Pół kolana od Chicago Bulls

Data:

Usiądźcie wygodnie w fotelach, przygotujcie coś do picia. Będziemy dziś w Chicago, na Chorwacji, w Kosowie i wielu innych miejscach. Przewodnikiem będzie Igor – jako dziecko wychodził z domu na kilka godzin i wracał tylko po jabłko. Choć twierdzi, że nienawidzi gotować jego specjalnością jest ośmiornica, którą chętnie serwuje gościom. Z nałogu perfekcjonista. Nie toleruje fuszerki. W Polsce jest od wielu lat, ale tak naprawdę dopiero na OFENSIE! daje się poznać od nieco innej strony.

Poznajcie trenera Anwilu Włocławek, Igora Milicicia.

***

Paweł Łakomski: W Polsce często można usłyszeć hasło „Sport to zdrowie”. Zgadzasz się z tym?

Igor Milicić: Jeśli o mnie chodzi to całkowicie na odwrót. Już w wieku 18 lat doznałem poważniej kontuzji kolana, która tak naprawdę pokrzyżowała koszykarskie plany. A później jeszcze trzy razy naprawiałem to samo kolano. W tej chwili właściwie jestem pół-kaleką. (śmiech)

To parkujesz samochód na miejscu dla inwalidów?

Dobry pomysł! Myślę, że na pewno mogę się ubiegać o taką kartę.

Wróćmy do kontuzji. Masz 18 lat, doznajesz kontuzji, a w latach 90’tych zerwanie więzadła w kolanie było o wiele bardziej poważnym zabiegiem, niż teraz. 

Żeby było „śmieszniej”, to zerwałem więzadło, a potem przez trzy miesiące grałem dalej. Kolano puchło, nie mogłem się ruszać i na jednym z meczu lekarz innej drużyny podszedł do mnie, dotknął kolano i powiedział:

– Chłopie, ty masz zerwane więzadło!

– I co teraz? – odpowiedziałem.

– W Europie takie zabiegi robią tylko w Szwajcarii. Inna opcja: USA.

Wtedy byłem obserwowany przez Chicago Bulls, to ich doktor zrobił zabieg.

Co?

No tak.

Czekaj, czekaj – na to nie byłem przygotowany. 

A widzisz (śmiech) Zabieg wykonał John A. Hefferon. Lekarz, który w tamtym czasie pracował w Chicago Bulls, a także przy legendarnym Dream Teamie. Kiedy byłem u niego w domu na badaniach, pokazał wszystkie swoje pierścienie i medale.

Poczekaj, jeszcze raz. Ale jakim cudem 18-letni Igor Milicić wylądował na stole u doktora Chicago Bulls?!

Podobno byłem „jakimś”  talentem (śmiech) i obserwowali mnie skauci z Bullsów. Kiedy doznałem kontuzji, to zdecydowali się przeprowadzić zabieg. Poleciałem na trzy miesiące do Chicago i mieszkałem w hotelu, tuż przy Berto Center, ośrodku treningowym Bullsów. Było całkiem fajnie. Chodziłem o kulach i oglądałem treningi najlepszego zespołu na świecie.

Który to był rok?

To był 1994 rok. Niestety, ale Michael Jordan zdecydował się wtedy zostać bejsbolistą, więc miałem pecha i się nie spotkaliśmy. Korzystając z archiwum Bullsów obejrzałem wszystkie kasety ze spotkań MJa, w których zdobył ponad 50 punktów (śmiech). Raz nawet byłem w biurze Philla Jacksona i kilka ciekawych rzeczy widziałem.

Kontuzja, kontuzją, ale to musiała być dla ciebie niesamowita przygoda. 

Po dwóch miesiącach mogłem już chodzić. Cały czas robiłem rehabilitację. Bulls mieli jeden specjalny pokój, w którym koszykarze mogą odpoczywać – był tam stół do bilarda, telewizja i tak dalej. Jeden z trenerów kazał mi wypić, jak co dzień, szejka, który zawsze był przygotowywany w tym pokoju. Pamiętajmy, że mamy 1994 rok, a w tamtych czasach u nas nikt nie wiedział co to jest. Akurat nikt nie miał czasu, więc kazali mi go zrobić samemu. Tylko był jeden problem – nigdy wcześniej tego nie robiłem! Dali mi składniki, wrzuciłem wszystko do miksera i zapomniałem tylko o jednej, całkiem ważnej sprawie. Nie zamknąłem szejkera. Naciskam „start”, a w kilka sekund cały pokój Bullsów zamienił się w jednego, wielkiego szejka (śmiech).

