Polska kręta droga w NCAA

Data:

Jeszcze na żaden sezon NCAA z polskiej perspektywy nie mogliśmy mieć takich oczekiwań jak w właśnie rozpoczętych rozgrywkach 2014/2015. Dwóch reprezentantów Polski, w tym nadzieja na wybór w drafcie, a nieco w cieniu jeszcze jeden z najlepszych rozgrywających młodego pokolenia.

Miał być Rafał Bigus z Villanova, później Wojciech Myrda z Monroe, w końcu Łukasz Obrzut z Kentucky, a teraz przyszła kolej na Przemysława Karnowskiego. Każdego z wymienionej trójki łączono z NBA na długo zanim jeszcze Karnowski myślał nad wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Teraz 21-letni Torunianin z Gonzagi Bulldogs sam stoi na ścieżce, której nie pokonał jeszcze żaden Polak – jakże krętej drogi od NCAA do NBA.

Powiedzieć, że NCAA to ciężka szkoła życia to nie powiedzieć nic. Dotknęła ona każdego od legend polskiego basketu po młodych, którzy jechali do USA bardziej po zdobycie honorowanego na całym świecie dyplomu niż grę w koszykówkę. Opowieści Macieja Zielińskiego jak po treningu trudno było mu utrzymać filiżankę kawy symbolicznie ukazywały tylko przepaść jaka była między Polską a USA. Przez lata występów Polaków w Stanach nie brakowało też folkloru, bo tak można teraz potraktować tłumaczenia Piotra Szybilskiego, który w jednym z wywiadów wspominał, że nie grał za wiele na uniwersytecie, ponieważ nie miał czarnego koloru skóry.

Mieliśmy Jacka Dudę w Final Four, mieliśmy przez długie lata Wojciecha Myrdę jako najlepiej blokującego w historii całej ligi akademickiej, mieliśmy Michała Ignerskiego w uczelni z Top 25, ale wobec żadnego z nich polskie środowisko nie miało takich oczekiwań jak wobec Karnowskiego. To on, mimo pierwszego sezonu spędzonego głównie na ławce i drugiego solidniejszego, ale nie specjalnie rewelacyjnego, ma dziś największe szanse na NBA ze wszystkich polskich koszykarzy. Czy najbliższy sezon będzie jego ostatnim w „amatorskiej” karierze?

Myślę, że jeśli Przemek zagra sezon na poziomie swoich oczekiwań, to będzie jego ostatni rok w NCAA. Obecnie nie jest jeszcze w dziesiątce najlepszych podkoszowych ligi, ale w top 15  już jak najbardziej. Żeby myśleć o drafcie musi znów poprawić swoje statystyki, przede wszystkim zbiórki i defensywę, czyli elementy, które nie są jeszcze jego mocną stroną.Ważny też będzie wynik Gonzagi, która zachowując w dużym stopniu trzon z poprzedniego sezonu drużyny może nawet mieć sezon na miarę Final Four. – uważa Krzysztof Kosidowki prowadzący stronę CollegeHoops.pl

Mimo, że w NCAA występowało na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat całkiem liczne grono Polaków, przesadą byłoby stwierdzenie, że mamy o rywalizacji studentów wielkie pojęcie. Często wiedza wielu osób opiera się na pewnych stereotypach. Nie zawsze historia układa się jednak tak jak w filmach „He Got Game” lub „Blue Chips”. W latach 90-tych istniał jeszcze pewien mit „American Dream” w najczystszej postaci. Przeświadczenie, że tylko wyjazd do Stanów pomoże rozwinąć elementy koszykarskiego rzemiosła powodowało całkiem liczne polskie podróże w kierunku amerykańskich campów.

Oczywiście NCAA na bieżąco nikt nie śledził, bo przede wszystkim nie było gdzie, a informacje jak cudowne są te rozgrywki przekazywali tylko sami koszykarze, którzy przyjeżdżali w okresie letnim do Polski. Wszyscy bez wyjątku oczywiście opowiadali jak każdego roku stają się lepszymi koszykarzami, co jednak szybko było weryfikowane na polskich parkietach. W zupełnie innym systemie gry patrząc na „popisy” Bigusa, Cielebąka po powrocie ze Stanów zaczęto coraz bardziej się zastanawiać czy to już PLK jest taka dobra czy NCAA taka słaba. Dodatkowo mit, że droga do NBA prowadzi wyłącznie przez NCAA upadał bezpowrotnie po coraz liczniejszym stawianiu na graczy prosto z europejskich i nie tylko parkietów.

Brak internetu i wglądu do statystyk z akademickich rozgrywek nie pozwalał jednak wątpić w słowa kolejnych zawodników. Wszystko brano na poważnie, nawet ten niedoszły wybór w drafcie Rafała Bigusa przez Philadelphia 76ers. Poza tym czy ktoś jeszcze pamięta, że jednym zbawień polskiej reprezentacji miał być Paweł Storożyński? Cóż, swoje robiła posada trenera, którym był słynny Bob Knighta i sama nazwa uczelni Texas Tech, w której grał Polak z francuskim paszportem, ale chyba za tym nie do końca szły koszykarskie umiejętności.

Tych różnych pokręconych losów polskich zawodników po występach w lidze akademickiej było aż tyle, że zawsze warto zapytać o sens takich wyjazdów. W kraju przy 16-zespołowej lidze praktycznie każdy młody i choć trochę zdolny ma teraz minuty w TBL, będąc w USA nieco znika nam się z horyzontów.

Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Nie można jednoznacznie postawić sprawy czy wyjazdy do Stanów są dobre czy złe. Nie ulega jednak wątpliwości, że takiej bazy i możliwości do rozwijania swoich umiejętności nie ma nigdzie, nawet w najlepszych klubach w Europie. Nie trzeba aż tak bardzo pędzić za wynikiem, można spokojnie podczas czteroletniej kariery odpowiednio rozwijać kolejne elementy swojej gry – mówi Kosidowski.

W przypadku Przemka Karnowskiego trudno się nie zgodzić. Nigdzie indziej poza NCAA nikt nie pracowałby z nim aż tyle indywidualnie, nie byłoby na to prostu czasu i możliwości. Nieco w jego cieniu jest jeszcze Tomasz Gielo – dziś reprezentant Polski spokojnie mógłby grać od kilku lat w Tauron Basket Lidze, wybrał jednak inną drogę. Gdzie według Krzysztofa Kosidowskiego ona może go zaprowadzić?

Na coś spektakularnego w wykonaniu Liberty Flames bym nie liczył, natomiast Tomek musi mieć teraz najlepszy sezon w karierze i trochę podkręcić statystycznie cyferki. On też zdaje sobie sprawę jak szalenie istotne to będą rozgrywki. A co dalej? Uważam, że Gielo może znaleźć na początek swoje miejsce w Europie, może nie od razu w tych najmocniejszych koszykarsko krajach czy Eurolidze, ale w takiej np. lidze belgijskiej lub może Eurocupie już jak najbardziej tak. Ważne, żeby grał i pokazywał się z dobrej strony, a wtedy będzie można myśleć o kolejnym kroku do przodu i coraz lepszych klubach.

Sam Gielo myśli nawet o drafcie, ale na tą chwile wybór Szczecinianina w loterii ma bardziej charakter życzeniowy niż jest w tym jakieś głębsze merytoryczne poparcie. Wystarczy popatrzeć tylko na Olka Czyża, który drugi rok dryfuje na zapleczu NBA mimo przecież ostatniego bardzo udanego sezonu na uczelni Nevada, która była jednak silniejsza niż Liberty.

NCAA to jednak nie tylko dwójka aktualnych reprezentantów Polski. Od tego sezonu w I Dywizji mamy także Jana Grzelińskiego i Filipa Nowickiego. Grzeliński, który pewnie grałby teraz w TBL, wybrał jednak uczelnię Canisius, natomiast Nowicki Sacred Heart University Pioneers. Trudno jeszcze coś więcej napisać o roli tych młodych graczy w swoich zespołach, ale warto odnotować udany debiut Grzelińskiego,  w którym zdobył 10 punktów i 3 asysty. Przy całym szacunku dla Grzelińskiego i Nowickiego, ich gra w tym sezonie będzie jeszcze w cieniu doniesień informujących o występach Liiberty i przede wszystkim Gonzagi.

Zdarzyło się, że mieliśmy dwóch naszych w jednym sezonie na jednej uczelni, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby choć jeden Polak połączył rolę jednego z liderów w zespole z mocną siłą uczelni. Przemysławie Karnowski, bądź pierwszy!

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze