ucieka?

– Nie chodzi o to by kluby pomagały. Ale by to wszystko działało według jednego klucza. Nie widzę by pieniądze mi uciekały z klubu do ligi. Nie płacę wpisowego, nie płacę za komisarzy, muszę zapłacić za sędziów jak w większości europejskich lig. Jest normalnie.

Pamiętam kiedyś na Twitterze napisałeś, że kluby powinny się cieszyć, że liga daje im możliwość gry o mistrzostwo Polski.

– Skrót myślowy. Ale tak – dzięki temu, że gram w profesjonalniej lidze, łatwiej mi rozmawiać ze sponsorami czy partnerami klubu. Gram w profesjonalnej lidze, która ma solidnego partnera jakim jest Tauron i telewizję Polsat Sport. AZS Koszalin pod przewodnictwem Marcina Kozaka i Krzysztofa Szumskiego, jest klubem profesjonalnym i dobrze zarządzanym. Jako dyrektor klubu mam komfort pracy. Wiadomo, że jakby jeszcze liga płaciła klubom za sukcesy to byłoby idealnie.

I teraz powiesz o Januszu Wierzbowskim, który płacił za wszystko, aż w końcu nie miał z czego.

– Prawdopodobnie był to powód dla którego Janusza Wierzbowskiego nie ma już w PLK SA.

Za dobrze chciał?

– Nie wiem, czy on chciał, czy został zmuszony do takich rozwiązań. Nie ma to dziś znaczenia. Wiem, że dzisiaj stan finansowy jest świetny. Co by nie powiedzieć Jacku Jakubowskim, z którym bywa, że się różnimy  w poglądach, to pilnuje mocno spraw finansowych. Dzięki temu liga normalnie funkcjonuje.

Czyli produkt „Tauron Basket Liga” oceniasz pozytywnie.

– Wyłącznie pozytywnie. Organizacja, marketing, a także sportowo. Na każdym kroku słyszę, że liga z roku na rok, jest coraz słabsza. Co to znaczy? Jak to zmierzyć? Czy zawodnicy, którzy grali piętnaście lat temu naprawdę byli aż tak lepsi?

Myślę, że bardziej próbuje się mierzyć ogólnie – oglądalność i zainteresowanie ligą.

– Kiedyś wyjście na mecz było jedną z niewielu rozrywek dla kibica. Nie było internetu, który dziś zabiera wszystko. Brakowało alternatyw. Zachęcić młodego człowieka, aby wybrał się na „kosza” jest strasznie trudno. Trzeba się bić o klienta na każdym polu. Kiedyś ludzie chodzili na mecze, bo o wyniku mogli dowiedzieć się za kilka godzin z telegazety czy radia. Dziś można iść do pubu na piwo ze znajomymi, a mecz śledzić w komórce. Chodzi o to, by zamiast do pubu, człowiek przyszedł do nas – na mecz.

PZKosz. Trening Reprezentacji Polski przed meczem z Belgia. 14.08.2012

To porozmawiajmy o moim ulubionym temacie. Przepis o dwóch Polakach na parkiecie. Piotr Kwiatkowski uważa…

– … że jest zły. Uważam, że nic nie wniósł do polskiej koszykówki. Zaraz Grzegorz Bachański i Adam Romański będą dzwonić. (śmiech)

Ciebie też nie przekonują argumenty, że ten przepis pomógł paru zawodnikom?

– Jeśli ktoś mówi, że skorzystał, a właściwie wybił się na tym Mateusz Ponitka czy Adam Waczyński, to zaczynam się śmiać. Był takim talentem, że to nie podlegało dyskusji, że będzie grać. Pytanie kiedy. On do Hiszpanii powinien wyjechać trzy lata temu. Teraz może być za późno, ale trzymam za niego mocno kciuku, bo to świetny koszykarz i mądry chłopak.

Ostatnio doszedłem do wniosku, że paradoksalnie lepszy okazał się przepis o młodzieżowcu w drugiej kwarcie. Idąc myśleniem działaczy, to właśnie on „dał” więcej zawodników do gry – właśnie Waczyński, Paweł Leończyk, Marcin Dutkiewicz, Paweł Kikowski i pewnie jeszcze paru.

– Zgadzam się. Na początku wydawał się on trochę niepoważny, ale z perspektywy czasu chyba był mądrzejszy od obecnego. Nie ukrywam, że chętnie postawiłbym na młodego koszykarza i dał mu się ogrywać. Jednak wszyscy powariowali z cenami. Śmialiśmy się z kolegami z innych klubów, że każdy kto teraz potrafi kozłować zaczyna rozmowę od 10 tysięcy złotych za miesiąc.