Przyznałeś się?

No co ty! Uciekłem. Wszyscy doskonale wiedzieli, że narozrabiałem. Takiego wstydu chyba nigdy się nie najadłem.

Kibice w tej chwili pewnie sobie myślą: I co? Wyleczyli go, ale nie podpisali kontraktu? 

Nigdy nie wróciłem do swojej wysokiej formy sprzed kontuzji. Jednak była okazja związać się z Chicago Bulls, kiedy byłem zawodnikiem Cersanitu Kielce. Notabene wtedy zespół poleciał do Dubaju i był słynny walkower przeciwko Czarnym Słupsk. Byliśmy wiceliderem i spadliśmy na szóste miejsce, a wszystko przez to, że Czarni nie zgodzili się przełożyć meczu, a zespół był już na dalekim wschodzie.

W tym czasie po raz drugi byłem w Chicago, po kolejnej kontuzji. Kiedy kończyłem rehabilitację i mogłem już pomału oddawać rzuty ograłem. BJ Armstrongra w H-O-R-S-E (odpowiednik naszego „Króla” – przyp. P.Ł). I wyobraź sobie, że w tamtym czasie kontuzji doznało trzech rozgrywających! W związku z tym, że byłem na miejscu, zaproponowali mi 14-dniowy kontrakt.

I?

(Igor wzdycha)

Kielce się nie zgodziły.

Przepraszam, ale bez jaj. Nie mogłeś, nie wiem, wykupić się?

Byłem bez kasy. W Kielcach tak naprawdę zarabiałem pierwsze pieniądze. Chicago proponowało chyba 20 tys. dolarów za dwa tygodnie gry. Bulls na „moje” miejsce zatrudnili białego Amerykanina, nie pamiętam nazwiska. Przez pierwszy kontrakt nie zagrał ani minuty, przedłużyli na następne dwa tygodnie, znów nie wyszedł na parkiet, a to automatycznie według przepisów NBA oznacza kontrakt gwarantowany do końca sezonu z minimalną pensją.

Dalej nie mogę zrozumieć jak klub z Kielc nie poszedł tobie na rękę. Nikt nie dzwonił, nie próbował załatwić odejścia?

Dzwoniłem do prezesa klubu, prosiłem, ale się nie zgodził. Także prawie, prawie byłem zawodnikiem Chicago Bulls. (śmiech)

Twoje kolana są dziś zniszczone?

Mam brak chrząstki w kolanie o szerokości 2 cm, czyli idzie kość na kość. Robiąc np. pół przysiad ból jest taki, jakby ktoś wbijał gwóźdź. Nic przyjemnego. Właściwie ostatnie lata grałem z blokadami, dlatego musiałem zakończyć karierę. Nie miałem już przyjemności z gry w koszykówkę. Ból był zbyt duży. Zresztą, czas też gonił. I tak długo wytrzymałem.

KOSZALIN 23.12.2012 KOSZYKOWKA MEZCZYZN PLK INTERMARCHE BASKET CUP MECZ AZS KOSZALIN VS JEZIORO TARNOBRZEG MEN'S BASKETBALL GAME PLK INTERMARCHE BASKET CUP AZS KOSZALIN VS JEZIORO TARNOBRZEG NZ igor milicic FOT. ARTUR PODLEWSKI / 058sport.pl

FOT. ARTUR PODLEWSKI / 058sport.pl

Jakie ponosisz dziś konsekwencje?

Nie mogę biegać, truchtać. Nawet do rzutu za trzy nie mogę się normalnie złożyć. Dziś linia 6,75 jest dziwnie daleko od kosza. (śmiech)

Coś kręcisz. Widziałem na filmikach Anwilu Włocławek, że dalej rączka jest dobrze ułożona. 

Przypadek!

Przenieśmy się na chwilę w twoje rodzinne strony. Wychowałeś się w niewielkiej miejscowości. 

Tak w Bosańskim Brodzie, około 20 tys. mieszkańców.

Jako dziecko raczej nie lubiłeś siedzieć w domu.

Byłem ciągle na dworze. Wychodziłem „na chwilę” – przynajmniej tak mi się wydawało – wracałem tylko po jabłko, a tu ojciec łapie mnie za rękę i dostaję paskiem w tyłek. Nie wiedziałem o co chodzi, co zrobiłem? Okazało się, że nie było mnie po kilka godzin w domu. Miałem kilka lat, więc rodzice się martwili.

Raz to podobno cała okolica szukała małego Igora. 

Miałem chyba 8 lat. Wszystkie dzieci pomału rozchodziły się do domu, a ja wcale nie miałem ochoty wracać. Zobaczyłem, że dwóch starszych panów gra w szachy. Zacząłem się przyglądać, aż w końcu jeden z nich poszedł, więc zapytałem, czy mogę zagrać. Jedna partyjka, druga, trzecia, rewanż za rewanżem i się trochę zasiedzieliśmy. Ostatecznie… no tak, było lanie. (śmiech)

Musiałeś być zaradnym dzieckiem. 

Kiedyś rodzice myśleli, że kradnę. (śmiech) Mama sprzątała pokój i znalazła w szafie 200, czy 300 szklanych kolorowych kuleczek. Rodzice myśleli, że to ukradłem, no bo skąd tyle tego? Nie wiem czy w Polsce się w to grało – klikeri. Szedłem na inne osiedle, grałem z innymi dziećmi i ogrywałem ich. Tak samo było z piłkami koszykarskimi. Jak ojciec zobaczył, że mam 8-10 piłek pod łóżkiem, to znowu dostałem lanie, bo myślał, że ukradłem. A tak naprawdę wygrywałem je na turniejach 1 na 1, które organizował klub.

klikeri

Lubisz grać w szachy?

O, tak! Mój dziadek grał, ojciec także i między sobą rywalizowali. Odkąd pamiętam to zawsze się grało o coś. Nigdy dla zabawy. Tak samo było z kartami i z taką grą… Wiesz, rzucasz kostką i przesuwasz pionka, jak to się nazywa?

„Chińczyk”.

Pamiętam, że zmuszałem sąsiadkę, którą się mną opiekowała, aby ze mną grała. Wracając do szachów. Wszystkiego nauczył mnie dziadek. Kiedy pogoda nie pozwalała bawić się na podwórku, było zimno, siadaliśmy i zabijaliśmy czas grając w szachy.

Ograłeś kogoś znanego w szachy?

Pewnego znanego trenera. Zagrał raz i już więcej nie chciał. (śmiech)

Podobno jesteś całkiem niezły w tenisa stołowego.

Chyba wśród koszykarzy. (śmiech) Raz zdarzyło mi się zagrać z Tamarą Boros, chorwacką mistrzynią Europy. Założyłem się, że zdobędę chociaż jeden punkt. Przy wyniku 9:0 dla niej, jakimś cudem udało mi się odbić dwa razy skutecznie piłeczkę i skończyło się 21:2.

Kolegów z drużyny ogrywałeś jednak bez większych problemów w tym całkiem znanego amerykańskiego koszykarza. 

Omara Cooka! To śmieszna historia. Omar twierdził, że jest absolutnie najlepszy w tenisa stołowego. No to trzeba było gościa sprawdzić. (śmiech) Cały zespół Dexia Mons-Hainaut oglądał nasz mecz, więc była presja. Wcześniej patrzyłem jak gra, jak odbija piłkę. Oczywiście założyliśmy się o to, kto wygra, aby była dodatkowa motywacja. I była taka sytuacja, że po jednej ścinie odbił w lewo, w drugiej też w lewo, a przy trzeciej przesunąłem stół specjalnie w moją stronę, aby piłka wpadła na stół, bo każda wcześniejsza piłka lądowałaby na aucie. Wszyscy popłakali się ze śmiechu i mecz został przerwany.

Tenis stołowy, szachy, coś jeszcze?

Gierki matematyczne i na logikę po prostu uwielbiam! Nie lubię jak coś jest za proste. „Strzelanki” i tego typu zabawy nie są dla mnie.

Kiedy grałem w Turcji spodobała mi się gra – tavla. To fajna gra – jest mnóstwo kombinacji. Nie znałem jej wcześniej. Patrzyłem się na początku jak koledzy z zespołu grają, a potem sam do nich dołączyłem.

Pewnie ich ograłeś na kasę parę razy…

Igor nic nie mówi, tylko się śmieje, kiwając głową.

Podczas Meczu Gwiazd 2011 w Kaliszu po treningu był tradycyjny konkurs rzutów z połowy. Filip Dylewicz powiedział: „O nie, ja z tym gościem grać nie będę! Nie ma szans!”

Cóż, zawsze lubiłem zakładać się o pieniądze w takich gierkach. A „połówka” to pewnym momencie stała się moją specjalnością. Na pięć rzutów, przynajmniej trzy musiały wpaść. Ja to jednak pikuś. Pamiętam w Chorwacji starszego zawodnika, który wygrał ze mną rzucając tyłem do kosza. Nie żartuję. A jeśli chodzi o „Dyla”, to kilka razy zdarzyło nam się grać o różne stawki. (śmiech) A ten Mecz Gwiazd? Hmm chyba wtedy wygrałem. (śmiech)

„Igor Milicić to dobry kucharz” – usłyszałem. Lubisz gotować?

Nienawidzę! Nie lubię gotować, moja żona chyba nigdy jeszcze nie zjadła posiłku, który przygotowałem. (śmiech) Lubię jednak towarzystwo. Jak byłem kapitanem drużyny, to zawsze zapraszałem do siebie wszystkich i imprezowaliśmy po wygranych meczach. Teraz, mogę zaprosić tylko swój sztab szkoleniowy na kolacje, aby pogadać i napić się lampki wina.

Tylko to nie jest tak, że zamawiasz pizzę i z głowy. Słyszałem, że twoją specjalnością jest ośmiornica.

„Hobotnica ispod peke”, czyli ośmiornica pod peką. Peka to urządzenie żeliwne, pod który kładzie się blat z jedzeniem, a na nią rzuca się żar. Pod tym się gotuje i piecze przez dwie-trzy godziny. Ośmiornica to dla mnie taki rarytas. Lubię to przygotowywać. Podać przepis? Jest bardzo prosty, tylko jest jeden problem – trzeba obrać 2-3 kg ziemniaków (śmiech).

Co potrzeba? Cebula, trochę czosnku, kilka kawałków marchewki, oliwa. Ośmiornicę przykrywasz ziemniakami i przez półtorej godziny to się gotuje i piecze. Ostatnie pół godziny ośmiornice dajemy na wierzch i dolewamy troszkę czerwonego wina. Wtedy to się wszystko zapieka. Wychodzi naprawdę smacznie.

Ktoś z koszykarskiego środowiska zachwalał?

Wiem komu nie smakowało (śmiech). Mojemu asystentowi Grzegorzowi Kożanowi. Jak zapraszałem trenerów na kolejną kolację, to Grzesiek pytał się:

– A znowu będzie ośmiornica?

– Nie.

– A ok, to przyjadę.

(śmiech) Był przestraszony.

osmornica

To urządzenie „peke” specjalnie przywiozłeś do Polski, tak?

Zawsze jak wracamy latem z Chorwacji to jedziemy na dwa samochody. W jednej jest żona z dzieciakami, a w drugim ja, cały zapakowany różnymi produktami. W tym roku przywiozłem chyba 100 litrów wina, szynkę domową prosciutto, salami, sery i to jest moja kolacja przez cały sezon. W związku tym, że nie mogę w ogóle ćwiczyć, muszę się pilnować z dietą. I to nie jest fajne. Czasami chciałoby się zjeść naprawdę dobre rzeczy, a nie mogę. Obecnie jem tyle co wróbelek.

Waga nie poszła w górę po karierze?

Ciągle tyle samo, tylko zmieniły się proporcje. Mięśnie zniknęły, pojawił się tłuszcz. (śmiech)

Mówisz o winie,  a we Włocławku podejrzewają, że to twoja ukryta inwestycja. 

(śmiech) W Chorwacji faktycznie produkują wino „Milicić”, ale to przypadek. Przywiozłem paru osobom w prezencie i od razu zaczęli mówić, że to na pewno kolejny mój biznes. Plotki, plotki. Tak samo, jak informacje, że jestem właścicielem hotelu. Bzdura.

Kielce, Sopot, Włocławek i Koszalin – trochę miast w Polsce zwiedziłeś. Jak to się stało, że w ogóle trafiłeś do PLK?

Pierwszy mój kontakt z Polską to testy w Treflu Sopot. Mój ówczesny klub nie wydał listu czystości. Byłem w sporze z macierzystym zespołem w Splicie. W pewnym momencie sytuacja była dramatyczna, bo nie miałem pracy. Powiedziałem swojemu agentowi:

– Słuchaj, nie mam już ani grosza, masz cokolwiek?

– Jeden trener w Polsce chce ciebie – Stefan Tot.

– Jakie pieniądze?

– Niestety, tylko tyle…

– Ok, biorę.

Tak byłem zdesperowany.

Grałeś w wielu krajach, ale jak to się stało, że trafiłeś do Kosowa i to w trakcie wojny?

Podpisałem kontrakt z zespołem Irakleio Kreta. W tym samym czasie wyszły najnowsze laboratorium do zwalczania dopingu przed igrzyskami olimpijskimi w Atenach. I po kilku miesiącach okazało się, że jestem na dopingu. Zostałem zawieszony na dwa lata. Zaskarżyłem całą sprawę do FIBY i po roku zostałem oczyszczony z zarzutów. Miałem już wtedy dziecko i musiałem zarabiać na życie. Pojechałem do Kosowa, gdzie była dzika liga, nieuznana przez FIBA.

To była liga amatorska?

Nie, grali tam wszyscy zawodnicy co wpadali na dopingu, więc nie było tak źle. (śmiech) To było fajne przeżycie występować w Kosowie. Kibic nigdy nie pozwalał nam płacić za siebie w sklepach, czy restauracjach. Traktowali nas jak bogów. Raz pamiętam żyliśmy przez dwa tygodnie bez prądu i ciepłej wody.

O, posłuchaj tego!

Grałem w Mitrovicach, która jest podzielona przez rzekę na dwie części – kosowska i serbską. Nudziłem się w domu i chciałem pójść porzucać na halę. Wszyscy mówili, że to kiepski pomysł.

– Igor nie idź, może być niebezpiecznie.

Nikogo nie posłuchałem i poszedłem. Miałem może 20 metrów do hali, a niedaleko mnie spadła rakieta. Nie wyobrażasz sobie jak to piekło w oczy. Jak w miarę doszedłem do siebie, to tak szybko zacząłem uciekać, że nigdy później nie biegłem z taką prędkością.

Nie chciałeś rzucić wszystkiego i uciec?

Nie było jak! Siedzieliśmy w hotelu i tylko przez okno widziałem jak 200-300 metrów od nas trwa normalna wojna. Strzały, przejmowanie domów, uciekający ludzie – jak na filmach. To było straszne. Miałem tylko szczęście, że jestem Chorwatem.

Wróćmy do sportu. Można powiedzieć, że Igor Milicić jest zakręcony na punkcie koszykówki?

To jest prawie całe moje życie. Jestem wielkim szczęściarzem, że mogłem być zawodowym koszykarzem, a po karierze dalej pracować przy dyscyplinie. Rodzina jest zawsze na pierwszym miejscu, ale na drugim koszykówka. Bez dwóch zdań.

Michał Fałkowski, media manager Anwilu Włocławek, powiedział parę tygodni temu w wywiadzie na OFENS! „Coach jest jak Kryspin, przeczytał wszystkie informacje o koszykówce w sieci. Dwa razy”. 

Nie czytam plotek, bo nie są mi do niczego potrzebne. Oglądam jednak wiele meczów. Mam w domu telewizje, gdzie jest chyba 2000 tysiące kanałów Mogę oglądać ligę hiszpańską, niemiecką, turecką, adriatycką. Staram się poszczególne spotkania nagrywać i odtwarzać. W ostatnią środę była nawet taka śmieszna sytuacja. (wywiad nagrywany 5 listopada przyp. red.) Zdzwoniłem się wieczorem z żoną, która mnie zapytała:

– Oglądasz mecz?

– Tak, tak.

Okazało się potem, że Basia pytała mnie, czy oglądam Legia Warszawa – Real Madryt, a ja nawet nie wiedziałem, że jest taki mecz. (śmiech)

To co oglądałeś?

Powtórkę spotkania ligi adriatyckiej. Wiesz, mieszkam teraz bez rodziny. Żona z synami jest na stałe w Sopocie, a ja sam we Włocławku. I tak to sobie tłumaczę, że skoro już chcę być trenerem, to na 200%. Mogę wrócić z treningu i siedzieć bezczynnie, ale wolę zrobić coś pożytecznego.

To prawda, że nienawidzisz siedzieć sam w domu we Włocławku?

Tak. Właściwie przychodzę tylko nocować. Wychodzę rano na trening i wracam wieczorem. Cały czas siedzę na hali w swoim biurze, które po moim przyjściu zostało nieco zmienione.

Co to znaczy?

Nawet nie pamiętam jak było wcześniej, ale wstawiliśmy tam kanapę, abym mógł czasami się „kimnąć”. Pojawił się też ekspres do kawy, ale korzysta z niego głównie Marcin Woźniak, mój asystent. Jest też mikrofalówka, która czasami ratuje mi życie. Żona przygotowuje mi na cały tydzień obiady, a potem mogę je odgrzewać. Trochę jestem jak student. Zjeżdżam na weekend do domu i dostaję paczki z jedzeniem na cały tydzień. (śmiech)

To w polskiej kuchni co przypadło ci do gustu?

Ostatnio fasola. (śmiech) Z polskiej kuchni właściwie lubię wszystko. Bigos, kotlety mielone, ale w szczególności pierogi. To jest top! Pierogi ręcznie robione to po prostu mistrzostwo świata. W Chorwacji tego nie mamy.

