Prawnik skazany na Anwil!

Data:

Mógł być prawnikiem, ale tak naprawdę nie miał wyboru. Od czasu gdy dziadek zabrał go na pierwszy mecz koszykówki zakochał się całkowicie. Jeszcze nie dawno był dla nas konkurencją, dziś pomaga umówić się z koszykarzami na wywiad. Małymi kroczkami przez lata budował swoją karierę, aby dziś móc siadać wygodnie w fotelu w swoim biurze i spełniać marzenie, jakim była praca w Anwilu Włocławek. O kim mowa? O Michale Fałkowskim, czyli po prostu „Fałku”.

Paweł Łakomski: Zawsze chciałeś być w tym miejscu? Tu, w klubie, w biurze Anwilu Włocławek?

Michał Fałkowski: Nie ma co się oszukiwać, że tak. Wszyscy w mojej rodzinie wiedzieli, że chcę, ale to nie było tak, że zaplanowałem to kilka lat temu i teraz mogę powiedzieć: dopiąłem swego! Dużo pracy, ale i dużo szczęścia.

W kosza grałeś?

Tak, ale nie na poważnie, nie w TKM Włocławek (śmiech). Kiedy zorientowałem się, że chyba umiem myśleć na boisku, to byłem już za stary, aby zapisać się na treningi i rozważać poważną karierę – poza tym dobrze się uczyłem i wiedziałem, że pójdę na studia.

Podobno na studiach nie próżnowałeś, możesz pochwalić się całkiem imponującym wykształceniem.

Czy ja wiem? Skończyłem filologię angielską i prawo.

Skąd pomysł na takie studia?

To musimy się cofnąć do czasów po maturze, kiedy absolutnie nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jestem pierwszym rocznikiem z tzw. nową maturą, gimnazjum itp. i my mieliśmy lekko „przerypane” przy zliczaniu punktów z naszej matury oraz przeliczaniu ocen na punkty maturzystów z wcześniejszych latach. My z rocznika ’86. Padło i na mnie – nie dostałem się na prawo dzienne, tylko na zaoczne, do Torunia. Wówczas rodzice, a głównie mój tata, powiedzieli mi jasno: nie będziesz gnuśniał w domu. Albo idziesz do roboty, albo dobierasz inny kierunek studiów dziennych. Dzisiaj to doceniam.

I tak padł wybór na anglistykę?

Znałem angielski całkiem nieźle, więc pomyślałem, że najmniej będę męczył się właśnie tam. Początkowo miałem wytrwać do pierwszej sesji, a potem wybrać. Gdy zaliczyłem pierwszych kilka egzaminów, uznałem, że dam radę ciągnąć oba kierunki. I skończyłem obydwa, choć zajęło mi to siedem lat (śmiech). Ale w tym czasie ożeniłem się, a także zacząłem pracować tutaj (rozmawiamy w biurze Anwilu Włocławek), czyli pisać do gazetki klubowej w starszej wersji – „Superkibica”. Zacząłem też przygodę z portalem SportoweFakty.pl i powolutku…

A eurobasket.com?

To było w czasach licealnych, ale nie było pisaniem przez duże „P”. Ot, zwykłe, najprostsze pisanie krótkich newsów – ten zagra tu, tamten ma kontuzję i tak dalej. Pamiętam, że kilka miesięcy pisałem i założyciel strony Marek Wojtera zapytał czy nie chcę zacząć zarabiać? Odpowiedziałem, że jasne! I teraz uwaga. Zaproponował mi między 1 a 3 dolara za zwykły news. Takie realia. Tyczyło się wszystkich lig, nawet tych najbardziej egzotycznych oraz basketu kobiecego, o którym nie miałem pojęcia, więc odpuściłem. To nie było dla mnie.

Zostawiłeś tyle dolarów?! (śmiech)

Nie chciałem być tylko klawiaturą do pisania najprostszych treści, tylko robić bardziej poważne rzeczy. Przez chwilę był moment, że nigdzie nie pisałem i teraz uważaj – byłem w klubie kibica Anwilu!

W H1?

Nie, wówczas był to Miejski Klub Kibica, H1 powstało nieco później. I tak naprawdę nigdy nie byłem takim radykalnym kibicem, nie ściągałem koszulek. Na takim prawdziwym kibicowskim wyjeździe byłem tylko raz i zaznaczam, że wróciłem trzeźwy.

Niemożliwe, sam parę razy jechałem z kibicami i… działo się. 

Naprawdę, może dlatego, że nigdy nie przepadałem za piciem alkoholu w otoczeniu osób sobie nieznanych. Zresztą w hierarchii kibiców byłem bardzo nisko. Na tamtym wyjeździe, do Świecia, siedziałem gdzieś obok kierowcy, czyli w części autokaru, gdzie imprez raczej nie ma. Jeśli więc gdzieś jeździłem, wolałem w kilka osób, samochodem osobowym albo małym busem.

Zmieniając temat – we Włocławku ton dyskusji nadaje Brzytwa. To swego rodzaju fenomen. 

Dla mnie zawsze było to źródło ciekawych linków. Jest jeden użytkownik, Tiramisu, który wrzuca wszystkie fajne treści np. z Twittera. Brzytwa to na pewno unikat na swój sposób. We wszystkich koszykarskich miastach w Polsce wiedzą co to za strona. Nie ma drugiej takiej listy dyskusyjnej, są fora, ale nie na taką skalę. I choć często jest to platforma zwykłej ludzkiej złości, to jednak zrzesza grupę ludzi, która żyje Anwilem Włocławek, a to nas w klubie cieszy. Natomiast uważaj teraz.

Kiedyś wyszedłem na chwilę z biura i zostawiłem włączony komputer. Hubert Hejman postanowił wykręcić mi numer i napisał z mojego konta na Twitterze

– Ale bym przytulił jakiegoś kebaba!

Klasyczny żarcik, którego w ogóle nie zobaczyłem. Wyszedłem z pracy i pojechałem z żoną na weekend. W między czasie odebrałem jeden, drugi, trzeci telefon i wyszło na to, że tweet został poddany analizie na Brzytwie. Wszyscy tego kebaba zrozumieli, że w Anwilu będzie zakontraktowany turecki zawodnik.

(śmiech) 

Później ktoś rzucił hasło, że to pewnie taka zasłona i chodzi o Johna Turka! Jaki jest efekt końcowy? „Maltretowanie” klubu w Internecie: No co z tym Turkiem, przecież miała być informacja!?

To tak samo jak przez lata na Brzytwie pisano o Marcinie Sroce. 

Od dziesięciu lat słyszę, że Marcin buduje dom pod Włocławkiem. Otóż ogłaszam: owszem – Sroka miał dom, ale go dawno, dawno temu sprzedał. I nie buduje następnego. (śmiech)

Inne absurdy z Brzytwy?

Z zeszłego sezonu. Ktoś napisał, że zarząd klubu nie chce, aby Anwil wszedł do strefy medalowej, bo będzie musiał wypłacić duże premie. Absurd. Tak samo jak plotki, że David Jelinek jest konfliktową osobą. Absurd numer dwa.

Wszyscy w klubie czytają Brzytwę?

Mogę odpowiedzieć w swoim imieniu. Tak czytam, chociażby z tego względu, że uważam to za mój obowiązek. Muszę wiedzieć jakie są nastroje wśród kibiców, kogo lubią, do kogo mają pretensję, jakimi plotkami żyją…

A myślałeś może o tym, aby dogadać się z administratorem Brzytwy i stworzyć oficjalne konto Anwilu, aby dementować właśnie wymienione przez ciebie absurdy.

Ciekawe. Może i byłby to dobry pomysł, tylko znając życie, zaraz musielibyśmy odpowiadać na pytania o rozmiar buta zawodnik X albo dlaczego sprzedaż biletów jest od wtorku, a nie od poniedziałku. Prawda jest taka, że klub ma swoje narzędzia do komunikowania się z kibicami – strona oficjalna, Facebook, Twitter, może trochę mniej Instagram. A jeśli ktoś naprawdę potrzebuje pilnie informacji w ramach bieżącej działalności, to mamy telefony; wszyscy wiedzą też gdzie w Hali Mistrzów są nasze biura (śmiech).

Dobrze pamiętam, że jednym z założycieli Brzytwy była osoba, która dziś pracuje w klubie?

Tak, dyrektor Hubert Hejman.

Mogę prywatę? Kiedy dostałem pracę w Anwilu otrzymałem gratulacje na Brzytwie, Facebooku czy Twitterze. Nie odpisałem tylko na Brzytwie, więc z tego miejsca bardzo dziękuję wszystkim za ciepłe słowa.