Tylko im się nie ma co dziwić. Na ich miejscu zrobiłbym dokładnie tak samo.

– Oczywiście, że tak. Swoją drogą… trener Igor Milicić, który pochodzi z Chorwacji, jest zdania, że nie dwóch Polaków, a trzech! I nie jest to żart. Rozumiem jego intencje, ale nie wiem, czy w naszych warunkach klubowych jest to realne do wdrożenia. Tak, aby wszystkie strony były zadowolone i podeszły do tego normalnie.

Siedzisz w koszykówce zdecydowanie dłużej niż ja. Wobec tego proszę, wymień mi co najmniej 40-50 koszykarzy, którzy nadają się do gry w najwyższej klasie rozgrywkowej. Dodam tylko, że w tym sezonie w lidze musi być zgłoszonych minimum 96 Polaków!

– Nie wymienię. Kiedy już wiedziałem, że będę pracować w AZS przygotowałem sobie listę Polaków, którzy są w moim kręgu zainteresowań.

Ilu ich było?

– Między 20-25. Niestety, ale na każdym klubie jest presja wyniku. Dlatego często obracamy się wśród tych samych nazwisk tzw. doświadczonych ligowców.

Słychać głosy, że w przyszłym roku już tego przepisu nie będzie. 

– I dobrze.

Na innych płaszczyznach jak oceniasz działania PLK?

– Pozytywnie.

Stronę internetową zrobiłeś ładną.

– (śmiech). Pytałeś wcześniej czy uwagi internautów są potrzebne. Tak są. Dzięki temu, że zwracali nam uwagę na niedopatrzenia, poprawiliśmy i strona funkcjonuje nie najgorzej.

Masz z tym problem, że pracując w AZS Koszalin Twoja firma robi interesy z PLK?

– W związku z moją pracą w AZS Koszalin już nie współpracuje z PLK SA.

Podobnym problemem dla Ciebie był też Polskikosz.pl

– Tak, to moje dziecko, które sprawia mi do tej pory wiele problemów. Polska jest dosyć specyficznym krajem, gdzie im więcej robisz, tym więcej jest ci zarzucane. Najlepiej stać z boku, śmiać się i nic nie robić.

A konkretnie to z czym miałeś najwięcej kłopotów?

– Sam pracowałeś w PolskiKosz.pl i pamiętasz jak było. Przychodziłeś do mnie z informacjami, a ja robiłem wielkie oczy i pytałem tylko skąd wiesz. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pracowałem jeszcze w PZKosz i w związku z tym, że ukazywało się to na PolskiKosz.pl, to miałem z tego tytułu wiele problemów. W sumie do dziś mam (śmiech).

Kiedyś śmialiśmy się, że domeną tego środowiska jest jedno zdanie: Nie wiesz tego ode mnie.

– (śmiech) Na porządku dziennym! Zawsze było tak, że po każdym krytycznym tekście był telefon do mnie. Czasami mi się oberwało mocno, czasami mniej. Zresztą sam wiesz od kogo otrzymywałeś różne informacje.

Nie wiem. (śmiech)

– No tak, nie wiesz. To jest najlepsza odpowiedź. (śmiech)

Właścicielem PolskiKosz.pl nie jesteś od dawna, a wciąż mówisz, że jest dla Ciebie ciężarem. Dlaczego?

– Bo jeżeli zdarzy się, że chłopaki napiszą coś o AZS pierwsi, to już jest podejrzane. Nic mnie jednak tak nie zdenerwowało jak wyszła informacja o Qyntelu Woodsie. Byłem wściekły i po raz pierwszy stanąłem po drugiej stronie barykady i poczułem to na własnej skórze. Musieliśmy zrezygnować z przygotowywanej akcji promocyjnej, konferencji prasowej. Jeden wyciek spalił przygotowania do tego, by ładnie ograć powrót Q do ligi.

Kto sypnął?

– Sportando.

Przecież wiadomo, że Emiliano ma dobry układ z agentem Qyntela.

– To nie wyszło od agenta Q. Nawet nasi prezesi nie wiedzieli jeszcze, że Woods ma być w Koszalinie. Poza tym jak rozmawiasz z takim zawodnikiem to takie rzeczy nie mają prawa wyjść. Kiedyś tego nie rozumiałem, ale już wiem o co chodzi. Na szczęście sprawę udało się uratować i jest z nami.

Sprawnie wróciliśmy do tematu AZS Koszalin. Po co Woods?

– Dlatego, że jest najlepszym koszykarzem w historii PLK i dlatego, że nazywa się Qyntel Woods., a nie Mr. Nobody. Jak podejmować ryzyko to tylko w przypadku takiego zawodnika.

qw

A czy nie sprowadziłeś Woodsa aby „kupić” sobie kibiców w swoim pierwszym sezonie w AZS?

– Kupić kibiców? Powiedziałem Ci wcześniej – dzisiaj na rękach, jutro na taczce. Kibiców kupię, jak na przeżyjemy ten sezon, bez zmian w sztabie i składzie oraz z dobrym wynikiem sportowym. Tylko to się liczy, nic więcej. AZS Koszalin to kilkunastu zawodników, a nie jeden Q.

Karnety wam sprzedaje przecież.

– Sprzedaje je cały zespół.

Nie mówmy o kwocie, ale to prawda, że podpisaliście go poniżej 10 tys. dolarów za miesiąc gry?

– Wiesz, że nie mogę Ci odpowiedzieć na to pytanie.

Wiem, że bałeś się, czy ostatecznie nie wsiądzie do samolotu.

– Trochę mieliśmy z tym przebojów, ale już o tym nie pamiętamy. Trenuje mocno i wygląda obiecująco.

Po raz pierwszy „zmierzyłeś” się z agentami. Jak wrażenia?

– Ciekawe doświadczenie. Myślałem, że większość z nich interesuje się koszykówką, a tu spore zaskoczenie. (śmiech) Chodzi mi o to, że kiedy idę do sponsora i chcę sprzedać produkt „AZS Koszalin” to jestem przygotowany i wiem co mówię. Śmiać mi się chciało jak jeden z prominentnych agentów miał problem z wprowadzeniem poprawek do kontraktu… na komputerze. Miałem też sytuacje latem, że zadzwoniłem do agenta i pytam go o jego klienta, którego mi wysłał mailem. Gość zmierzony w Portsmouth, mam jego dokładne parametry, wiem, co to za pozycja, jak gra i pytam o cenę. A agent opowiada banialuki niestworzone. Ogólnie jednak agenci czasem się przydają. Są też tacy, którzy znają się na robocie i praca z nimi to przyjemność. Wtedy jest łatwiej obu stronom. Jak to w biznesie.

To jaką byś sobie wystawił ocenę za skład AZS Koszalin? 

– Odpowiem w nieco inny sposób. Jeżeli po sezonie okaże się zrobiliśmy dobry wynik, to najlepszym transferem tego klubu będę ja. (śmiech) Z kolei jeśli się nie powiedzie, to przyjmę na klatę opinię najsłabszego ogniwa.

Attachment-1

Kiedy opublikujesz swój notatnik, który prowadziłeś podczas zgrupowań kadry Polski?

– (śmiech) Nigdy. To jedynie zbiór notek prasowych, które robiłem sam dla siebie, aby wszystkich fajnych momentów po prostu nie zapomnieć lub też aby w relacjach przekazać wszystko co można było.

Sprzedasz nam jakąś historię?

– Nie, nie. Musiałbym otworzyć notatnik, a nie mam go przy sobie (śmiech)

Ładnie wybrnąłeś. Czy to prawda, że będąc na Cyprze razem z kadrą, idąc na basen stwierdziłeś, że rodzice niepotrzebnie zapisali Cię na treningi koszykówki, a powinni na pływanie?

– Chodziło chyba o obłe ciało (śmiech). Ale to raczej mało interesujące dla Twoich czytelników. Fakt, że Żmija i Cygan mieli ze mnie niezły ubaw do końca roku. To w ogóle była fajna reprezentacja.

Ostatnie pytanie. O co chodziło z hymnem przed meczem z Wielką Brytanią na EuroBaskecie 2011 na Litwie?

– Dziękuję za rozmowę! (śmiech)

Słyszałem, że służby litewskie doniosły, że niektóre osoby z polskiej federacji nie końca poprawnie się zachowywały.

– Nie, to nie prawda. Odmawiam odpowiedzi na to pytanie (śmiech). Ale z tego miejsca chciałem serdecznie pozdrowić moich kolegów ze Zgorzelca, a wtedy także z kadry, Grześka Ardeliego i Maćka Żmijewskiego. Do zobaczenie w lidze.

pkkkkkkkk

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze