Raz PLK, raz Euroliga, czyli jak to jest być sędzią? Jakub Zamojski opowiada (WYWIAD)

Data:

Sędziują mecz, schodzą do szatni i właściwie tyle. Nigdy nie zabierają głosu, a z mediami nie mogą rozmawiać o kontrowersyjnych decyzjach. Postanowiliśmy to zmienić i namówiliśmy Jakuba Zamojskiego na szczerą rozmowę o kulisach pracy sędziów, jej specyfice, a także o przepisach. Ten wywiad to swego rodzaju początek. Każdy z nas bez wahania ocenia decyzje sędziowskie. Pytanie, czy zgodnie z przepisami, czy w ramach swojego, koszykarskiego wyczucia? Wspólnie z Jakubem Zamojskim, euroligowym sędzią, postaramy się wytłumaczyć, a przede wszystkim zrozumieć przepisy gry w koszykówkę. Nasza współpraca będzie mieć charakter edukacyjny. Pierwszy odcinek już niebawem.

Paweł Łakomski: Gorszego momentu nie mogliśmy wybrać. Od kilku spotkań nie widać Jakuba Zamojskiego, ani na parkietach Tauron Basket Ligi, ani Euroligi. Co się stało?

Jakub Zamojski: Kontuzja, która niestety wyklucza mnie z sędziowania na dłuższy okres. Jest to częsty uraz dla sędziów, czyli zerwanie achillesa.

To jak koszykarze borykają się często z kontuzją kolan, to można mówić o urazach, z którymi najczęściej zmagają się sędziowie?

Tzw. chorobą sędziowską są achillesy. To wynika z tego, że często startujemy ze statycznej pozycji, robiąc obrót, a wtedy są największe obciążenia. Odkąd sędziuje zawsze słyszałem, że jest to słaby punkt naszego zawodu.

Rok temu doznał pan nieprzyjemniej kontuzji, zresztą też w kiepskich okolicznościach. 

No tak… Zdarzyło się w Toruniu, gdzie jest parkiet, który szybko się kończy. (śmiech) Z tego co wiem, oprócz mnie, paru zawodników też to poczuło. Akurat tak zaangażowałem się w sytuację na parkiecie, że postanowiłem zabiec i w pełnym biegu zatrzymałem się poza boiskiem – 5-10 cm poniżej parkietu. Dokończyłem mecz, ale skutki długo odczuwałem.

Jest takie powiedzenie, które można usłyszeć w środowisku, że dobry sędzia to ten, którego nie widać. To prawda?

Faktycznie, mówi się, że jeśli nikt po meczu nie wie kto sędziował to znaczy, że wykonaliśmy dobrą pracę. Jednak nie zawsze. Czasem jesteśmy potrzebni, musimy zareagować i często podejmować ważne, ale niepopularne decyzję.

Dla zawodnika udane zawody to np. 26 pkt, 6 zbiórek i 7 asyst. A dla pana?

Zawsze, kiedy sędziowie nie są pierwszoplanowymi postaciami, ale równocześnie, kiedy potrafią skontrolować to co dzieje się na parkiecie. Ważne, aby sytuacje były pod dyktando sędziów, a nie „niegrzecznych” chłopców.

Nie lubi pan jakiegoś przepisu z gry w koszykówkę?

Tak, ale niekoniecznie są to przepisy. Bardziej interpretacje. Jak się ewoluuje koszykówka? Trenerzy, czy zawodnicy bez przerwy wymyślają coś nowego. Na to trzeba znaleźć regulacje, aby nie było samowolki. Na przykład faule taktyczne, które wymyślili trenerzy, aby przerywać akcję, zabijają, to co w koszykówce jest najfajniejsze – szybki atak, wsady. Niestety, musimy odgwizdywać faule, które mają na celu tylko zatrzymanie akcji przeciwnika. Często zamiast efektownej akcji mamy faul, którego nikt nie lubi, a kara to piłka z boku lub rzuty wolne.

Nie lubię częściowo przepisu o krokach. Chodzi o sytuację, kiedy zawodnik biegnie do szybkiego ataku i łapiąc piłkę szybciej odrywa nogę obrotu, niż robi kozioł. Według przepisów FIBA jest to błąd i piłka dla przeciwnika. Czasami odgwizdujemy, czasami nie, ale generalnie jesteśmy zobligowani, aby to gwizdać. Znowu kolejny przykład kiedy zabijamy koszykówkę. Tego nie lubię. W Stanach Zjednoczonych ten przepis jest dużo fajniejszy, bo pozwala na większą swobodę. A tak na marginesie, to jak zobaczymy na stop-klatce to złapanie i wypuszczenie piłki w trakcie szybkiego biegu w 99% sytuacji, to akcja nielegalna. Taki mały feler w przepisach.

Czyli Jakub Zamojski, sympatyk koszykówki nie używa gwizdka. Natomiast Jakub Zamojski, sędzia, już tak? 

Na szczęście tak tego nie analizuje. (śmiech) Są oczywiście przypadki, kiedy w ogóle nie lubię używać gwizdka, ale po prostu muszę. To się jednak wiąże z całą filozofią sędziowania, która wcale nie jest taka prosta.

Skąd w ogóle pomysł na sędziowanie?

Przypadek. Lubiłem koszykówkę, ale uprawiałem żeglarstwo. Wszedłem przypadkowo na wykład pana Konrada Tomczyka, posłuchałem, spodobało mi się jego spojrzenie na koszykówkę, jak opowiadał o sędziowaniu. Po wykładzie podszedłem i spytałem czy można zapisać się na kurs. Zawsze powtarzam panu Konradowi, że to dzięki niemu mogę być sędzią. Z kolei trenerom, którzy krytykują moje sędziowanie mówię, że to jego wina. (śmiech)

Wcześniej z koszykówką nie miał pan nic wspólnego? 

Amator i fanatyk, tyle. Na obozach żeglarskich często graliśmy w kosza.

To ile miał pan lat, kiedy poszedł na kurs sędziowski?

Chyba 17, prawie 18.

Pan dosyć szybko piął się w drabince sędziowskiej, prawda?

Kiedyś ścieżka awansu na szczebel centralny była zdecydowanie szybsza. Sędziowaliśmy trzy lata w regionie, aby trafić do II ligi. Zresztą akurat grupa sędziów we Wrocławiu była naprawdę mocna. Mieliśmy dobrą szkołę sędziowania. Wiesław Zych sędziował wówczas wszystko co najważniejsze. Konrad Tomczyk był najlepszym szkoleniowcem, mieliśmy sześciu sędziów międzynarodowych. Było się od kogo uczyć i łatwiej było nam awansować na kolejne szczeble.

I od razu wiedział pan, że to będzie pomysł na życie zawodowe?

Nie, na pewno nie. Zawód sędzia? ZUS opłacam z innej działalności. (śmiech) Nie chcę jednak powiedzieć, że nie jestem zawodowcem. Zarabiam na tym pieniądze, więc podchodzę do tego profesjonalnie. Niemniej jednak nie mamy jeszcze w Polsce zawodu: sędzia koszykarski. Nie mamy kontraktów. Jest to jednak ciekawy sposób na życie, a przecież nikt nam nie każe tego robić.

W którym roku został pan sędzią międzynarodowym?

W 1999 roku zdałem egzamin i uzyskałem licencję.

To gdyby jeszcze raz byłby pan na wspomnianym wykładzie, to decyzja byłaby taka sama?

(chwila zastanowienia) Tak, ale łatwo gdybać. Ale np. czy chciałbym aby mój syn sędziował? Tego już nie wiem.

Ostatnio był pan na meczu z synem w roli kibica, choć pewnie częściej rozmawiacie o koszykówce, a nie o sędziowaniu.

Akurat pierwszy raz wczoraj mnie zaskoczył. Podważył decyzję sędziego i z tego co pamiętam miał rację. (śmiech) Nigdy nie rozmawiamy za dużo o sędziowaniu, a tu taka niespodzianka. Od małego daje mi rady. Jak miał dwa latka to dał mi pierwszą radę.

Jaką?

„Musisz tata więcej biegać”. (śmiech)

To znaczy?

Oglądał mecz w telewizji i widocznie uznał, że za często stoję w miejscu, więc powinienem więcej biegać. Na razie nie zanosi się, aby został sędzią.

To jak to jest z tym sędziowaniem. Trzeba doskonale znać przepisy, mieć to „czucie”…

… i jeszcze trzecie – ciężko pracować, bo koszykówka bardzo szybko się zmienia. Jak porównać pierwsze spotkania, które sędziowałem, to są zupełnie dwie różne dyscypliny sportu. Właściwie co pół roku się coś zmienia. Trenerzy mają nowe pomysły, FIBA również, a jeszcze dochodzi do tego Euroliga. Potem musimy to wdrożyć.

Drużyny szykujące się do spotkań są w tygodniu meczowym zasypywani przez trenerów różnymi formami skautingu. Oglądają urywki akcji, poznają zagrywki, słabe strony itp. Jak jest z sędziami? Właściwie to pytanie od jednego z koszykarzy naszej ekstraklasy.

Każdy ma swój indywidualny sposób. Jeśli o mnie chodzi, to zawsze oglądam poprzednie spotkania drużyn, którym będę sędziował. Przygotowuje również kilka klipów wideo dla moich partnerów, które są ciekawe i mogą nam pomóc rozstrzygnąć pewne sytuacje.

Co jest taką ciekawą sytuacją?

Np. mamy zawodnika, któremu zdarza się postawić często nielegalną zasłonę. Oczywiście zdarza mu się robić to poprawnie. I wspólna analiza tego, kiedy robi ruchomą zasłonę, a kiedy nie, sprawia, że podczas spotkania nie jesteśmy zaskoczeni. W NBA sędziowie przed wyjściem z szatni oglądają krótki film instruktażowy, gdzie mają pokazane sytuacje i właściwie decyzje. Polega to na odświeżeniu „bazy sytuacji w głowie” po to, aby wejść na mecz przygotowanym.

Czyli jedzie pan do Słupska na mecz, wie, że jest tam charakterystyczny Jerel Blassingame i wie, że on robi to, to i to. 

Akurat nie chcę mówić o nazwiskach, ale Blassingame to ciekawy przykład. To jest inteligenty gracz. Kiedy jestem na kursach dla młodych sędziów zawsze powtarzam: koszykówka to jest gra „oszustów”. Nauczono mnie tego wiele lat temu w Stanach Zjednoczonych. Obrońca oszukuje atakującego i na odwrót. Na tym polega cała gra. Dodatkowo oszukuje się sędziów.

I ten wspomniany Blassingame też gra na słabościach przepisów, słabościach przeciwników. My też musimy być na to gotowi, aby walczyć z jego inteligentnym cwaniactwem po to, aby grał przede wszystkim w koszykówkę. Tylko to nas interesuje. I tak jak wspomniałem: jadąc na mecz Energi Czarnych Słupsk tak – oglądam jak zachowuje się Blassingame. Tak samo jak przygotowuje się do każdego innego zawodnika.

Pan chwilę przed spotkaniem, za każdym razem wyciąga białą karteczkę i chyba coś czyta. Mógłby pan zdradzić co to jest?

To mój „przypominacz”. Mam wypisaną listę elementów warsztatu sędziowskiego, o których muszę pamiętać, poprawić, udoskonalić.

PLK. Asseco Prokom Gdynia vs Zastal Zielona Gora. 02.01.2011

„Przypominacz” Jakuba Zamojskiego. fot. Wojciech Figurski

Dużo jest „cwaniaków” w Tauron Basket Lidze?

Oczywiście.

Są lepsi niż ci w Eurolidze?

Nie da się tego porównać. W Eurolidze grają najlepsi, często o statusie gwiazdy i głównie tym próbują „oszukiwać”. Mogę powiedzieć, że jest kilku spryciarzy i naprawdę są w tym dobrzy.

A łapie się pan na tym, że podczas pomeczowej analizy mówi pan: a ty cwaniaczku, tu mnie oszukałeś…

Co mam powiedzieć? Zdarza się. (śmiech) Popełniamy błędy i nie ma co się na to obrażać. Mniejsze, większe, również takie, które raczej zwykły kibic nie zauważy. Natomiast są błędy, po których się nie śpi kilka nocy.

Poprosiłem zawodników TBL o wytłumaczenie zagadnienia co to znaczy, że akurat ten „Jan Kowalski” jest dobrym sędzią. 

Chętnie usłyszałbym odpowiedź.

Zaraz panu powiem, ale jestem ciekaw czy pan zgadnie.

(chwila zastanowienia) Nie chcę tego przekręcić, ale wydaje mi się, że to jest tak jak z lubianym rodzicem. Nie zawsze ten rodzic, który na wszystko pozwala jest najbardziej szanownym. Karność i dyscyplina jest bardzo ważna. Szanujemy rodziców również za to, czego nam nie pozwolili. Myślę, że z zawodnikami powinno być podobnie. Dobry sędzia to ten, który potrafi być konsekwentny po oby stronach boiska.

Zawodnicy odpowiadali głównie jednogłośnie: od sędziów oczekuję tylko jednego. Jeśli coś zrobiłem i tego nie rozumiem, to chcę aby mi wytłumaczył dlaczego tak zagwizdał. Tyle.

Czyli, że szanują współpracę, tak? Wynika z tego, że lubią rozumieć to, co my oceniamy. Mają rację, ponieważ decyzję na parkiecie muszą być zrozumiałe. Kibic nie musi, nawet trener, ale zawodnik tak. Tylko nie zawsze podczas meczu jest czas na tłumaczenie.

Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że kiedy Euroliga startowała w 2000 roku to jedną z pierwszych rzeczy, które mocno chcieli zbudować była bliska współpraca między działem sędziowskim a trenerami. I tak naprawdę trenerzy sugerowali co zrobić, aby np. przyspieszyć grę, albo nie było brutalnej gry. To szkoleniowcy chcieli żeby wszystkie trzymania pod koszem były gwizdane. Wydział sędziowski Euroligi wspólnie z FIBA tworzyli pod te sugestie przepisy i interpretacje, a następnie my musieliśmy się do tego stosować.

Pan tłumaczy swoje decyzje zawodnikom, którzy w pierwszej chwili biegną do pana i nawet machają rękami twierdząc, że popełnił pan błąd?

Tak, ale najpierw zawodnik musi się uspokoić. Mecz koszykówki to nie jest targowisko. Pierwsza rzecz jaką zawodnik powinien zrobić to opuścić ręce i przestać krzyczeć. Jeśli jest czas, to zawsze tłumaczę, ponieważ tak jak mówiłem wcześniej: nasze decyzję muszą być zrozumiałe. Nie tłumaczę każdej najprostszej sytuacje tylko takie, w których faktycznie zawodnik może nie rozumieć dlaczego podjęliśmy taką a nie inną decyzje.

Kiedyś jeden z trenerów ekstraklasy opowiedział mi taką sytuację, że musiał podejść do pana przed meczem i powiedzieć: Kuba to nie może być tak, że jak mój zawodnik X cię widzi, to jest przerażony.

Ciekawe, nie pamiętam tej sytuacji, ale nie chciałbym być taką osobą, której się zawodnicy boją. Wolałbym, aby szanowali moją pracę i wiedzieli, że jak przekroczą przepisy to zostanie im to odgwizdane.

Jednak ten przepis, który pozwala sędziom karać przewinieniem technicznym zawodników za ostentacyjne komentowanie decyzji sędziowskich jest dobry. Uczy kultury, a tego często brakuje na naszych parkietach. 

Z tym jest jeden problem. Zawodnicy są święcie przekonani, że my to odbieramy personalnie. Kiedyś był w Polsce taki zawodnik Kelvin Upshaw. Wsławił się tym, że gonił przeciwnika z nożyczkami po trybunach, ale nie o tym. Wyrzuciłem go kiedyś z meczu za jego zachowanie. Po meczu przypadkowo spotkaliśmy się w hotelu. Podszedł do mnie i powiedział, że to nie było nic personalnego, tylko on po prostu chciał wygrać mecz. Krótka rozmowa, a dała mi bardzo dużo w zrozumieniu zawodników. On chce wygrać – taka jest jego rola, za to mu płacą, a ja muszę pilnować żeby wszystko odbyło się fair i zgodnie z przepisami.

A czy zawodnicy próbują wpływać na was swoim nazwiskiem? Skoro nazywa się X to może więcej pokrzyczeć?

Myślę, że jak w życiu. Ilu celebrytów w momencie zatrzymania przez policję będzie chciało coś ugrać dla siebie. Nie jesteśmy policjantami, ale tak samo jest na boisku. Co ciekawe, często oczekują tego też kibice oraz trenerzy, aby pozwolić na więcej swoim gwiazdom.

SOPOT 12.05.2005 KOSZYKOWKA MEZCZYZN PLK FINAL PLAY OFF MECZ PROKOM TREFL SOPOT VS ANWIL WLOCLAWEK MEN BASKETBALL POLISH LEAGUE PLAYOFF FINAL GAME PROKOM TREFL SOPOT VS ANWIL WLOCLAWEK NZ trener andrej urlep coach , sedzia jakub zamojski referee FOT. WOJCIECH FIGURSKI/058sport.pl

SOPOT 12.05.2005 r.FOT. WOJCIECH FIGURSKI/058sport.pl

W mediach ostatnimi czasy jest głośno o piłkarskim arbitrze z Płocka, Szymonie Marciniaku, który trafił do najlepszej grupy piłkarskich sędziów i pojedzie pracować na Euro 2016 we Francji. W koszykówce nikt o tym nie informuje, bo polscy sędziowie na wielkich imprezach są właściwie zawsze. 

Mamy fajne tradycje sędziowskie. Było się od kogo uczyć i mam nadzieję, że będziemy to kontynuować.

Dlaczego jest tak mało sędziów koszykarskich w mediach? Piłkarscy coraz częściej zaczynają się udzielać – występują w programach telewizyjnych, udzielają wywiadów i federacja nie ma z tym problemu, ponieważ sędziowie też są członkami sportowego widowiska. A u nas? Ten wywiad jest pierwszy z sędzią odkąd pamiętam.

Były wieloletni szef sędziów FIBA Lubomir Kotleba zawsze powtarzał, że my jesteśmy „service provider” (dostawca usług). Tak samo jak ci chłopcy, którzy wycierają parkiet, tak samo my – mamy konkrente zadania. To nie nami opinia publiczna ma się interesować.

Szymon Marciniak kiedyś przyznał w wywiadzie, że najbardziej przereklamowanym piłkarzem jest Sebastian Mila. Nie do pomyślenia, aby teraz pan wskazał odpowiednika koszykarskiego. 

Nie ma szans. (śmiech) Piłka nożna jest bardziej medialna, więc pewnie dlatego. Nie staram się szukać wrogów.

Tylko każdy kibic piłkarski wie kim jest Pierluigi Collina. W koszykówce to chyba Luigi Lamonica uzyskał taki podobny status gwiazdy, chociaż mocno wykreował go Wojciech Michałowicz, komentator Canal+.

Myślę, że Lamonica jest uznawany za gwiazdę. Z tego co kojarzę były z nim przeprowadzane wywiady, media się nim interesowały. To bardzo dobry sędzia.

Lamonica to chyba miał problem z „jedynką” na plecach. 

(śmiech) Tak się akurat trafiło. To nie jest żaden ranking. Akurat jemu ta „jedynka” bardzo pasowała. Jest to wielki sędzia i należy mu się szacunek. Co do Pierluigi Colliny… Chyba była taka potrzeba, aby sędzia piłkarski został wypromowany. Akurat miałem okazję go poznać na jednym z jego wykładów.

Czyli sędzia koszykarski może się uczyć od piłkarskiego?

Mieliśmy w Eurolidze co najmniej dwa wykłady wybitnych sędziów piłkarskich. Jednego aktywnego z Serbii i akurat Pierulugi Colliny chwilę po zakończeniu jego kariery. Mamy inne przepisy, ale technika podejmowania decyzji, zarządzenie grą są bardzo podobne.

W piłce nożnej sędziuje się właściwie jako drużyna. Arbitrzy tworzą stałe trójki. Dlaczego w koszykówce nie może być podobnie?

Były takie próby w przeszłości, ale widocznie nie przyjął się ten pomysł. Dlaczego? Naprawdę nie wiem. W tym sezonie miałem taką sytuację, że sędziowałem mecz z dwójką arbitrów, z którymi pracowałem również w następnej kolejce. Nie ma to większego dla nas znaczenia, zawsze staramy się zbudować dobry team. W koszykówce każdy sędzia ma taką samą rolę. W piłce nożnej role są różne i może dlatego łatwiej jest im sędziować w stałych trójkach.

To ostatni raz zaczerpnięcie z piłki nożnej. Jest pan zwolennikiem, aby wprowadzić system łączności między sędziami tak jest w futbolu, prawda?

Uważam, że to może pomóc. Testowaliśmy sprzęt podczas campów dla sędziów oraz spotkań towarzyskich. We Francji sędziowie już na każdym meczu są wyposażeni w taki sprzęt. FIBA mocno o tym myśli. Zaleta tego sytemu jest prosta. Nie zawsze komunikacja gestami jest skuteczna. To na pewno nie zaszkodzi i jestem pewien, że to kwestia czasu.

Obserwując poczynania polskich sędziów w Eurolidze to wydaje się, że jesteśmy mocną grupą. Aktualnie spotkania koszykarskiej Ligi Mistrzów sędziuje ilu polskich arbitrów?

Obecnie jest nas pięciu: Marek Ćmikiewicz, Marcin Kowalski, Tomasz Trawicki, Piotr Pastusiak i moja osoba. Biorąc pod uwagę, że w Eurolidze mamy tylko jeden polski klub, to śmiało możemy powiedzieć, że jesteśmy silną grupą sędziów.

Praca sędziego dla Euroligi wiąże się z ciekawymi wątkami. Grzegorz Ziemblicki powiedział mi, że każdy sędzia musi zabrać na pokład samolotu strój sędziowski. 

To jest nawet w regulaminie, czyli nasz obowiązek. Wiadomo, że na lotniskach dzieją się cuda, szczególnie z bagażami. Akurat jest to bardzo rozsądne, bo byłoby kiepsko, aby sędzia doleciał na mecz bez sprzętu. Kiedyś miałem taką sytuację, że bagaż podręczny zabrano mi do luku bagażowego w kolejce do samolotu i zaginął. Doleciał na trzy godziny przed meczem. Było to mocno stresujące, ale to część naszego życia.

Takie życie, że w jednym tygodniu międzynarodowy sędzia potrafi być w czterech krajach. 

Zdarzają się tygodnie, że sędziuje w środku tygodnia w Eurocupie i Eurolidze, następnie jest powrót do kraju na rozgrywki Tauron Basket Lidze albo wylot na rozgrywki VTB.

Jak tu nie zwariować?

Ważna jest dyscyplina własna. Wiem, że wszyscy mówią o sędziach, że oni tylko sobie podróżują. To nie jest tak. Do każdego meczu trzeba się przygotować – oglądanie spotkań, utrzymywanie kondycji oraz sen. Nikogo w Astanie podczas meczu w VTB nie będzie interesować, że lecąc miałem dwie przesiadki, a wcześniej mecz w Polsce. Każdy wymaga od nas jak najlepszych decyzji.

Z jakim wyprzedzeniem czasu wie pan, które spotkania będziecie sędziować?

W Eurolidze wiemy dwa-trzy tygodnie wcześniej. Podobnie jest w Tauron Basket Lidze. Wiadomo, że cały plan podróży trzeba odpowiednio wcześniej zaplanować, a to nie jest takie proste. Pod koniec roku 2015 w Eurolidze dostaliśmy nominację w piątek, a w następnym tygodniu mieliśmy spotkania. W tym czasie trzeba kupić bilet, który musi zostać zatwierdzony.

Czyli nie można latać biznes klasą?

Już nie. (śmiech) Kiedy zaczynałem sędziować Euroligę jeszcze latało się biznes klasą. Teraz już nawet nikt z nas nie pyta, czy można.

To pytanie od kibiców w tym temacie: czy polecacie tanie linie lotniczne?

Staram się unikać ze względu na to, że lot może zostać odwołany bez podania przyczyny. Nie ma reguły.

To prawda, że co jakiś czas musicie zdawać testy z wiedzy o przepisach?

Euroliga i PLK parę razy w miesiącu obliguje nas do zdania pisemnych testów w wersji online. Oprócz tego są tzw. wideo testy, czyli przesyłają nam sytuacje meczowe, do których w ciągu trzech-czterech dni musimy przesłać swoje decyzje, opinie. Jesteśmy także cały czas monitorowani – co robimy źle, a co dobrze.

Zdaje się, że jeszcze musicie ocenić sami swój mecz.

W Eurolidze „do niedzieli” po meczu musimy wysłać tzw. „self evalution”, czyli ocenę swojej pracy.

Czyli życie sędziego oprócz samych spotkań to…

… wiele godzin spędzonych przed komputerem. Na szczęście mamy już wideo na komputerze, a nie na kasetach. Były takie czasy, że czekało się po dwa tygodnie na zapis swojego spotkania. Mam taki karton w domu, gdzie gromadzę wszystkie mecze.

A jak wygląda kwestia utrzymywania kondycji?

Często podróżujemy, więc nie jest to wcale takie proste. Kiedy tylko mogę staram się biegać, czy uczęszczać na siłownię.

Trenuje pan według planu, czy sam?

FIBA proponuje sędziom przed dużymi imprezami specjalne programy przygotowania. W federacji jest także osoba, która doradza nam jak się przygotować. Wiem, że są sędziowie, którzy korzystają z personalnych trenerów, a niektórzy sami.

Pamiętam latem podczas zgrupowania kadry w Wałbrzychu. Reprezentacja Polski schodzi na śniadanie wczesnym rankiem, a do hotelowego lobby wbiega Jakub Zamojski po porannym bieganiu. 

To był okres przygotowania się do EuroBasketu 2015, więc wykonywałem narzucony program. Zresztą latem zawsze staram się więcej trenować, aby być przygotowanym lepiej na cały sezon.

W jednym sezonie ile potrafi pan poprowadzić spotkań?

Dla nas sezon zaczyna się właściwie w sierpniu, a kończy w czerwcu. W moim przypadku nie ma reguły, ale jest to od 80 do nawet 100 spotkań w tym okresie.

Podobno kluczową sprawą jest też odżywianie w dniu meczu.

Przyjęło się, że cztery-pięć godzin przed meczem trzeba zjeść lekki posiłek. Na pewno nie można eksperymentować. Znam taki przypadek, że sędzia wylądował w szpitalu przed meczem, bo zjadł za dużo małż i się zatruł.

Nominacja na dużą imprezę typu EuroBasket, czy mistrzostwa świata to najfajniejsza rzecz w tym zawodzie?

Nie ma co się oszukiwać, że tak jest.

To, które imprezy ma pan na koncie?

EuroBasket żeński 2003, EuroBasket męski 2009, mistrzostwa świata mężczyzn 2010, mistrzostwa świata 2014 kobiet i ostatni EuroBasket 2015. Udało się także sędziować na Final Four 2009 w Berlinie.

W tym roku sędziował pan szlagier w Eurolidze, czyli Real Madryt kontra Fenebrahce Stambuł. Nie uwierzę panu, jeśli po ogłoszeniu nominacji podszedł pan do tego na chłodno i nawet się nie ucieszył. 

Nie podskakuje z radości, natomiast ciesze się bo to oznacza, że zostałem doceniony, czyli moi szefowie mają do mnie zaufanie. Aczkolwiek od razu włącza się lampka, że trzeba się do tego spotkania dobrze przygotować.

zamojpasqual

Zdaje się, że sędziował pan także wiele razy za oceanem.

To akurat zawsze była moja inicjatywa. Nawet kiedy nie byłem sędzią międzynarodowym to jeździłem do USA żeby się szkolić na różnego rodzaju campach. Udało mi się nawiązać kontakt z NBA. Jest to na pewno świetna lekcja. Mówi się w Europie, że nie mają najlepszych sędziów, ale z pewnością mają najlepiej „wytrenowanych”.

Co to znaczy?

Sposób w jaki pracują z sędziami. Są w pełnym treningu fizycznym, teoretycznym, mentalnym. Są bardzo skrupulatnie oceniani na każdym meczu, za każdą decyzję. W NBA jest inna specyfika, ponieważ mają 54 sędziów i jak na przykład zmieniają przepis to załatwiają to jednym e-mailem.

Styl sędziowania się różni?

To ciekawy temat, na który często odpowiadamy. Kiedy jechałem pierwszy raz sędziować ligę letnią NBA to długo się przygotowywałem. Oglądałem wiele spotkań i stwierdziłem, że coś jest nie tak, bo oni nic tam nie gwiżdżą. To był jeden z moich pierwszych wniosków. Z kolei w trakcie pierwszego spotkania, które gwizdałem w lidze letniej NBA, po pierwszej kwarcie przyszedł szef sędziów i zapytał czemu w Europie nic nie gwiżdżemy. Wtedy zrozumiałem, że za oceanem jest większa dyscyplina i konsekwencja na boisku. Oni gwiżdżą bardzo konsekwentnie, dlatego tych gwizdków wychodzi mniej – zawodnicy wiedza kiedy gwizdek się rozlegnie, więc unikają tych sytuacji.

Europejski sędzia w NBA to możliwe?

Carl Jungenbrand był pierwszym sędzią z Europy, który otrzymał taką propozycję. Nie jestem pewien, ale chyba wydarzyło się to w trakcie lockoutu i ostatecznie nie mamy pierwszego Europejczyka na parkietach NBA z gwizdkiem. W dzisiejszych czasach największym problemem jest to, że aby dostać się do NBA trzeba być przez pięć lat w Stanach Zjednoczonych i uczestniczyć w ich systemie szkoleniowym, zanim podpisze się kontrakt. Inna sprawa, że w USA to po prostu bardzo dobry zawód, a takie są tam szczególnie chronione.

Moda koszykarska obowiązuje od wielu lat. Koszykarze prześcigają się w nowinkach odzieżowych, czy może przede wszystkim w zakresie butów. Jak jest wśród sędziów?

Też buty, ale nie możemy sobie pozwolić na kolory, według własnych preferencji. Obowiązuje nas czarny kolor. Jednak to jest taki „konik” wśród sędziów, w których butach lepiej się biega. Często uzależnione jest to od indywidualnych schorzeń. (śmiech)

SOPOT 27.10.2013 EKSTRAKLASA KOSZYKOWKA MEZCZYZN PLK MECZ TREFL SOPOT VS AZS KOSZALIN MEN BASKETBALL POLISH LEAGUE GAME TREFL SOPOT VS AZS KOSZALIN NZ sedzia jakub zamojski buty shoes , sklepkoszykarza.pl FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

fot. Wojciech Figurski

A jak jest z gwizdkami? Z tego co wiem dominują dwie marki – Dolphiny i Foxy. 

W Eurolidze musimy sędziować Foxem, bo to nasz sponsor.

Naprawdę jest „deal” na gwizdki?! Ciekawe.

Tak, tak. Co do gwizdków to jeden model robi furorę. Jest produkowany przez Moltena i jest drogi, ale naprawdę dobry.

Z ciekawości, jaki to koszt?

Od 55 do 70 euro, więc na pewno taniej, niż buty koszykarskie. Dobry gwizdek to podstawa, bo te słabsze po prostu często gorzej słychać.

Przed meczem sędziów obowiązuje strój galowy. Sędziowie są modnisiami?

A tu przodują Włosi. (śmiech) Wszyscy staramy się wyglądać elegancko, ale po ubiorze bardziej można poznać kto jest skąd.

Pytanie od kibiców: jak wygląda atmosfera w szatni sędziów przed meczem? Muzyka? Koncentracja?

Indywidualnie każdy przygotowuje się według swoich procedur. Czasem zdarza się, że w szatni mamy nagłośnienie z hali i trzeba szukać jak to wyłączyć. W dawnych czasach zdarzało się, że sędziowie wychodzili w przerwie na papierosa, czy nawet palili w pomieszczeniu. Teraz jest jednak zakaz. Sędzia nie może zapalić od wyjścia z hotelu do powrotu. Tak samo jest z telefonami komórkowymi.

W pana przypadku zawsze zastanawiam się, jak to możliwe, że prowadzi pan mecz i jest jednocześnie dostępny na Facebooku.

(śmiech) Ale chyba nie odpisuje?

Po tylu sezonach pracy, pewnie mógłby pan napisać książkę, jeśli chodzi o anegdotki, prawda?

Śmiesznych sytuacji nigdy nie brakuje. Ostatnio uratowałem kolegę, który chciał wyjeżdżać na mecz przełożony o miesiąc. Długo mi dziękował… 🙂

Na styk zdarzyło się przyjechać na halę?

Wiele lat temu na ligę żeńską do Gorzowa Wlkp. Przyjechałem na halę dokładnie 10 minut przed spotkaniem. Wracałem z Berlina, skąd zapomniałem paszportu, a to były czasy jeszcze kontroli na granicach. Cofnąć się nie mogłem, bo stałem w kolejce. Jakimś cudem paszport został dowieziony, a ja pędem udałem się do Gorzowa Wlkp. Zdążyłem, ale nikomu nie polecam takiego stresu.

Po tylu latach występuje jeszcze u pana stres?

Tak, ale taki pozytywny. To nie jest trema, czy strach, ale to napięcie mnie przynajmniej mobilizuje.

Kibice są ciekawi, jak sędziowie radzą sobie z siłą trybun. Wiem, że sztandarową odpowiedzią wszystkich arbitrów jest to, że nie słuchają wyzwisk, ale nie wierzę w to. 

A co mówią ci ludzie stolik obok?

Nie wiem, nie słucham.

Ale gdyby pan chciał, to nie byłoby problemu. My naprawdę potrafimy się wyłączyć i tego nie słyszeć. Zresztą wolę tego nie wiedzieć. (śmiech)

Nie wiem, czy jeszcze trwają mistrzostwa Polski sędziów w koszykówce, ale słyszałem, że często dochodzi do spornych sytuacji. 

Powiedzmy, że nigdy nie brakowało emocji i argumentów. (śmiech) Bardzo lubiłem te imprezy, bo to dla sędziów była fajna okazja, aby zagrać przeciwko sobie, czy z międzynarodowym sędzią, jak dla mnie np. z Wiesławem Zychem.

I na koniec ostatnie pytanie od kibiców: co sędziowie mówią podczas time-outów?

Jak to o czym? Rozmawiamy o cheerleaderkach i opowiadamy sobie dowcipy. (śmiech) A tak na poważnie, to tak jak trener wykorzystuje czas na poprawę błędów i zaplanowanie kolejnych akcji to my robimy to samo.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

5 komentarzy