A czy zawodnicy lub trenerzy brali udział w dyskusjach?

Dawno temu Lorinza Harrington napisał na Twitterze, że bardzo nudzi się we Włocławku i najchętniej by się napił. W mieście zrobił się mały szum, kibice nie byli z tego zadowoleni, więc Lorinza postanowił wpisać się na Brzytwie i załagodzić nastroje. Chyba mu nie wyszło.

fot. Piotr Kieplin

fot. Piotr Kieplin

Jesteśmy mniej więcej z podobnych miast, gdzie koszykówka jest na swój sposób religią. W tych małych społecznościach często klub jest czymś naprawdę ważnym i każdy chce na tyle ile może „dotknąć” trochę więcej tej rzeczywistości. Czy młody Michał też chciał wejść za kotarę, aby zobaczyć np. jacy koszykarze są naprawdę?

Akurat nie, ale wiem o co ci chodzi. Mój kolega jest takim przykładem. Zawsze kręcił się przy klubie. Raz na meczach stał z mopem, innym razem nosił jakieś torby.

Czyli nie miałeś takich zapędów?

Wydaje mi się, że byłem nieco nieśmiały. Dopiero później nauczyłem się –  już będąc dziennikarzem – że powinienem mocno rozpychać się łokciami.

To na dobre przygodę z dziennikarstwem rozpocząłeś kiedy?

Poważne pisanie liczę od portalu SportoweFakty.pl, choć gdy zacząłem pracować dla tego serwisu, nie był jeszcze tak szerokim nośnikiem informacji, a raczej nieznanym i mało respektowanym portalem. Miałem szczęście, że byłem jedną z osób, których rozwijające się pisanie – od mało wprawnego do coraz płynniejszego – spowodowało, że portal z miesiąca na miesiąc był postrzegany coraz lepiej i był coraz bardziej czytany. Także moje prawdziwe początki to rok 2008. Przygoda z SF.pl a potem WP SF trwała prawie osiem lat, do stycznia 2016.

Ale to nie było przecież tak, że dopiero od lutego jesteś w Anwilu. Od lutego pełnisz swoją obecną funkcję, ale wcześniej też pisałeś dla klubu.

Współpracę z klubem rozpocząłem w roku 2011. Wówczas stworzono meczową gazetkę „Anwil Team”, spadkobiercę wcześniejszego „Superkibica”. Zostałem, razem z Jackiem Sekleckim z plk.pl, włączony do redakcji. I w miarę upływu czasu moje obowiązki ewaluowały, a kontakt z klubem stawał się coraz bardziej zażyły.

No właśnie, czy tak powinno być? Z jednej strony pracujesz dla ogólnopolskiego portalu, a z drugiej jesteś „głosem” klubu. 

To jest dobre pytanie. Starałem się na tyle umiejętnie na ile mogłem, aby nie przeszkadzało mi to w pracy korespondenta. Uważam, że przez długie lata udawało się to rozgraniczyć, choć oczywiście zawsze ktoś mógł powiedzieć, że nie krytykowałem klubu w najgorszym sezonie 2014/2015, kiedy powinienem codziennie uderzać w drużynę, czy zarząd. Tylko ja nigdy nie uważałem, że dziennikarz jest od takich spraw, aby zrzucić bombę i zostawić po sobie kartkę z napisem „niech się dzieje, co chce”.

Znając już w tamtym momencie wiele spraw od środka, starałem się pokazywać drugą stronę, aby czytelnik miał jak najpełniejszy obraz. Oczywiście wielokrotnie byłem za to krytykowany i też rozumiem postawę kibiców, którzy w trudnej sytuacji oczekują konkretnej reakcji. Najłatwiej jednak napisać: ten jest zły, tamten niedobry, a inny do niczego i w ogóle to zmiany, zmiany, zmiany. Klikalność kosmiczna, kibice zadowoleni. Tylko, że to nie mój świat.

To z takim podejściem właściwie byłeś idealnym dziennikarzem dla Anwilu Włocławek na trudne czasy. 

Bardzo możliwe. Wiesz, kiedy prezesem został Arkadiusz Lewandowski klub stał się dużo bardziej otwarty, ogółem dla wszystkich mediów. Nie wszyscy jednak chcieli z tego korzystać. Ja chciałem, dlatego od tamtej pory pracownicy klubu zaczęli „bywać” na SF dużo częściej. Pojawiały się częstsze wywiady, cytaty w artykułach.

Tylko wiesz…

… czy prezes dawał mi znać, że jestem potrzebny?

Cóż, nie wszystko można zamiesić na oficjalnej stronie klubu, prawda?

(chwila zastanowienia) Prawda. Powiem tak: wielokrotnie zarzucano mi, że jestem tubą propagandową Anwilu Włocławek. OK. Prezes Lewandowski zawsze śmiał się ze mnie, że jestem tak trochę okrakiem – jedną nogą w klubie, drugą na zewnątrz. Nie mam jednak poczucia, że robiłem coś wbrew sobie.  Bywały sytuacje, w których dochodziłem do wniosku, że coś jest nie tak. Krytykowałem np. grę Paula Grahama czy Brandona Browna, ale również… Pamiętasz sytuację z treningami wspomnianego Browna?

Pewnie! Nasza akcja #BiegamzBrandonem!

To było dobre, przyznaję! Pamiętam, że wówczas zamieściłem tekst, w którym skrytykowałem decyzję o treningach o 6 rano.

I jak zareagował prezes Lewandowski?

Nie zareagował.

Czy przez tak dobrą relację z klubem bywałeś zakładnikiem newsa?

(śmiech) Ile razy! Sam dobrze wiesz, że często zdobywasz informacje, ale po prostu nie możesz jej opublikować, bo twoje źródło prosi abyś tego nie robił. I jesteś w kropce. Nie wiem jak to wyglądało procentowo, ale faktycznie zdarzało się, że news się pojawiał, ale nie u mnie. Kilka transferów udało mi się jednak przemycić – Chase Simon, Fiodor Dmitriew. Najbardziej świerzbiło mnie w przypadku Davida Jelinka. Pamiętam, że pozwoliłem sobie tylko na twitnięcie, że „mega super zawodnik dołączy wkrótce do Anwilu”, czy coś takiego (śmiech).

A „udało” ci się rozwalić jakiś transfer?

Chyba nie… (chwila zastanowienia). Nie przypominam sobie. Wiesz co, ale parę razy zawodnicy mieli pretensje za artykuł.

W zeszłym sezonie miałeś konflikt z Chamberlain Oguchim. O co chodziło?

Po meczu z MKS Dąbrowa Górnicza pozwoliłem sobie na wpis, że Anwil przegrał bo zabrakło Oguchiego, który udaje kontuzję. I wiesz… (chwila zastanowienia). Sezon pokazał, tak? Jego agent, pan Maciej Schwarz, notabene też z Włocławka, napisał w jego imieniu oświadczenie, że nie piszę prawdy. Potem jednak to sobie wyjaśniliśmy i problem zniknął. Miałem z Champem naprawdę normalne relacje, a po jego powrocie zrobiliśmy ciekawy materiał, w którym mówił o ewentualnej roli jokera w zespole. I wszystko było dobrze do ostatniego meczu w 2015 roku. Anwil wygrał w Kutnie, znowu bez Champa, a po meczu powiedziałem Nigeryjczykowi, że za chwilę gramy ważny mecz z Polskim Cukrem Toruń i fajnie byłoby gdyby zagrał. Tak po przyjacielsku, chciałem mu przekazać, że trzymam kciuki. Tymczasem od tamtej pory… przestał się do mnie odzywać, także jak byłem już pracownikiem klubu. Przyznam, trochę szkoda, że tak wyszło.

Jeśli zawodnicy mówią, że nie czytają nic o sobie, to od razu wiadomo, że śledzą wszystkie możliwe media. 

Oczywiście, że zdecydowana większość czyta co się o nich pisze, albo w ogóle czyta o koszykówce. Taki przykład to Kamil Łączyński, który jest mocno aktywny w mediach społecznościowych. Z kolei Fiodor Dmitriew nic nie śledzi, niczego nie czyta, nie jest aktywny sieci. Jak napisałem mu wiadomość na Facebooku, to odpisał dopiero po miesiącu.

A Igor Milicić sprawdza co pisze się o nim? 

Czyta i oczywiście nie ogranicza się do polskich mediów. Coach to perfekcjonista. Kojarzysz postać Kryspina z kabaretu Paranienormalni?

Tak.

To on mówił: cześć jestem Kryspin, cesarz Internetu, człowiek, który jako jedyny obejrzał dwa razy całego YouTube’a. Kiedyś była taka sytuacja, wczesny poranek, gdy powiedziałem trenerowi o jakimś transferze, po czym on pokiwał głową i stwierdził:

– Tak, wiem już od wczoraj.

Wówczas powiedziałem, że „coach jest jak Kryspin”, bo przeczytał wszystkie informacje o koszykówce w sieci. Dwa razy (śmiech). To wszystko oczywiście w pozytywnym kontekście.

fot. Piotr Kieplin

fot. Piotr Kieplin

Wracając jeszcze do tematu poprzedniego. Czy dziennikarz może pomóc klubowi?

Wcześniej zadałeś pytanie, czy to coś złego, że dziennikarze chcą współpracować z klubem i odwrotnie. Nie ma nic w tym złego, zresztą przy każdym zespole zawsze taka osoba była. Grzegorz Kubicki z Gazety Wyborczej miał najlepsze informacje o Asseco Prokomie, jest Jacek Białogłowy w Zielonej Górze, Karol Wasiek w Sopocie, twoja robota w Słupsku, a jeszcze wcześniej Michał Lizak przy Śląsku Wrocław.

Kibice bardzo często zapominają o jednej rzeczy. Dobra relacja dziennikarza z klubem może tylko sprawić, że oni przeczytają dużo ciekawsze artykuły, wywiady itp. Podam przykład. Zawsze lubiłem w tekstach skupiać się na tematach psychologicznych, może dlatego, że moja mama jest psychologiem. Od pewnego momentu mogłem wchodzić na treningi Anwilu, przez co mogłem nieco lepiej zrozumieć taktykę zespołu, pomysł na mecz i przez to dużo prościej zrozumieć przyczyny porażek. Sytuacja z trenerem Mariuszem Niedbalskim. Warsztat koszykarski znakomity, nie można się do niczego przyczepić, ale aspekt psychologiczny pracy z zespołem? Dużo do poprawy. I tego kibic nie dowie się będąc raz na dwa tygodnie w hali Mistrzów, ani ja nie dowiem się nie przychodząc na treningi.

Obserwując twoje poczynania zauważyłem, że w pewnym momencie zacząłeś się męczyć na SportowychFaktach, prawda?

Tak.

I powstał blog. 

Nie ta chronologia. Blog powstał dużo wcześniej i powstał dlatego, że nie wszystko nadawało się do ogólnopolskiego medium. Moje rozważania, impresje o Anwilu nie interesowały całej Polski, tylko koszykarskiej części Włocławka. Notabene dumny jestem z tego, że udało się to tak poprowadzić, ponieważ kiedy dostawałem gratulacje w związku z nową pracą, często słyszałem pytanie: „A co z blogiem?”.

To była dobra robota, szczególnie wywiady z Arkiem Markiewiczem, czy Marcinem Woźniakiem, o których już wspomniałeś.

Dziękuję. Myślę, że chodziło mimo wszystko o te moje wrażenia, odbiór tych postaci. Kibice mogli czytać takie treści, jak wywiady z Marcinem Woźniakiem czy Hubertem Śledzińskim. Nie pamiętam, aby na tamten moment ktokolwiek w Polsce zrobił rozmowę z trenerem rozpracowującym rywali i scouterem śledzącym rynek koszykarski.

To kiedy zacząłeś się męczyć?

SportoweFakty nieustannie ewaluowały, ale w pewnym momencie postawiły na krótką formę i liczbę tekstów. Klikalność. Oczywiście, nie jestem „bez grzechu”. Brałem w tym udział, zarabiałem pieniądze dzięki temu. Kiedy jednak SportoweFakty przeszły pod ramiona Wirtualnej Polski akcenty i priorytety zmieniły się całkowicie. Mniej moich ulubionych długich form, jeszcze więcej szybkich newsów, krzykliwych tytułów i newsogalerii… Taki znak czasów, niestety. W pewnym momencie wyglądało to tak, że napisałem długiego maila do mojego redaktora naczelnego, w którym albo chciałem wynegocjować nowe warunki pracy i nie mówię tylko o pieniądzach, bo chodziło mi o możliwość tworzenia większej liczby wywiadów czy felietonów, albo informowałem o swoim odejściu. Napisałem go w grudniu, ostatecznie nie wysłałem i powiedziałem mojej żonie: jeszcze do końca sezonu wytrzymam. Pod koniec stycznia otrzymałem ofertę objęcia funkcji media managera…

We Włocławku sezon po sezonie można było zauważyć, że trenerzy, zawodnicy ci ufają i otwierają się przed tobą. 

Nie wiem. Myślę, że trener Milicić mi zaufał i obecnie wie, że nie wykorzystam nic przeciwko zespołowi. Choć zdarzały mi się niefortunne sytuacje, lecz człowiek uczy się na błędach. Ale to zaufanie jest i mam nadzieję, że wkrótce i kibice będą mogli się o tym przekonać. A zaczynało się powolutku. Raz poprosiłem czy mogę wejść na tzw. meeting, gdzie przedstawia się zawodnikom plan taktyczny na mecz. To taki moment, że np. nie uczestniczą w nim masażyści zespołu, nie musi być też team managera. Byłem ciekaw jak to wygląda, zrobiłem też zdjęcia na nasze media społecznościowe – oczywiście usuwając uprzednio wszystkie zapiski z tablic – a David Jelinek zażartował, że mamy nowego rozgrywającego.

Trudno było wejść w życie drużyny na wyjazdach? 

To ciekawa rzecz, o czym nikt właściwie nie mówi, a moim zdaniem ma bardzo duży wpływ, może nawet na wyniki. Każda drużyna ma swoje zasady, funkcjonuje według swojego schematu. Wie o nich tylko zespół plus trenerzy. Nie znając zasad można bardzo łatwo wywołać niepotrzebny szum. Na przykład każdy ma swoje miejsce w autokarze i ich nie zmienia. Pamiętam, że jak pojechałem na pierwszy wyjazd z zespołem, to podczas pierwszego posiłku przytrzymałem się na uboczu, bo nie chciałem burzyć rytmu. Dopiero później trener Milicić podszedł do mnie i spytał czemu nie siedzę z nimi.

Kibice znają już tę historię, ale rok temu przynosiłeś pecha zespołowi. 

No tak… (śmiech) Pierwsze moje cztery wyjazdy – Dąbrowa Górnicza, Słupsk, Zielona Góra, Radom – przegrane i trener zaczął żartować, że nie będę jeździł więcej na wyjazdy. I kiedy byłem mocno chory i nie pojechałem do Wrocławia to zespół wygrał. Tak samo do Lublina czy Stargardu Gdańskiego. Klątwę „Fałka” miał odczarować wyjazd do Sopotu.

Nagrałeś reakcję trenera Milicicia. 

Nie wtedy. Nagrałem ją przed wyjazdem do Radomia. Wsiadłem do autokaru i każdy gracz, który wchodził po mnie, mówił:

-No to pozamiatane!

-Wołajcie kapitana, niech coś z tym zrobi!

Taka sama była reakcja chłopaków ze sztabu szkoleniowego i chyba jeden z masażystów podpuścił mnie, abym nagrał jak trener zareaguje. Przyznaję, trener wcielił się w tę rolę iście oscarowo. Wiedział, że jadę z zespołem, ale zagrał to pięknie.

A co z tą klątwą?

W Radomiu przegraliśmy. Miałem więc ją odczarować w Sopocie. I cóż… Ostatecznie nie było tak źle, ponieważ zbiegło się to z organizowanym wyjazdem dla sponsorów klubu, którzy po meczu mieli z zespołem wspólnie zjeść kolację. Wszyscy zawodnicy byli jednak tak źli, tak zawiedzeni porażką z Treflem, że nikt mi nic nie wypominał mi mojego 0:5. Summa summarum klątwę przerwałem… niedawno. Podczas memoriału w Toruniu udało się wygrać z Norrkoping Dolphins, a potem z Polskim Cukrem (śmiech). Żeby jednak nie było: z Krzyśkiem Szaradowskim i Piotrkiem Kieplinem jeździliśmy na wyjazdy i zespół wygrywał, więc nie tak źle ze mną.

Pracując jeszcze jako dziennikarz zostałeś wysłany z drużyną na turniej przygotowawczy na Litwę. 

To był ten moment kiedy prezesem został Arkadiusz Lewandowski i on faktycznie ułatwił dostęp do klubu tym, którzy chcieli być nieco bliżej. To był wrzesień 2012. Prezesowi mocno zależało, aby w mediach pojawiło się sporo materiałów z turnieju na Litwie. Pojechałem razem z zespołem i miałem dużo czasu, aby rozmawiać z zawodnikami. Tak powstało kilka ciekawych wywiadów, np. z Ryanem Wrightem, Mateuszem Bartoszem czy Przemkiem Frasunkiewiczem. To był ten moment, że mogłem ich wypytać o wiele rzeczy, bo czas nas właściwie nie ograniczał. Chodziło po prostu o to, aby turniej został ładnie opakowany, bo wtedy też pojechała firma produkująca dla nas materiały wideo. Prezes Lewandowski powiedział wówczas:

– Mógł zespół pojechać sam, potem podalibyśmy wynik i punkty. Byłoby dobrze? Byłoby. Pojechał jednak dziennikarz i film-makerzy, zrobili fajną otoczę i jest bardzo dobrze.

Arkadiusz Lewandowski wrócił wtedy po kilku latach pracy w Asseco Prokomie Gdynia, gdzie takie praktyki były standardem. 

Umówmy się, że Asseco Prokom Gdynia medialnie, także poprzez swoją stronę internetową, było genialnie opakowywane. Zdaje się, że na same mecze euroligowe jeździło trzech dziennikarzy. Nie ma co się oszukiwać, że tak powinno być.

Tylko gdzie we Włocławku znajdziesz drugiego Fałkowskiego? 

(śmiech) Z różnych przyczyn – nie szukam. Tak naprawdę, gdy w lutym zmieniłem funkcję od razu uznałem, że muszę wnieść coś nowego. Zainicjowałem wówczas „media day”, czyli spotkania z mediami przed meczami. Potem pojawił się cykl „FastBreak”, czyli wywiady z graczami w luźnej formie za pomocą pytań od kibiców. Teraz jestem na etapie szukania dobrego sprzętu do nagrywania, aby w lepszej jakości pokazywać codzienne życie drużyny. Mamy nowy kanał na YouTube’ie – #GłodniZwycięstw – i chciałbym żeby kiedyś rozwinął się na tyle, aby ktoś mówił: PZPN ma „Łączy Nas Piłka”, a Anwil właśnie „GłodniZwycięstw”. Nie mówię oczywiście o skali odwiedzin, bo to całkowicie nieporównywalne, ale o treści w nagraniach. Będzie to jednak bardzo trudne.

Dlaczego?

Z tego co wiem przy projekcie ŁNP pracuje osiem osób, czyli tyle, ile często nie ma w klubach PLK w całym biurze. To jest jednak mój cel, nie wiem na ile mi się to uda, ale mam parę pomysłów. Dziś już absolutnie nie wystarczy tylko przepisać wypowiedzi z konferencji czy zrobić relację. Kibicom to nie wystarcza. Ma być Facebook, Twitter, Instagram oraz wszystkie inne rzeczy, w tym także detale, których nie mają inne kluby jak chociażby klubowe radio. Jestem bardzo zadowolony z faktu, że udało się namówić Krzyśka Szaradowskiego do współpracy. I choć dzisiaj to „tylko” radio z transmisjami z meczów, ale kto wie co przyniesie przyszłość.

Podsumowując: jesteś dobrym media managerem?

Musisz zapytać przedstawicieli mediów, bo to im mam w pierwszej kolejności pomagać i ich współpracę z klubem trochę… hm… koordynować? Niegdysiejszy „rzecznik prasowy” udzielał odpowiedzi na pytania dziennikarzy i budował pozytywny wizerunek firmy. Ja uważam, że obecnie funkcja „media managera” zawiera w sobie podobny katalog obowiązków, ale jest chyba pojęciem trochę szerszym. Stąd z jednej strony #GłodniZwycięstw i media społecznościowe, z drugiej treści na „oficjalce”, a z jeszcze innej pierwszy wewnętrzny regulamin współpracy z przedstawicielami mediów i ułatwianie, aby każdy zainteresowany dziennikarz mógł porozmawiać z prezesem, trenerem czy zawodnikiem. Ile razy widzę „Anwil Włocławek” w gazecie czy Internecie i wiem, że przyłożyłem do tego rękę, tyle razy się uśmiecham.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze