Rzuci trójkę, zaprojektuje kuchnię, a w przyszłości otworzy warzywniak, czyli prawdziwy świat Waczyńskiego

Data:

Na EuroBaskecie 2015 we Francji był najlepszym polskim strzelcem. Nie było innego zawodnika, który zrobił większą furorę. Od ponad roku przebija się do wielkiego koszykarskiego świata, mimo że wyjazd do ligi ACB miał być tylko spełnieniem marzeń. Poznajcie Adama Waczyńskiego z prawdziwej, bardziej prywatnej strony. Trudno w jednym zdaniu napisać o czym jest ten wywiad. Będzie o ogrodzie, warzywniaku, zamiłowaniu do jednego koloru, a także o koszykówce, bo to przecież nie „Dzialkowiec.co”, tylko portal koszykarski.

To świat Adama Waczyńskiego. Prawdziwy świat.

Paweł Łakomski: Ile jest prawdy w tym, że gdybyś nie był koszykarzem to zostałbyś architektem?

Adam Waczyński: (śmiech) Trudno powiedzieć, nigdy nie byłem dobry w rysowaniu.

No, jak? Słyszałem, że rysunki techniczne masz opanowane do perfekcji. 

Techniczne tak, ale żeby narysować drzewo, psa, czy cokolwiek innego to nie.

Adam dostaje od nas białą kartkę A4 i długopis. 

Nie, tak na szybko to nie narysuję! Głównie robię to w programie na komputerze. Powiem tak, jeśli chodzi o rysunki techniczne to śmiało mogę powiedzieć, że znam się na tym. Lubię być dokładny i chcę żeby to, co rysuję było czytelne. Może nie do końca znam wszystkie znaczki, bo nie kształciłem się w tym kierunku, ale od czego jest w końcu internet? (śmiech)

Czyli jak budowaliście dom to byłeś projektantem w pełni tego słowa znaczeniu?

Tak, zaprojektowałem naszą łazienkę i kuchnię – oczywiście z pomocą małżonki, która bardzo wiele rzeczy zrobiła w naszym domu. To nasza oaza, chcieliśmy zrobić wszystko sami, by czuć się tam najlepiej. To daje ogromną satysfakcje. Mieliśmy trochę doświadczenia, bo grając w Trójmieście przeprowadzaliśmy się kilka razy. Jest cała historia z miejscami, w których mieszkaliśmy… Mieliśmy małe mieszkanko 51 m2, po jakimś czasie było za małe więc przeprowadziliśmy się do większego. Po kilku miesiącach okazało się, że za naszą ścianą, bez zgody wspólnoty, powstanie przedszkole i znowu szukaliśmy czegoś nowego. Stwierdziliśmy, że jednak co dom, to dom. Nasza własność, nasza oaza.

rysunek

Projekt Adama wykonany na potrzeby rodzinne. Kliknij aby powiększyć.

To prawda, że kiedy wcześniej mieszkaliście w bloku kupiłeś dużą kosiarkę? 

Tak, bo wiedziałem, że prędzej czy później i tak kupimy dom, to było nasze marzenie. Nie wiedzieliśmy tylko, że przez te wszystkie przygody stanie się to tak szybko.

Zanim kupiłeś dom zainwestowałeś w kosiarkę. Ciekawe. 

Spalinową na 80 m2 ogródka (śmiech). Natalia mówiła, że po co taka, skoro na taki ogródek wystarczy tylko elektryczna. Uparłem się, bo w życiu myślę parę kroków do przodu. W tym przypadku dotyczyło koszenia trawy (śmiech). Szalony pomysł, ale dziś jest niezastąpiona, kiedy wracamy do Polski.

Skoro macie już dom, to jest też ogród. I dla ciebie to nie jest tylko leżak, trawa i „trzy” kwiatki. 

Oj, nie. Lubię ogród. Może się zdziwisz, ale miałem dużo marzeń z tym związanych. Nie wszystkie udało się spełnić, ale małymi krokami… Nie chochlą a łyżeczką (śmiech). Mamy w ogródku trampolinę dla dzieci, basen, tuje dookoła ogródka, piękne kwiaty. Ale jeszcze sporo przed nami. I dobrze, bo nigdy to nam się nie znudzi.

Chcesz mi powiedzieć, że wracasz po sezonie do Polski, masz chwilę wolnego i sadzisz kwiatki?

To nie jest tak, że to tylko moja robota. Robimy to wspólnie z żoną i z naszą córeczką Julią, która ma 4 lata i chce się angażować. Bardzo pomagała też rodzina. Naprawdę nas to kręci. Zawsze chcieliśmy mieć dom. Było to nasze marzenie. Koszykówka pozwoliła to przyspieszyć. Dla nas dom i ogród są królestwem. Natalia zajmuje się kwiatami, a ja naszym warzywniakiem.

Czym? 

Warzywniakiem.

Adam Waczyński ma swój warzywniak?!

(śmiech) Tak wyszło. W ogrodzie mamy swój mały warzywniaczek, gdzie uprawiamy różne rzeczy.

Co najlepiej smakuje z warzywniaka „U Wacy”?

Rzodkiewki są kozackie! Sałata, szczypior, naprawdę nie ma porównania z tym, co jest w marketach.

Jakieś truskawki, coś?

Mamy poziomeczki! Jest ich tyle, że zajmują połowę warzywniaka, a jest on całkiem spory. Latem co dwa, trzy dni Julka chodzi sobie z miseczką, zrywa i później zjada. I to jest czad! Z kolei w domu w Santiago mamy drzewo cytrynowe. Także nie wypadamy z formy.

Czyli po karierze…

… „Poziomki u Adama”. (śmiech)

Jest jakaś geneza twojej miłości do ogrodu?

Moja babcia miała ogródek działkowy. Nie przy domu, tylko pewnie jak większość rodzin poza miastem. Zawsze to była dla mnie frajda, kiedy mogłem wsiąść na rower i pojechać na działkę. Babcia uprawiała dużo owoców – jabłka, śliwki, porzeczki, agrest i przede wszystkim truskawki.

O właśnie! W tym roku posadziliśmy więcej owoców, agrest i porzeczki . Jak wrócimy to będzie można się zajadać.

Królestwo rodziny Waczyńskich - OGRÓD

Królestwo rodziny Waczyńskich – OGRÓD

Świeża rzodkiewka z warzywniaka "Wacy"

Świeża rzodkiewka z warzywniaka „Wacy”

Twoją miłością jest ogród, a słabością czekolada, tak?

Lubię i nie ma znaczenia w jakiej postaci. Lokowanie produktu? Milka każdego rodzaju! Uwielbiam i śmiało mogę powiedzieć, że to moja słabość.

I próbujesz z tym walczyć. 

Kiedyś pytałeś się o przedmeczowe rytuały. Jednym z nich jest odstawienie wszystkiego, co słodkie dwa dni przed meczem. Nie jem słodyczy, nie piję gazowanego, nie słodzę herbaty. Oczywiście pozwalam sobie, bo życie sportowca nie wiąże się z ciągłymi zakazami. Jednak dwa dni przed spotkaniem robię detoksykację organizmu. Robię tak od początku tego sezonu i nie wychodzę na tym źle.

Również nie zmieniłem preferencji co do potrawy w dniu meczu, kiedy gramy u siebie. Żona za każdym razem przygotowuje spaghetti z prawdziwych pomidorów, które notabene w Hiszpanii są lepsze, niż w Polsce. To moja tzw. meczówka!

O co chodzi z zamiłowaniem do fioletowego koloru z żoną Natalią?

(śmiech) Dobre, dobre – przygotowałeś się! Tak naprawdę zaczęło się od słowa „fioletochy”, którym rozbrajała nas Nastusia Białek, kochana dziewczynka, którą poznaliśmy grając w Poznaniu. Zaczęliśmy bardziej zwracać uwagę na ten kolor. Podoba nam się. Każdy ma jakiś swój ulubiony. My mamy fioletochy (śmiech). Zawsze gdzieś ten „fioletochy” z nami był, więc tak się przyjęło.

Kiedy był o tobie materiał w Dzień Dobry TVN i były przebitki z waszego domu w Gdyni, to z tego co pamiętam fiolet w środku dominował. 

Dom jest biały z fioletowymi dodatkami. Są szarości, róż, mięta, ale fiolet oprócz bieli dominuje. Nie wiem tak naprawdę czemu fioletowy. Po prostu nam się podoba. Lubimy się z Natalią ubierać właśnie w tych kolorach razem z dziećmi. Wiesz jak to fajnie wygląda? Od razu jak wchodzimy gdziekolwiek np. do restauracji to widać, że jesteśmy rodziną. (śmiech)

Ekskluzywne rzeczy podobno cię nie kręcą. 

Nie bardzo.

Sportowego samochodu nie masz, tylko duży rodzinny.

Akurat tutaj w Hiszpanii to co chwilę zmieniam auta. Nie wiem czemu, ale co wezmę nowy samochód, to po jakimś czasie okazuje się, że dealer, z którym klub ma umowę, szybko go sprzedaje. W zeszłym sezonie łącznie mieliśmy dziewięć aut! Teraz, mimo że dopiero początek sezonu, już trzy razy wymieniali.

Wracając do twojego pytania. To fakt, nie kręcą mnie takie rzeczy. Auto służy do przejechania z punktu A do B i zapakowania dzieciaków. W Polsce mamy jeden samochód rodzinny, który też wcale nie jest nie wiadomo jaki. Są priorytety. Mamy wymarzony dom, może kiedyś będę mógł sobie pozwolić na wymarzone auto. Ale będzie też rodzinne, a nie sportowe, to na pewno. (śmiech)

Z którym też mieliście niemiłe przygody…

No tak, w wakacje na autostradzie pękła opona. Byłem wówczas już na zgrupowaniu kadry Polski i kiedy otrzymałem zdjęcia to trochę się przeraziłem. Moja głupota, co tu dużo mówić.

Jak to?

Powinienem takie rzeczy sprawdzać jak stan opon. Nic się całe szczęście nie stało, ale wiadomo – mądry Polak po szkodzie. Teraz już wiem, że trzeba takie rzeczy regularnie sprawdzać.

To prawda, że uważany jesteś za dziwaka przez kolegów, bo między treningami nie potrzebujesz snu?

Nigdy nie miałem takiej potrzeby. Zawsze mój dzień był tak poukładany, że nie było czasu na sen. Będąc w juniorach w Trójmieście, dzień był tak wypełniony różnymi aktywnościami, że po prostu nie było czasu. I do tego się przyzwyczaiłem. Nawet jak grałem w Wałbrzychu i mieszkałem sam to nie spałem. Nigdy nie było nawet czasu. Jak go miałem, jeździłem do Jeleniej Góry, gdzie grała Natalia. Średnio i tak raz w tygodniu.

Raz? Przecież to blisko (60 km przyp.red.).

Przy dwóch treningach dziennie, meczach w weekend, które się często nie pokrywały, tylko taka była możliwość. Dlatego ten rok nam pokazał, że ciężko jest żyć osobno. Jak nie było czasu jechać z Wałbrzycha do Jeleniej Góry to zawsze pozostawały pojedynki w FIFA10 na XBOXA! (śmiech)

A kiedy odchodziłeś z Prokomu Trefla Sopot do Górnika Wałbrzych nie miałeś obaw, że wypadniesz z gry?

Górnik grał wówczas w ekstraklasie, a ja potrzebowałem minut. Sugerowałem się drogą Krzysztofa Szubargi, czy Łukasza Koszarka. „Koszar” z biednej Polonii Warszawa, a „Szubi” z Noteci Inowrocław osiągnęli poziom reprezentacyjny. W czołowych klubach jest za duża presja związana z wynikiem, dlatego boją się wpuszczać na parkiet młodych koszykarzy.

To, że masz dużo czasu w ciągu dnia sprawia, że, jak to mówi Robert Skibniewski, robisz najlepsze instagramowe kolaże? „Skiba” twierdzi, że jesteś w tym mistrzem. 

(śmiech) Lubię bawić się w takie rzeczy. Nie wiem, czy one są dobre. Podobają ci się?

Nie wiem, nie znam się. Lajka zawsze daję. (śmiech)

To najważniejsze. Jak są lajki to jest wszystko! Nie mam na tyle czasu, aby siedzieć przy jednym zdjęciu parę godzin. Nie dodaję efektu chmur, czy czegoś innego. Taką moją internetową tradycją w Hiszpanii są zdjęcia hal przeciwnika, na których gramy. Rok temu zrobiłem na koniec sezonu właśnie kolaż ze wszystkich szesnastu obiektów.

Kolejna, tym razem graficzna praca Adama Waczyńskiego

Kolejna, tym razem graficzna praca Adama Waczyńskiego

Pewien twój kolega z reprezentacji doniósł mi, że przed powrotem do Hiszpanii chciałeś zrzucić parę kilo.

Co? Który? (śmiech) Nie wiem, kiedy pierwszy raz jechałem do Santiago de Compostela to ważyłem 93-94 kg, a teraz mam 98 kg. Może faktycznie tak mówiłem?

Bo za siłownią chyba nie przepadasz, prawda?

Kiedyś nie lubiłem, bo nie potrafiłem tam ćwiczyć. Pamiętam jak przyjechałem do Sopotu to na pierwszych treningach siłowych było mi wstyd. Wszyscy zaprawieni w bojach, podnoszą ciężary, a ja ani techniki, ani nic. Z czasem to się zmieniło bo trafiłem pod czujne oko Aleksandrasa Kosauskasa, który w przeszłości zajmował się wieloma znakomitymi zawodnikami z Litwy. Teraz już wiem, że bez siłowni mój rzut praktycznie by nie istniał.

Rzut?

No tak. Aby oddać rzut to najpierw muszę się przepchać na zasłonach, a następnie mieć odpowiednią siłę w nogach, aby rzut był dynamiczny.

Twoim zdaniem należysz do grona zawodników, o którym można powiedzieć, że ma szybki rzut?

Na pewno nie jest wolny. Pracuję nad tym cały czas, aby dojść do perfekcji. Nie zbieram się tak szybko jak Ray Allen, ale najwolniejszy nie jestem. Czasami jak oglądam powtórki z EuroBasketu, kiedy przeciwko Francji oddałem naprawdę kilka szybkich rzutów, to aż sam nie mogę uwierzyć, że to wpadło.

Żona Natalia była obecna w Montpellier, więc to jest tajemnica nieprawdopodobnych zagrań „Wacy”?

Dała mi bardzo dużo siły na EuroBaskecie. Była tylko na trzech meczach, ale czułem jej obecność  cały czas.

W Lille Natalii nie było…

… dobra nie przypominaj! Jeśli chodzi o Natalię to zawsze wyczekuję kiedy wejdzie na halę. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale potrzebuje tego. Łapiemy kontakt wzrokowy, wiem że jest już na hali, więc głowa czysta i można grać.

Mateusz Ponitka ostatnio na łamach OFENS! przyznał (KLIK), że dużo rozmawia o koszykówce ze swoją dziewczyną, choć ona nigdy zawodowo nie grała w basket. Z kolei Natalia tak i to na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozmawiacie merytorycznie o twoich występach?

Tak i to ja pierwszy zadaję pytania. Chcę usłyszeć jej opinię na temat mojego występu. Nie oszukujmy się co cztery oczy, to nie… para oczu… Co dwie pary oczu, to nie…

(Ogólny śmiech)

Co dwie głowy to nie jedna, chciałem powiedzieć. (śmiech)

Natalia często zwraca uwagę na różne rzeczy. Uważam, że takie rozmowy pomagają, bo później oglądam powtórki i widzę, że zapamiętałem uwagi żony i już nie robię tamtego błędu.

Pochodzisz z Torunia, ale koszykarsko ukształtowałeś się w Prokomie Treflu Sopot. Z tym, że mało kto wie, że wcześniej grałeś w Czarnych Słupsk. 

A, to też jest dobra historia.

Byłem wtedy w klubie WAX Toruń utworzonym specjalnie dla mojego brata i dla mnie przez naszego ojca. Pojechaliśmy kiedyś z dwa lata starszym rocznikiem na turniej do Tczewa. W półfinale wygraliśmy z Czarnymi i spodobałem się trenerowi Robertowi Jakubiakowi, który akurat w Słupsku tworzył wówczas silną drużynę z mojego rocznika. Dostaliśmy zaproszenie na treningi i tak zaczęliśmy jeździć. Nie było jeszcze autostrad, więc trzy i pół godziny spędzałem z tatą w samochodzie, aby pojechać na trening.

Czyli nie mieszkałeś w Słupsku?

Nie, to była ostatnia klasa gimnazjum, więc nie chciałem zmieniać szkoły. Moja przygoda z Czarnymi Słupsk była krótka. Tylko z nimi trenowałem i jeździłem na turnieje. Żadnego oficjalnego meczu nie rozegrałem. Kiedyś graliśmy na turnieju w Trójmieście. W finale rzuciłem, wchodząc z ławki 40 punktów i od tamtej pory klub z Sopotu zaczął się mną interesować. Z Czarnymi nie byłem związany żadną umową, więc odszedłem. Wiem, że parę osób ma mi to za złe, ale kto się zna na koszykówce i byłby na moim miejscu, zrobiłby to samo.

Przejdźmy do Hiszpanii. 13, 13, 30, 14, 17 – wiesz co to za liczby?

Moje punkty w poszczególnych spotkaniach do tej pory, tak? (rozmowa została przeprowadzona przed ostatnim meczem z FC Barcelona przyp.red.)

Nie przesadzasz?

Chyba nie. (śmiech) Przy tym systemie gry jest to całkiem normalne. Nawet nie chodzi o moje umiejętności, ani tym bardziej fakt, że jestem po jednym sezonie w ACB nie wiadomo kim. Po prostu system naszego trenera opiera się na „dwójkach”. Bez nich ta taktyka nie wypali. Nic tylko grać, rzucać i wygrywać.

W poprzednim sezonie jednym z najlepszych graczy Rio Natura Monbus Obradoiro był Alberto Corbarcho. Hiszpan, doświadczony gracz (31 lat przyp.red) latem odszedł do euroligowego klubu – Labroal Kutxa Vitoria. Wiesz do czego zmierzam?

Nie.

Jesteś młodszy, rzucasz więcej punktów, kontrakt się kończy z Obradoiro… 

Dobrze kombinujesz. (śmiech) Oby inne kluby myślały podobnie to lato może być bardzo ciekawe. Muszę ten dobry poziom z pierwszych spotkań utrzymać i w przyszłości powinno być kolorowo.

Ostatni sezon w Santiago de Compostela?

Nie będę ściemniał, że moje marzenia sięgają znacznie wyżej. Jestem w Santiago prawie półtora roku i jest to wspaniały czas. Sportowo chciałem zrobić krok naprzód i zrobiłem. To miejsce zawsze będzie wyjątkowe dla mojej rodziny. Tutaj urodził się mój syn Aleks, moja córka poszła pierwszy raz do szkoły, zostanie na pewno wiele znakomitych wspomnień z Santiago.

W Polsce zawsze byłeś uważany za ogromny koszykarski talent. Niemniej jednak po ostatnich dwóch sezonach w Treflu Sopot przestałeś być postrzegany jako zawodnik, który może zrobić karierę zagranicą. Zgodzisz się?

Tak, bo tak naprawdę zawsze tak było. Nie da się ukryć, że koszykówka u mnie wzięła się już w genach. Od zawsze wiedziałem, że chcę być koszykarzem. A że we mnie nie wierzyli? Cóż, nie przekonam wszystkich. Ważne, że sam mam cel w życiu i konsekwentnie staram się go realizować.

Wyjazd do Hiszpanii miał być spełnieniem twoich marzeń o grze zagranicą. Chciałeś się sprawdzić, czy sportowo dasz radę, a tu się okazuje, że poważne rzeczy mogą z tego wyjść. 

Tak, chciałem się sprawdzić. Wiem, że to był idealny moment na wyjazd. Rok później to byłby strzał w kolano. Faktycznie to było moje wielkie marzenie – grać zagranicą. Szczerze? Już w zeszłym sezonie byłem zdziwiony, że jako żółtodziób w ACB byłem w dziesiątce najlepszych strzelców. Umówmy się, że nikt mnie nie znał, bo polskiej ligi w Hiszpanii nikt nie śledzi. Nie byłem też do końca poważnie traktowany, ale z każdym meczem to się zmieniało i… zmienia.

To co się stało, że Adam Waczyński odpalił?

Bardzo pomaga mi obecność rodziny na miejscu. Jestem pewien, że gdyby Natalia z dziećmi została w Polsce, to po roku wróciłbym do kraju. Rodzina dodaje mi skrzydeł. Oni są ze mną zawsze niezależnie od formy, wygranych czy przegranych meczach. Są ze mną przy sukcesach i porażkach. Ostatnio moja córka powiedziała mi jakie jest jej marzenie: „Aby Tatuś grał dobrze w kosza”. Muszę je spełniać. Codziennie!

Inna sprawa, że zawsze jest miło się do kogoś odezwać w swoim języku. Lepsze to niż rozmowa ze ścianą.

A sportowo?

Zaczynałem w Hiszpanii z czystą kartą. Nikogo nie obchodziło, że w PLK się wyróżniałem, a latem w eliminacjach do EuroBasketu grałem w reprezentacji Polski. Nie byłem traktowany jako wyróżniający się Polak, tylko jako jeden z wielu, który chce się przebić do ich świata. Nie ukrywam, że taka sytuacja też pozwoliła mi się rozwinąć.

Moncho Fernandez, twój trener w Rio Natura Obradoiro, na łamach OFENS! przyznał (KLIK), że początki były trudne bo za bardzo irytowałeś się błędami, a on powtarzał: Adam, spokojnie, pomału. 

No bo chciałem! Wiem jak gracze zagraniczni są postrzegani w szatni. Czasami zagrasz słabe trzy mecze i adios! Dlatego też mi zależało, aby od samego początku zdobyć zaufanie trenera i kolegów z drużyny. Gdyby moja przygoda skończyła się po dwóch miesiącach z zespołu, który furory w lidze ACB nie robi i musiałbym z podkulonym ogonem wrócić do Polski, to nie wiesz co by mówili.

Kiedyś rozmawialiśmy na temat taktyki trenera Moncho Fernandeza. Opowiadałeś, że mało gracie klasycznych akcji pick&roll. System jest kluczowy?

Gdybym był trenerem w PLK to od razu stosowałbym taką taktykę. Jest ona niesamowicie efektywna.

To tak w skrócie – na czym ona polega?

Tak naprawdę takich standardowych zagrywek to mamy kilka. Głównie bazujemy na czytaniu obrony przeciwnika. W zależności po której stronie parkietu jest piłka, to stosujemy nasze warianty. I tak to się kręci. Ciężko jest nas rozszyfrować. Przez to, że gramy dużo bez piłki to idealny system dla strzelców.

Trener Fernandez zawsze podkreśla, że musimy mieć wiele odpowiedzi na to samo pytanie. Robimy niby to samo, ale za każdym razem wychodzi to inaczej.

Po dobrym poprzednim sezonie i świetnym EuroBaskecie widzisz, że zaufanie do twojej osoby wzrosło w zespole?

Rozmawiałem po powrocie z Polski z trenerem na ten temat. Powiedział, że nie będę już traktowany jako pierwszoroczniak, tylko jako jeden z liderów zespołu. Użył też fajnego stwierdzenia, że muszę mu pomagać.

To znaczy?

Mam być jego pomocnikiem na parkiecie, że mam nie bać się podpowiadać kolegom.

Jakbyś tak mógł wytłumaczyć kibicom, którzy nie śledzą na co dzień ligi ACB. Twoja gra wygląda podobnie jak na EuroBaskecie?

Cały czas żyję z postawionych zasłon i ucieczek na obwód. Tam staram się oddawać rzuty po koźle, ale częściej nawet bez. Przeciwnicy znają mnie coraz bardziej, więc kryją mnie bliżej. Dlatego często jestem zmuszony penetrować pod kosz, ale nie mam z tym problemu. Jednak wiadomo, że jak każdy strzelec kocham rzuty za trzy. W Hiszpanii to uwielbiają, szczególnie komentatorzy kiedy mogą krzyknąć – triple!

Za tobą bardzo dobry EuroBasket, gdzie byłeś liderem reprezentacji Polski. Kolejny sezon w Hiszpanii i znów dobry początek, a ty ciągle jesteś normalny. Żartujesz z kibicami na Twitterze, odpisujesz na wiadomości. Sodówka nie odbiła Adamowi Waczyńskiemu?

Staram się być normalny. Nie o to chodzi, aby mieć głowę w chmurach i myśleć, że jestem nie wiadomo jak dobry. Jeśli był moment, że komuś nie odpisałem, to nie dlatego, że „już z nim nie rozmawiam”, tylko po prostu coś mi umknęło. Nie jestem takim typem człowieka. Wszystko układa się tak jak chcę. Dzieci zdrowe, żona też, rodzina w Polsce także, więc po co się zmieniać? Nie widzę sensu. (śmiech)

Choć zaczęliście znowu dobrze sezon, to umówmy się, że Rio Natura Monbus Obradoiro nie jest wymieniania w gronie drużyn, które awansują do play-off ligi ACB. 

Priorytetem są zwycięstwa na wyjazdach. U siebie jesteśmy całkiem mocni. W zeszłym sezonie udało się pokonać nawet FC Barcelonę i Malagę. Wiadomo, że gramy o jak najwyższe cele, nawet o play-offy. Zdajemy sobie jednak sprawę, że to taki cel-marzenie. Niestety, budżet klubu jest taki, że przede wszystkim musimy myśleć o tym, aby nie spaść z ligi. Do gry w play-offach masz osiem miejsc, a w Hiszpanii cztery grają w Eurolidze i cztery w EuroCupie. Wszyscy z tej ósemki mają budżet na poziomie minimum 6-7 milionów euro.

A Obradoiro?

Nie jestem pewien, ale między 2-3 miliony euro.

Jesteś jedną z takich osób w koszykarskiej szatni, która bierze ciężar gry robienia dobrej atmosfery na swoje barki, prawda?

To wychodzi akurat spontanicznie. Tak jak to było na zgrupowaniu kadry Polski. Wszystkie zdjęcia, które widzieliście na Facebooku, czy Instagramie nie były niczym zaplanowanym. Takie rzeczy scalają zespół, bo koszykówka to nie tylko parkiet i szatnia. Aby były wyniki musi być dobra atmosfera, a co za tym idzie dużo uśmiechu w szatni, czy wspólne wyjścia.

Z tego co wiem, to jednak wolisz po meczu udać się do domu i spędzić czas z rodziną.

Tak choć często jestem namawiany przez Natalię, abym wyszedł gdzieś z kolegami. Ona sama była koszykarką i wie że takie wyjścia są istotne i scalają zespół. Oczywiście nieraz wychodzę, ale jak tak teraz pomyślę, to na pewno jestem bardziej domatorem.

O co chodziło z budowaniem atmosfery w zespole Obradoiro budując zamki z piasku? 

W zeszłym sezonie pojechaliśmy z połową zespołu na plażę. Wpadłem na pomysł, że będziemy robić zamek z piasku w dwóch zespołach. Najlepszą budowlę miała wybrać moja córeczka.

Kto wygrał? 

No, a jak myślisz? Córunia tatunia wybrała tatę. (śmiech) A tak na poważnie, to właśnie takie rzeczy poprawiają tzw. team spirit. Wiesz ile było śmiechu?! Dwie wieże w jednym z zamków wyglądały jak silikonowy biust dobrej modelki… Wyobraź sobie kilku ponad dwu metrowych facetów biegających do oceanu napełniać wiaderka wodą by wypełnić fosy. (śmiech)

IMG_6159

IMG_6132

„Waca” z kolegami na plaży w Hiszpanii. fot. archiwum Adama Waczyńskiego

O modelkach nie będziemy rozmawiać, ale o kadrze Polski trzeba. Jest coś takiego jak tajemnice reprezentacji Polski? Nic nie sugeruję, tylko pytam. 

Są, ale gdybym ci o nich powiedział musiałbym cię zabić. (śmiech)

Na EuroBaskecie we Francji byliście mężczyznami, a w Słowenii chłopcami?

To na pewno. W Słowenii daliśmy du… po całości. Chociaż nie wszyscy, bo Michał Ignerski grał bardzo dobrze.

Przed pierwszym meczem z Bośnią i Hercegowiną w Montpellier rozegraliście dwanaście sparingów. Pytam o to, aby dowiedzieć się, czy atmosfera w szatni różniła się w samej w Francji, od tej z przygotowań. Jak to wyglądało?

Dało się to odczuć, że szatnia była nieco inna. Marcin Gortat jako kapitan zabierał głos, ale nie tylko. Każdy mniej więcej powiedział coś od siebie i wyszliśmy dobrze na pierwszą połowę z Bośnią i Hercegowiną. To był fajny czas.

A co się działo w szatni po awansie, kiedy ograliście Finlandię?

Chcieliśmy wygrać, aby wstawić grupowe selfie, jak ostatnio mają wszyscy w zwyczaju. Fotka była ustalona wcześniej. (śmiech)

Radość kadry Polski na EB 2015 po awansie do drugiej rundy

Radość kadry Polski na EB 2015 po awansie do drugiej rundy

Czego nauczył cię EuroBasket we Francji?

Że można! Mistrzostwa pokazały, że wszystko siedzi w naszych głowach. Pamiętam podczas EuroBasketu na Litwie miałem 22 lata. Jak na koszykarza to jestem dorosłym facetem. A co się okazało? Zobaczyłem na rozgrzewce Navarro, Gasola, Denga i głowa się zablokowała.

Ogólna refleksja po EuroBaskecie?

Żal, że tak szybko się skończyło. Grupę przeszliśmy dosyć dynamicznie. Szkoda co prawda przegranej z Izraelem, ale czasu nie cofniemy. Trafiliśmy na Hiszpanię, która jak się później okazało została mistrzem Europy, mimo że tak naprawdę tylko Pau Gasol rozegrał dobry turniej. Mieliśmy swoją szansę, w końcu po trzeciej kwarcie był remis, ale kondycyjnie nie daliśmy rady.

Jesteś w trakcie ostatniego roku kontraktu z Rio Natura Monbus Obradoiro. Wiem, że zawodnicy zawsze mówią przy takich pytaniach „nie zaprzątam sobie tym głowy”, ale znasz realia i wiesz, że będzie telefon od agenta, który powie: „Adam, mam!”

Może być różnie, więc co mam ci odpowiedzieć?

A z tym NBA? To ściema? 

Coś jest na rzeczy. Zainteresowanie jest. Może będzie taka możliwość, aby tam polecieć latem.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Wywiad został przeprowadzony dzień przed meczem z FC Barceloną. O meczu rozmawialiśmy tutaj. (KLIK)

 lakomwaca

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

5 komentarzy