Ok, zostawmy gotowanie, szachy, tenis stołowy, przejdźmy do koszykówki. Napisałem pod koniec kwietnia tekst, był tam taki fragment „Są tacy zawodnicy, o których możesz powiedzieć w trakcie kariery – ten to będzie świetnym biznesmenem, zobacz jak dobrze inwestuje. Tamten? Tak nawija makron na uszy, że na 100% będzie agentem. A Igor Milicić? Zostanie trenerem. Wypisz, wymaluj  – gość, dla którego koszykarska kariera była przystankiem do założenia garnituru i prowadzenia drużyny.” Zgadzasz się?

I tak, i nie. Wiesz dlaczego nie chciałem być trenerem? To jest życie na walizkach i ciągłe przeprowadzki. Jako zawodnik o tym nie myślisz – jesteś młody, nie masz rodziny. Dziś jestem mężem i ojcem dzieciaków, które bardzo szybko rosną. Oni dorastają, mają swoje obowiązki i było jasne, że nie będą mogli za mną jeździć. Dlatego to było trudne. Jednak, jak „liznąłem” pracę trenera, od razu wiedziałem, że chcę to robić.

To lepiej się czułeś w butach do kosza, czy obecnie w lakierkach do garnituru?

Grając w koszykówkę mogłem realizować swoje marzenie. Dziś już wiem, że praca trenera jest o wiele cięższa, niż bycie zawodnikiem. Mogę nawet powiedzieć, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, że pochłania to tyle czasu. Koszykarz kończy trening, idzie pod prysznic i ma wolną głowę. Trener wraca do biura i przygotowuje następne zajęcia, albo analizuje przeciwnika. Robota zawsze się znajdzie.

Zacząłeś swoją przygodę z trenerką w AZS Koszalin. Mieliście dobry początek sezonu, po czym przyszły małe kłopoty i zostałeś zwolniony. Kiedy koszaliński zespół odpadł w ćwierćfinale z Rosą Radom udzieliłeś mi wywiadu, w którym powiedziałeś co myślisz o całej sprawie. Jednak rozmowa, na twoją prośbę, nie została nigdy opublikowana. Dziś żałujesz?

Nie, ponieważ ten wywiad mocno zdyskredytowałby całą koszykówkę w Koszalinie, a nie chciałem tego zrobić kibicom AZS.

W tym wywiadzie przedstawiłeś swój punkt widzenia na pewne sprawy.

Powiedziałem jaka jest rzeczywistość i tyle.

Nie jest tak ci po ludzku przykro, że twoja przygoda z AZS Koszalin zakończyła się w ten sposób?

Włożyłem wiele sił i energii, aby klub zaczął liczyć się w lidze. Utożsamiałem się z miastem przez te wszystkie lata. Nawet zaangażowałem się w powstanie jednego z osiedli w Koszalinie. Interesowałem się sytuacją w mieście, a nawet w Mielnie. Trafiłem tam pod koniec swojej kariery i zależało mi, aby AZS osiągnął sukces. Nie boje się powiedzieć, że jestem dumny z tego co zrobiliśmy. Zdobyliśmy Puchar Polski i zajęliśmy trzecie miejsce w lidze. W historii klubu to najlepszy czas. Dlatego jest mi żal, że nie pozwolono mi dokończyć mojej roboty.

Taki sam żal jak do klubu z Kielc, że nie pozwolili ci odejść do Chicago Bulls?

Na Kielce machnąłem ręką, ale na to co zrobiliśmy w Koszalinie się po prostu nie da. AZS to był klubik, a udało się wprowadzić na chwilę do koszykarskiej czołówki w Polsce. Szkoda, że w jednej chwili wszystko zostało zmarnowane. Z drugiej strony, podpisując kontrakt jako trener, wiedziałem na co się piszę, wiedziałem, że AZS w każdym sezonie zmienia trenerów. Tylko wiesz, co? Wierzyłem, że osiągnę wynik.

Pozostał żal?

Tak.

Patrzę jak pracujesz, rozmawiam z różnymi ludźmi i dochodzę do wniosku, że dla Igora Milicicia na sukces drużyny nie składa się tylko trening, ale wiele drobnych spraw dookoła, które dla ciebie mają ogromne znaczenie. 

W życiu zawsze starałem się robić wszystko na 100%. Ostatnio rozmawialiśmy w klubie o programie, który może nam pomóc określić w jakiej formie fizycznej jest zawodnik. Jeśli to ma pomóc, to zawsze będę chciał z tego skorzystać. Nawet jak okaże się, że nie pomogło w niczym, to przynajmniej będę wiedział, że zrobiłem wszystko, aby się jak najlepiej przygotować. Jest mnóstwo małych drobiazgów, które powiedzmy dają 2-3% efektu, ale jak pozbieramy wszystkie małe rzeczy, to możemy zminimalizować ryzyko porażki.

W zeszłym sezonie miałeś pretensje do nas, że na OFENSIE! pisaliśmy, że Anwil Włocławek to druga siła ligi. 

Takie opinie wywołują niepotrzebny mętlik w głowach kibiców. Wiadomo, że jeśli jesteś fanem zespołu, to chcesz wiedzieć o nim jak najwięcej. Prawda jest jednak taka, że ile dziennikarze nie przemycą na zewnątrz, to i tak jest to niewielka wiedza o zespole. Nikt nie widzi treningów, rzeczywistości w jakiej się obracamy. Kibice zawsze sercem są za klubem, ale jak dostaje takie komunikaty jak wasz, to może wywołać problem.

To spowodowaliśmy problem?

Trochę tak. Presja była cały czas bardzo duża, gdzie tak naprawdę nie było podstaw aby osiągnąć sukces – budżet, moje małe doświadczenie i określony skład. Rok temu zakontraktowałem prawie wszystkich zawodników, którzy nie grali sezon wcześniej w play-off. Tylko Piotr Stelmach i Robert Tomaszek, ale obaj odpadli od razu w ćwierćfinale. Pamiętam też doskonale jak podpisaliśmy Chamberlaina Oguchiego. Najpierw były pretensje, że biorę zawodnika, który nie gra prawie dwa lata, a kilka tygodni później, kiedy został MVP Afrobasketu, zrobiło się szum.

TORUN 18.09.2016 ARENA TORUN XIV MEMORIAL WOJTKA MICHNIEWICZA SPARING TURNIEJ TOWARZYSKI MECZ KOSZYKOWKA PZKOSZ FRIENDLY MATCH BASKETBALL POLSKI CUKIER TORUN - ANWIL WLOCLAWEK NZ. TIMEOUT CZAS COACH TRENER IGOR MILICIC FOT. MATEUSZ BOSIACKI / 400mm.pl

FOT. MATEUSZ BOSIACKI / 400mm.pl

„Lubię oglądać Anwil, bo człowiek musi przynajmniej pomyśleć, dlaczego tak zagrali” – powiedział niedawno na antenie Radia Wrocław, Radosław Hyży. 

Dziękuje Radkowi za te słowa, to miłe. Jeśli mam się do tego ustosunkować… Przede wszystkim gramy nieco inaczej w obronie. Na pewno moi zawodnicy oprócz tego, że muszą biegać, rzucać, to mają myśleć. Moim celem jest przede wszystkim wydobyć z koszykarzy to co mają najlepsze, a schować słabe strony. Każdy gracz jest przekonany, że w elemencie X jest dobry, że dzięki temu może pomóc drużynie. Jako trener muszę to wykorzystać. Na tym polega moja filozofia – wszystko jest robione dla i pod koszykarzy.

A elementy zaskoczenia? Mam wrażenie, że to jest twój cel przed każdym spotkaniem – zaskoczyć przeciwnika. 

Sporo analizujemy grę przeciwników pod tym kątem. Chcemy wprowadzać jak najwięcej elementów zaskoczenia.

W zeszłym sezonie przed rywalizacją z King Wilki Morskie Szczecin wszyscy zastanawiali się, jak podopieczni Marka Łukomskiego poradzą sobie ze strefą. Byłem na pierwszym meczu, rozmawialiśmy wcześniej i powiedziałeś: „Przez pierwsze dwie akcje gram strefą, sprawdzam do przygotowali, a potem przechodzę do obrony każdy swego.”

I nawet przyniosło efekt. (śmiech) A tak na poważnie. To jedna z zasad, z której korzystam w życiu, to „Sztuka wojny Sun Zi”. W tej filozofii jest napisane, że atak należy tak przeprowadzić, aby przeciwnik był zdezorientowany.

Skąd czerpiesz pomysły? Wzorujesz się na byłych trenerach?

Trochę wymyśliłem sam, ale jeśli pytasz o elementy zaskoczenia, to zdziwisz się, ale kilka ciekawych rzeczy wprowadzał trener Mariusz Karol.

Nie jesteś trochę zakładnikiem samego siebie, że przed każdym mecze próbujesz wymyślić coś „extra”?

Pamiętam początek pracy w Anwilu. Zawodnikom wielką radość sprawiały pułapki, które szykowaliśmy na przeciwnika. Teraz są nawet rozczarowani, jeśli nikogo nie zaskoczymy.

Dlatego pytam – czy nie jesteś zakładnikiem samego siebie.

Trochę na pewno, ale to daje dodatkową motywację do pracy.

„Strefa Anwilu” – o tym było głośno w poprzednim sezonie. 

Jeśli wprowadzasz nową rzecz i daje to efekt wszyscy się tym podniecają. Tak samo było wiele lat temu, kiedy w polskiej lidze pojawił się Andrej Urlep i powiedział, że trzeba robić skauting. Podobnie jest z naszym sposobem obrony. Trochę się z tego zrobiło wielkie halo, a uwierz mi, że to nie jest nic wielkiego.

W poważnej europejskiej koszykówce to norma?

Jedna tak, ale druga jest moją prywatną modyfikacją. To połączenie dwóch-trzech rodzajów defensywy.

Wróćmy na chwilę do szczegółów. Oglądałem przed sezonem wasz sparing ze Stelmetem. Zwróciłem uwagę na charakterystyczne strzałki na parkiecie, przed polem trzech sekund. O co chodzi?

To pomoc dla zawodników, aby wiedzieli jak mają się przesuwać w jednej ze stref. Długo zastanawiałem się jak pomóc zawodnikom, aby to zrozumieli. To najprostszy sposób. Nie muszę krzyczeć „tu”, „tam”, tylko przerywam akcję i mówię: „Zobacz gdzie jesteś”. Zachowania w tej obronie często są dosyć niekonwencjonalne w stosunku do tego, czego koszykarze uczyli się do tej pory. To trochę tak jakbyś pojechał dziś samochodem do Anglii i nagle miałbyś jechać po lewej stronie jezdni. Wszyscy mają na początek problem.

14599708_1427370960610817_1424222201_o-png

Zwracasz uwagę nawet na to, aby rozgrywający pokazując zagrywkę robili to na wysokości klatki piersiowej, a nie trzymając wysoko rękę w górze. Dlaczego?

Trzymając rękę na tle stroju nie widać później w kamerze, co pokazujesz. Każdy mecz jest analizowany przez przeciwnika. Wszyscy przygotowują swoje play-booki, więc chcemy im to utrudnić. Trudno mi to wyegzekwować, bo każdy playmaker chce czuć się ważny i pokazywać dumnie zagrywkę. (śmiech) To tak w ramach żartu.

A to jest ciekawe i wcale nie dotyczy to mojego zespołu, tylko ogólnie. Trener bierze czas, rozrysowuje atak, po czym zawodnicy idą się ustawić i rozgrywający, wcale nie dla zmyłki, pokazuje co będą grać. No po prostu krew mnie zalewa. Nigdy tego nie zrozumiem jak to możliwe.

To będzie dla ciebie ciężki sezon, prawda?

Nie ma co się oszukiwać. Klub w tym roku wymyślił hasło „Razem po medal”, więc oczekiwania kibiców są spore. Mamy nie tylko wygrywać spotkania, ale także w ładnym stylu. Oczywiście jest to zrozumiałe. Na początku mamy bilans jaki mamy (wywiad przeprowadzony przed meczem z Energą Czarnymi Słupsk przyp.red.). Pamiętajmy, że medale zdobywa się w czerwcu, a nie w listopadzie. Musimy być wszyscy cierpliwi i tyczy się to także mnie. Wiem o tym dobrze, że sam jestem niespokojny, bo widzę, że nasza gra jest daleka od tej jaką chcemy prezentować. To jest jednak proces.

W zeszłym sezonie zespół szybko złapał twój system. 

Nie do końca. Dopiero na przełomie roku zaczęliśmy dobrze funkcjonować. Pamiętaj, że pierwsze spotkania wygraliśmy u siebie po dwóch dogrywkach z Turowem Zgorzelec i Rosą Radom. Mieliśmy trochę szczęścia.

To dlaczego w tym roku idzie to nieco wolniej?

Zobaczymy, mamy dopiero listopad. Choć mam nadzieję, że kibice Anwilu naszą dobrą grę zobaczą już niedługo.

Jesteś przesądny?

Jak byłem koszykarzem musiałem zjeść konkretny posiłek, odpowiednio zawiązać buty, wyjść na parkiet o konkretnej godzinie. Wszystko miało dla mnie znaczenie. Nawet żona musiała spać na swojej połowie łóżka. Głupota straszna! (śmiech)

A jako trener?

Chcę wierzyć, że wszystko jest efektem przygotowania do meczu.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

13 komentarzy