Polska kamera w świecie Wizards (WYWIAD)

Data:

Dawno nie było na naszej stronie wywiadu. Dlatego, czym prędzej zapraszamy do przeczytania rozmowy z Żelisławem Żyżyńskim, dziennikarzem stacji NC+ i kolegą Marcina Gortata z Łodzi. Przed świętami Żyżyński po raz kolejny wybrał się z kamerą do Waszyngtonu, aby nakręcić reportaż o środkowym Wizards.

My dopytujemy Żyżyńskiego o wszystko. Smaczków nie brakuje. Zapraszamy!

Bartosz Bielecki: Na początku grudnia przebywałeś w Waszyngtonie, gdzie miałeś okazję z bliska śledzić poczynania Marcina Gortata. Jak wyglądała atmosfera w szatni po kolejnych wygranych? Było jakieś specjalne świętowanie? W końcu Miami Heat, czy Los Angeles Lakers to markowi rywale.

Żelisław Żyżyński: Nie, tam nie ma czasu na świętowanie. Wszystko dlatego,że mieli wtedy pięć kolejnych spotkań u siebie. Wszystkie co dwa dni, także tam jest tylko czas na rozruch, a następnego dnia odnowa biologiczna, trening, w dniu meczu znowu trening i potem już zbiórka. Także tam żadnego czasu na świętowanie nie ma. Zwłaszcza, że to początek sezonu i Marcin zdaje sobie sprawę, że teraz mają bilans nieporównywalnie lepszy niż w zeszłym sezonie. Czekają ich jeszcze wyjazdy na zachód,  na takie mecze jak ostatnio i może przyjść wtedy passa porażek no i ten bilans będzie już zdecydowanie gorszy. Żadnej euforii nie ma, natomiast jest zadowolenie, że zbudowali taki ciekawy zespół, który nawet w szatni, po meczu z Lakers chwalił Kobe Bryant, mówiąc, że to jest dobra drużyna, do której Paul Pierce przyniósł mistrzowskie doświadczenie. Tak więc, raczej było zadowolenie z dobrze wykonanej roboty,  a w szatni, jak to w szatni NBA. Tam jest po meczu bardzo duży ruch, dużo śmiechu, zawsze ciekawe przemyślenia, żarty, także tam atmosfera była bardzo dobra.

Wiem, że Marcin cieszy się popularnością wśród amerykańskich dziennikarzy. Pytanie: jak dużą? Potrzeba cierpliwości by z nim chwilę porozmawiać, czy jednak młodzi liderzy: John Wall i Bradley Beal zabierają większość uwagi dziennikarzy?

Właśnie nie! Przeżyłęm szok i sporo ludzi nie wierzy, nawet jak opowiadam, że Marcin jest naprawdę w centrum uwagi. Wiadomo, że gwiazdy drużyny są inne, że to jest przede wszystkim Wall, Beal i Pierce, ale przecież Nene to jest też potężny człowiek, bardzo lubiany przez media. On akurat wtedy nie grał. Miał kłopoty z prawą stopą. Marcin wzbudza duże zainteresowanie, a wtedy to było jeszcze uzasadnione, ponieważ w każdym spotkaniu notował double-double. Nawet na każdej konferencji prasowej padało pytanie o Gortata i to nie z naszej strony, a Wittman nie był tym zdziwiony. Takiego Gortata chciałby oglądać. Wśród amerykańskich dziennikarzy jest bardzo popularny, ponieważ mówi ciekawe rzeczy. Wiedzą, że jak podejdą do niego to usłyszą coś ciekawego, Marcin spróbuje zażartować. Wie jak sobie radzić z mediami, jest otwarty, szczery, a to jest marzenie PR-owca  dziennikarza, z kimś takim współpracować.

B38avwRIIAAy1zg

fot. Żelisław Żyżyński – Twitter

Paul Pierce przyznał niedawno, że wszyscy mówią o nim jako o liderze-weteranie tego zespołu, lecz prawdziwym liderem jest John Wall. Jak to wygląda według Ciebie?

Pierce ze względu na to ile lat gra w NBA i jaką ma pozycję, to rządzi się innymi zasadami. Po którymś z meczów chcieliśmy porozmawiać. On mówi: „Nie panowie, ja się śpieszę”. Już był oczywiście w garniturze, w stroju wyjściowym. „Będę do dyspozycji jutro po treningu, pa, cześć”. No i nikt nie ma do niego pretensji. Oczywiście z uśmiechem na ustach to wyjaśnił. Także ma trochę inne zasady. On sam chciałby, żeby dziennikarze bardziej rozmawiali z innymi.

On już się nagadał w swojej karierze.

Tak, swoje już zrobił także wydaje mi się, że podchodzi z takim dystansem do wszystkiego, chociaż też z dużym zaangażowaniem. Zwłaszcza, że po ostatnim sezonie ma coś do udowodnienia, że ten Pierce jeszcze może być bardzo ważnym graczem drużyny walczącej o jakieś cele. Mimo wszystko gwiazdą tej drużyny jest zdecydowanie Wall. To jest człowiek, który nawet w głosowaniu do All-Star Game, pokazuje kim jest na tle całej NBA. On ma nie tylko genialne statystyki, ale też świetnie wygląda, no i to jest taki prawdziwy, niepodważalny lider. Wiadomo, że Beal jest doskonałym – jak to powiedział Marcin – śmiercionośnym shooterem, ale Wall to jest gwiazda. Nie widać tego, żeby w szatni się jakoś wywyższał. To nie są jeszcze te lata spędzone w NBA, ani nie taki charakter, żeby coś takiego robił. Ale to absolutny lider i to wszystko wokół niego jeszcze się tam będzie długo kręcić. Natomiast Pierce jest bardzo znaczącym uzupełnieniem tej drużyny. Wnosi mistrzowskie doświadczenie, wie jak się zdobywa tytuły, a to jest w USA bardzo cenione.

Co się dzieje z drużyną po meczu? Wszyscy rozchodzą się do swoich domów i spotykają się dopiero następnego dnia na treningu, czy może zdarzają się jakieś wspólne wypady „na miasto”?

Zdarza się, że wyjdą gdzieś razem do restauracji na obiad. Czasami się spotykają, tak jak Marcin mówił, na przykład z Wallem u fryzjera. Natomiast to już znam z opowiadań, bo nie byłem przy tym. Myślę, że to jest dla nich czas, jak jest np. dwa dni przerwy, albo trzy jak się czasami zdarza między jednym meczem a drugim, a nie tak jak tutaj, że to tempo jest bardzo duże i praktycznie po każdym pojedynku kogoś coś boli. To jest naturalne, więc jak mecz i rozmowy z prasą kończą się o 22:30, wychodzi się z hali przed 23, to następnego dnia większość graczy jest już o 10, 10:30 w klubie. Marcin najczęściej koło dziewiątej. W takim rytmie nie bardzo jest czas, chociaż takie wypady na kolację na pewno się zdarzają.

Odkładając koszykówkę na bok, jak Marcin zaaklimatyzował się w stolicy USA? 

On się tam fantastycznie zaaklimatyzował. Rok temu mieszkał w takim apartamencie. Sporym bo sporym, ale jednak wynajętym. Teraz ma do dyspozycji duży dom. Widać, że już wrósł w ten Waszyngton. To jest doskonałe porównanie tego co się wokół niego dzieje. Wzrasta  zainteresowanie wokół niego… budowanie wokół niego takiej polityki PR-owej, może nie jest jej głównym filarem. Widziałeś przed świętami pewnie takie zdjęcie Walla z Owieczkinem [gwiazda hokejowej drużyny NHL—Washington Capitals, przyp. autor].  Owieczkin miał na sobie taki charakterystyczny amerykański sweter z nazwiskiem Wall, a Wall Owieczkinem. To też pokazuje kto jest jakby główną gwiazdą tej drużyny wracając to tego wcześniejszego pytania. No, ale Marcin dobrze się tam czuje. Tak jak jeszcze wtedy nie do końca się nie odnajdował w stolicy USA. Zresztą nie wiedział też czy zostanie tam na dłużej. Teraz, myślę, że mu się bardzo podoba. Czasem ponarzeka troszkę na korki, ale one nie są aż tak duże zwłaszcza, że do hali ma 15 minut. Nawet jak go ostatnio spytałem: „To co, osiedliłeś się już tu chyba na stałe?” no to on mówi, że tak, bo graczy z takim wysokim kontraktem nie wymienia się ot tak po prostu i to krótko po podpisaniu. To jest raczej niemożliwe mówi. Jemu się też tutaj podoba. Zwrócił uwagę, że godziny rozgrywania meczów w stolicy Stanów Zjednoczonych  są bardzo dobre dla polskiego kibica. No bo jeśli gra na zachodzie, to te jego mecze się często zaczynają trzecia, czwarta polskiego czasu. Natomiast w Waszyngtonie jest to najczęściej 19 czasu miejscowego, czyli 1 czasu polskiego. Dzięki temu łatwiej jest mu się kontaktować z ludźmi w Polsce.

Jedną z pasji Gortata są szybkie samochody. Ostatnio były trener Marcina, Stan Van Gundy, wspomniał, że zawsze martwił się o Polaka, przez jego zamiłowanie do szybkiej jazdy. Po jednym ze spotkań, widziałem zdjęcie Johna Walla wsiadającego do nowego Ferrari. Jest jakaś rywalizacja między graczami na tej płaszczyźnie? Każdy chce mieć najszybszy samochód?

Nie. Tam jest coś takiego, że Marcin ceni sobie przede wszystkim komfort. Rywalizacja, może taka prestiżowa: kto ma fajniejszy samochód. Natomiast nie wyobrażam sobie, żeby się ścigali po drogach, bo za bardzo cenią swoje kości i życie. Te samochody są natomiast taką fajną płaszczyzną, bo Marcin mówił, że z Wallem lubi sobie też pogadać o czterech kółkach. Wall bardzo lubi szybkie, dobre auta. I to jest taka płaszczyzna-porozumienie. Nie ma co ukrywać, że samochód w NBA buduje też w pewnym sensie twój prestiż i to jest takie dość trudne do zrozumienia. Kiedyś jeszcze dawniej, Marcin wyjaśniał mi, że w Polsce się dziwią, że ma powiedzmy cztery luksusowe samochody. Mówił, że nie wyobraża sobie jak na parking zastawiony najlepszymi furami podjeżdża polonezem, czy seryjnym niemieckim autem. Wtedy by go wyśmiali i byłby gorzej oceniany w drużynie. Tak jak wszyscy przychodzą w garniturach do szatni, to on nie może przyjść w wyświechtanej bluzie. Jeśli wszyscy ubierają się u Bossa, to on nie może chodzić cały czas w dresie. Takie są realia. Mówi, że tak na dobrą sprawę to w każdej pracy jest tak samo, że nie możesz odstawać ubiorem, nie możesz odstawać od innych kulturą. Tak samo w NBA. Głupio jest odstawać samochodami, a drugą rzeczą jest to, że Marcin lubi szybkie, drogie, efektowne samochody. Natomiast dojeżdżając na treningi bardzo ceni sobie komfort, wygodę i to jest to na co on zwraca uwagę, chociaż lubi sobie czasem „depnąć”.

Wróćmy jeszcze do szatni. Widziałem zdjęcie, to zresztą też było w dokumencie na Canal+, tzw. Hustle Board, czyli tablicy, na której umieszczane są rzeczy, których nie ma w statystykach meczowych. Na przykład ilość wymuszonych fauli w ataku, czy wybić piłki. To raczej taka ciekawostka dla graczy, czy jest to traktowane przez sztab szkoleniowy bardzo poważnie? Może jest przewidziana jakaś nagroda dla zwycięzcy tych klasyfikacji? 

B3xzboeCYAAJ3SH

fot. Żelisław Żyżyński – Twitter

Tam chyba jest jakaś nagroda dla zwycięzcy po sezonie, ale jaka to nie wiem. To chyba Wittman [Randy Wittman, trener Wizard, przyp. autor] coś im tam daje. Pod tą tablicą jest napis „Czerpmy dumę z robienia wszystkich małych rzeczy, które wygrywają mecze koszykówki”. Te rzeczy są generalnie w statystykach jakby poszperać, ale to są takie rzeczy, na które warto zwracać uwagę. Często są powodem do dumy dla zawodników zwłaszcza, że na tą tablicę patrzą codziennie. To jest coś co jest dla nich dużym powodem do dumy. W pierwszym meczu na którym byliśmy – z New Orleans Pelicans – widziałem jak Marcin złapał na faul w ataku Anthony’ego Davisa. To była duża satysfakcja i później mała piłeczka powędrowała do niego na owej tablicy. Rok temu Marcin był dużo wyżej, w tym sezonie jakoś trudniej mu idzie łapanie tych ofensywnych fauli rywali.

Kto jest najbliższym przyjacielem Marcina w zespole? W zeszłym sezonie to wydawało się oczywiste, to był Nene,  prawda?

Dokładnie.

Ale w tym sezonie mam wrażenie, że ta atmosfera między nimi się trochę zepsuła. 

W tym roku przede wszystkim nie mieliśmy za dużego kontaktu z Nene. Był kontuzjowany, funkcjonował na zupełnie innych zasadach. Myślę, że teraz to się bardziej rozłożyło. Wtedy Nene był po prostu pierwszym gościem, który wyciągnął do Marcina rękę i wziął go pod swoje skrzydła, woził go swoim samochodem z lotniska, na lotnisko. Oni jako dwóch, tych dużych gości się skumplowali, natomiast teraz się to bardziej rozłożyło. Marcin lepiej poznał drużynę i z wieloma chłopakami dobrze żyje. Rok temu np. odnosiłem wrażenie, że John Wall za bardzo za Marcinem nie przepada, teraz natomiast odniosłem wrażenie, że bardzo go lubi. Myślę, że teraz po prostu bardziej poznał zespół i przez to może trochę mniej trzyma się z Nene. Ale to są nadal dobrzy kumple.

B3tfg3vIcAA-5u_.jpg-large

fot. Żelisław Żyżyński – Twitter

Oglądając Twoje materiały z Waszyngtonu zwróciłem uwagę na to,  że wszyscy wypowiadają się o Marcinie w samych superlatywach. Nie sądzisz, że to jednak trochę kurtuazja? 

Właśnie też jak to później oglądałem, śmiałem się, że to wyszła aż hagiografia, żywoty świętych. Raz, że to jest amerykański styl, raczej mówimy o innych dobrze, natomiast tam to było wszystko absolutnie szczere. To nie były wypowiedzi takie ze skrzywieniem na twarzy w sensie, że „A to polska telewizja no to powiem dobrze, bo co mam powiedzieć”, tylko to widać właśnie, że Marcin to jest niesamowicie lubiany facet również poza boiskiem. Jeśli by spytać dziewczyny, które przygotowują materiały dla Monumental Network – operatorki, dziennikarki, no to Marcin jest dla nich absolutnie numerem jeden. Pracujący wiele lat w klubie, Scott Hall, szef biura prasowego, przepada po prostu za Marcinem. Mówi, że nie można sobie wyobrazić kogoś lepszego do współpracy jeśli chodzi o wszystkie materiały, a przy okazji jako ważnego człowieka na parkiecie. W klubie też go lubią, bo on akceptuje tą rolę na boisku człowieka z cienia. Wiadomo, że w Phoenix już pokazywał, że może zdobywać więcej punktów, tutaj też skutecznie kończy akcje, jeśli dostaje więcej szans. Natomiast akceptuje to, że dostaje mało piłek, bo wie, że w tej drużynie jest jej częścią, a nie jej największą gwiazdą. Myślę, że dzięki temu partnerzy to doceniają, widzą, że on to robi dla drużyny, a nie dla siebie. Ciężko było wygrzebać coś negatywnego o nim. Poza tym, że Randy Wittman uważa, że Marcin za często rzuca z półdystansu, no a to jest jakiś kompletny detal.

Czy przyjazd polskiej telewizji był jakimś wydarzeniem dla klubu, czy traktowano Was tak jak wszystkich innych dziennikarzy?

Rok temu to było większe wydarzenie na pewno.Wówczas był to zespół, który od czterech lat nie awansował do play-off. Zespół, z którego wielu się w NBA śmiało. Także była to fajna rzecz, może nawet bardziej niż teraz. No, ale nie możemy narzekać na traktowanie przez biuro prasowe. Pewnym problemem było to, że wtedy w tym samym czasie ESPN przygotowywał długi materiał o Marcinie, a to jest stacja absolutnie numer jeden dla nich. Wiadomo, pojawienie się w krajowej kablówce na tyle czasu, to było dla nich duże wydarzenie. Bardzo dużo rzeczy, takich poza treningowych, pomeczowych, było podporządkowanych ESPN. Dość powiedzieć, że oni do pięciu minut materiału, nie tylko dwie godziny przepytywali Marcina, ale także pół godziny Walla, pół godziny Nene, pół godziny, czy nawet dłużej Wittmana. My przez to mieliśmy troszkę mniej czasu, ale wszyscy ludzie z Wizards, z którymi rozmawialiśmy, bardzo fajnie do nas podchodzili.Dla nich to jest zawsze też dobre. W rozmowie z Patrickiem Reesem, takim asystentem powiedzmy Scotta Halla, Patrick mówi: „Komu w Polsce najwięcej osób kibicuje? Pewnie Lakers, pewnie Bulls, z przeszłości”, mówię, że to prawda. Każdy taki materiał o Marcinie powoduje, że Wizards zyskują więcej kibiców, a to jest dla nich ważne.

Porównując z polskimi realiami, jak wygląda praca dziennikarza na meczu NBA?  Jakie są największe różnice, jak jest choćby z poruszaniem się po hali?

To są same różnice, mówiąc najkrócej. Przed meczem dokładnie jest określone kiedy media rozmawiają z jednym trenerem i z drugim – ale wszystkie media, nie tylko telewizja. To są takie małe konferencje prasowe, briefingi bym powiedział, na tle tablic sponsorskich. Masz dokładnie godzinowo określone, o której z jednym trenerem masz briefing, a o której z drugim. Przez pół godziny są otwarte szatnie, jednej i drugiej drużyny. Chodzisz po szatni, możesz pogadać z każdym graczem, który ma na to ochotę, bo akurat przed meczem nie muszą mieć ochoty, ale najczęściej nie ma z tym problemu. Możesz pogadać z każdym graczem, nawet jeśli on właśnie jeszcze kończy jeść sałatkę, czy kurczaka, czy rybę, także ta ich prywatność jest dosyć ograniczona. Poruszasz się praktycznie wszędzie. W czasie meczu też przechodzisz koło boiska. W zeszłym sezonie spotkania oglądaliśmy spod kosza, teraz przepisy NBA się zaostrzyły, także nie siedzieliśmy już w tej strefie pod koszem, a normalnie na miejscach prasowych. Jakaś pani przechodziła, powiedzmy na początku trzeciej kwarty, trochę spóźniona, no i ktoś tam wstał z pierwszego rzędu bo akurat cieszył się z jakiejś fajnej akcji, niewiele brakowało a ona z jakąś tam sałatką, którą niosła i colą wylądowałaby na parkiecie. Cudem się uchroniła żeby nie upaść. Także, pod tym względem jest super. Tak samo po meczu, jest dostęp, zaraz po konferencjach trenerów, możesz wejść do szatni i tam po prostu pracować. To jest kosmos w porównaniu z każdą dyscypliną w Polsce.

B3n_50lIcAAXlWV.jpg-large

Zainteresuje Cię również:


Komentarze