Słodycze to syf! Piotr Szczotka – twardziel z własną czekoladą

Data:

Uczestnik ćwierćfinału Euroligi, kapitan reprezentacji Polski na EuroBaskecie 2011, swego czasu wybrany najlepszym obrońcą w lidze, wielokrotny mistrz Polski, ojciec dwójki dzieci. Myślicie, że dobrze go znacie? Wcale nie! Dopiero w wieku 35 lat po raz pierwszy udzielił wywiadu, w którym tak naprawdę się otworzył. Piotr Szczotka, kapitan Asseco Gdynia, a zarazem trener przygotowania fizycznego, opowiada nam o swojej karierze, dumie swojego ojca, słodyczach własnej produkcji,  a także o tym jak chodzi na targ po zakupy.

– Jadę na targ, biorę mięso i je wącham. Ludzie patrzą się jak na wariata, ale chcę mieć pewność, że jest dobre i świeże.

Witajcie w świecie Piotra Szczotki.

***

Paweł Łakomski: Spotkamy się z samego rana, więc chciałbym zapytać – co zjadłeś na śniadanie?

Piotr Szczotka: Jajecznica z boczkiem, dwie grzaneczki, jogurcik i bananek.

Pytam nie bez przyczyny. Podobno jesteś mocno „zakręcony” na punkcie zdrowego jedzenia. 

Do odżywiania przywiązuje bardzo dużą rolę, potem widzę efekty na treningu i meczu. To jak dbamy o ciało ma wpływ na zapobieganie kontuzji. To jest nasze – sportowców – narzędzie pracy. Musimy oto dbać.

Skąd u ciebie taka – mimo wszystko rzadko spotykana – świadomość?

Od najmłodszych lat interesowałem się kulturystyką. Jeżeli chodzi o ten rodzaj sportu, to jedzenie odgrywa najważniejszą rolę. Jak zacząłem się zagłębiać w dietę dla innych sportów, to jest zbliżona. Pamiętam, że od najmłodszych lat patrzyłem na zawodników NBA. Wiadomo, że w polskiej lidze koszykarze nieco inaczej wyglądają, niż zza oceanem. Różnica jest wszędzie – w barkach, ramionach. To był duży przeskok w latach 90’tych, kiedy tak naprawdę zobaczyliśmy jak wyglądają najlepsi. Każdy dążył do tego, aby grać, ale także wyglądać, jak Michael Jordan.

Krzysztof Szubarga, kilka tygodni temu na łamach OFENS!, przyznał, że ma do siebie pretensje, że tak późno zorientował się jak ważna jest dieta – trochę to zadziwiające.

Miałem to szczęście, że starsi bracia interesowali się sportem i miałem od kogo podpatrywać najlepsze wzorce. Jako młody chłopak otrzymałem szansę gry w Anwilu Włocławek, a tam wówczas grali Andrzej Pluta i Tomas Pacesas. To właśnie oni podzielili się swoją wiedzą i bardzo mi to pomogło. Oczywiście też trener Andrej Urlep przykładał ogromną wagę do jedzenia.

Tylko trener Urlep to znany wegetarianin.

Niektórzy uważają, że można się obejść bez mięsa. Być może – ja jestem bardzo mięsożerny.

To co musi zjeść Piotr Szczotka, aby na meczu czuć się w optymalnej formie?

Szalenie ważna jest kolacja dzień wcześniej.

Tak?

Wtedy ładują się nasze akumulatory. Polecam swoim zawodnikom, aby zjedli spaghetti carbonara, sałatkę z tuńczykiem, czyli  dużo węglowodanów. Taki jest mój przepis. Niektórzy nie mogą jeść węglowodanów, więc stawiają na białka. Tak samo jak z modnym glutentem. Osobiście uważam, że trawię gluten i nie mam żadnych rewelacji. Dużo książek powstaje na tema, różnych diet i powiem tak – wracamy do korzeni, tak jak ludzie jedli 50-60 lat temu i żyli spokojnie do 80 lat. Jak to jest możliwe?

Każdemu z nas babcia przygotowywała kotleta schabowego z ziemniakami i zawsze powtarzała: „jedz, to samo zdrowie!” A dziś słyszę, że to „mit”.

To jest błąd. Dziś jemy chemiczną żywność. Niestety, ale nie da się w dzisiejszych czasach dostać pełnowartościowych produktów. Kiedy jadę na targ i kupuje jedzenie od rolnika, to z przykrością muszę powiedzieć, że połowa jest podrabianych. Wiem jak wygląda prawdziwe masło wiejskie, jaki kolor powinien mieć kurczak i jak potem smakuje rosół. Nikt mnie nie oszuka, całe dzieciństwo spędziłem na wsi.

Producenci oszukują na każdym kroku?

Niestety, ale nawet śmietana jest podrabiana. Mleko? To nie jest mleko, to woda z chemikaliami o smaku mleka. Jestem ojcem, mam w domu małe dzieci i chcę, aby były zdrowe, więc staram się pilnować tego co jedzą.

Dzieci uwielbiają słodycze, a ty chyba jesteś przeciwnikiem słodkiego?

Od niedawna cukru nie jadam w ogóle, a proszę mi wierzyć, że byłem uzależniony od słodkiego. W tej chwili można zrobić takie desery i ciasta, gdzie praktycznie występują tylko naturalne cukry. Na początku było ciężko. Wchodziłem do sklepu, to słodycze same mówiły: kup mnie! Zjedz mnie! (śmiech)

A to prawda, że produkujesz własne słodycze?

Tak, staram się robić własną czekoladę, a proszę mi uwierzyć, że takiej w sklepie się nie dostanie. Niestety, ale nawet najdroższa szwajcarska czekolada ma w sobie emulgatory, różne dodatki. Dlaczego tabliczka czekolady się nie kruszy? Coś tam w środku musi być.

Opowiedz trochę o przyrządzeniu przez ciebie słodkich rzeczy.

Sam za dużo czasu nie mam, ale kiedy jest dzień wolny, to lubię poeksperymentować. No nie wiem.. ciasto marchewkowe, ciasteczko owsiane, czekoladę własną, to są rzeczy, które moje dzieciaki bardzo lubią i jedzą. Ze słodkich rzeczy jest trochę miodu, syropu klonowego, rodzynki, czy sok jabłkowy jako słodzik. Naprawdę staram się szukać, kombinować, aby było jak najmniej chemii.

Ale dzieci zawsze mają ochotę na słodkie. Co wtedy robisz?

Nie ma i koniec. Raz w tygodniu zabieram rodzinę na obiad, wtedy jest deser i dzieciaki mogę jeść do bólu ile chcą. W domu są produkty słodkie, które mogą jeść – wiadomo, że nie smakuje im to tak jak normalna czekolada, w której jest słodzik, a nie cukier buraczany. Słodzik jest 10 razy słodszy i to jest straszne.

To co mówisz brzmi trochę jak abstrakcja i myślę, że niektórzy rodzice przecierają oczy ze zdumienia teraz. Naprawdę się da?

Da się, bo w domu tego nie ma. Jakbym sam jadł, a tylko dzieciakom zabraniał, to czułbym się z tym źle i pewnie serce by mi zmiękło.

Słyszałem historię, że raz przyszedłeś z córką Julią do masażysty i ona pożaliła się, że tata kupił…

… trzy „krówki”, dokładnie tyle! (śmiech) Julia powiedziała, że zjadłaby więcej, ale wie, że nie może. Pamiętam było całkiem śmiesznie bo zacząłem mówić:

– Julka, słodycze to…

– … syf!

(śmiech)

Podobno jesteś bardzo dobrym kucharzem. 

Dobrym, ale na pewno nie lepszym od żony. Jeśli mamy ochotę na rybkę, to jest moja robota. Były czasy, że stołowałem się po restauracjach, ale nic nie smakuje tak jak w domu. Jadę na targ, biorę mięso i je wącham. Ludzie patrzą się jak na wariata, ale chcę mieć pewność, że jest dobre i świeże.

Robert Witka opowiadał mi, że kiedyś przyszedłeś do szatni i powiedziałeś: panowie, ale sobie dziś łososia zamarynowałem!

(śmiech) Tak było! Cytrynka, bazylia, oregano i sos sojowy. Bomba! W sklepie rybnym zostawiam zawsze pani numer telefonu i jak jest tylko świeży bałtycki łosoś, to proszę aby zadzwoniła. Tak samo mam z innymi sklepami – jak wiem, że danego dnia jest dostawa mięsa, to jadę i kupuję większą ilość.

Chodzę rano na basen i widzę dzieciaki na WF. Powiem tak: to jest straszne, jaki jest procent otyłych dzieci. 

(chwila ciszy) 80% społeczeństwa ma problem z nadwagą, a będzie jeszcze więcej.

Mimo, że mamy modę na bycie – FIT!

Tak, tylko aby być szczupłym trzeba jeść tłuszcze. Tyjemy od cukru. W każdej wędlinie, serze, absolutnie we wszystkim, jest cukier. To trzeba optymalizować. Mówisz o dzieciach – to nie ich wina, tylko rodziców. Jeżeli tata amatorsko chodzi pokopać piłkę, to na pewno zabierze ze sobą syna i może akurat polubi sport? Dzieci w pewnym wieku będą podejmować swoje decyzje, ale nawyki żywieniowe i sposób na życie rodzice muszą zakorzenić. Moje dzieciaki nie będą zawodowymi sportowcami – tak mi się dziś wydaję, nie będę ich zmuszał. Chcę jednak pokazać im jedną dyscyplinę, drugą, aby miały hobby i pasję.

Wróćmy jeszcze do jedzenia. Dlaczego jabłko przegryzasz czosnkiem?

(śmiech) Dobre! Był okres, że połowa drużyny zachorowała. Jechaliśmy na mecz, zatrzymaliśmy się na obiad i ku zdziwieniu wszystkich, poprosiłem panią kelnerkę o ząbek czosnku, aby nie zarazić się od kolegów. Robert Witka zauważył, że coś przegryzam i pyta:

– A co ty tam jesz?

– To na odporność!

– Jabłko i czosnek? – był zdziwiony.

Akurat chodziło o to, aby w autobusie nie było aury po czosnku, więc przegryzałem sobie jabłkiem. To są naturalne rzeczy, o których też często powtarzam zawodnikom, którzy przychodzą do Asseco Gdynia. W okresie przygotowawczym, kiedy są duże obciążenia, sugeruję, aby do potraw dodawać cebuli, czosnku, bo kiedy dopadnie ich przeziębienie, będą musieli wziąć antybiotyk, to automatycznie tracą 10 dni.

O co chodzi z tym czosnkiem, bo to twoje zafiksowanie, jak powiedzieli mi koledzy z drużyny.

Najlepsza witamina C, zawiera także siarkę, które są dobre na małe stany zapalne stawów. Przeziębienie, choroba? Nie wiem co to jest. Mogę mieć dwudniowy katarek, ale nie ma możliwości, abym trening odpuścił od wielu lat.

Młodzi nie mają z tobą lekko.

Chcę im pomóc. Nawet im przepisy daję, aby mogli sobie coś przygotować. Sam jem niektóre rzeczy, które mi nie smakują, ale są zdrowe. Zachęcam zawodników, aby raz w tygodniu dodawali do potraw właśnie dwa ząbki czosnku, trochę cebuli – tak profilaktycznie. Tak samo jak nie wyobrażam sobie, aby przyjść na trening bez śniadania. Od razu mam spadek cukru, kręci mi się w głowie.

FOT. ARTUR PODLEWSKI / 400mm.pl

A jak jest z młodymi zawodnikami? 9:30 trening, to o 9 otwierają oczy?

U nas 100% graczy na pewno nie je śniadań, ale domyślam się kto robi tak jak mówisz. Walczę z tym! Kiedy mamy nowego zawodnika, to po miesiącu widzę już, kiedy przyszedł na zajęcia w pełni przygotowany. To widać – jak biega, jak oddycha, jakie kolory ciało ma po wysiłku. Czasami są niespodzianki i zawodnicy nie wiedzą co ich czeka. Gdyby wiedzieli, że szykujemy rano lekki trening, to pewnie w aucie jogurcik i „jestem gotowy”.

Przemysław Frasunkiewicz, trener Asseco, mówił parę razy, że jak widzi takie podejście, to specjalnie robi mocny trening. 

Nas nikt nie oszuka. Graliśmy tyle lat, wiemy jak wygląda rano rześki, wyspany, pełen energii zawodnik. Jak ktoś wstaje pół godziny wcześniej, to najczęściej ma kukuruku na głowie i nawet zębów nie zdążył umyć.

W Legii Warszawa piłkarze przyjeżdżają rano na zajęcia, a tam czeka na nich przygotowane śniadanie. 

Rewelacja. Wszyscy siadamy razem, widzę, że wszyscy zjedli co należy. Są zawodnicy, którzy wybiorą każde warzywo, aby tylko nie zjeść marchewki, bo nie mają takiego nawyku. Albo tak jak obcokrajowcy – kurczak i ryż non stop. Od razu mi się przypomina taki zawodnik – Greg Harrington, z którym grałem w Astorii Bydgoszcz. Rok czasu jadł w McDonaldzie. Rok! I co? Dobrze grał, statystyki się zgadzały, ale ja sobie tego nie wyobrażam.

Jeśli ktoś czyta ten wywiad i nie wie kim jest Piotr Szczotka – to prędzej pomyśli, że jesteś dietetykiem, niż koszykarzem. 

Chciałbym zrobić kurs dietetyka, ale mam problem. Zamawiam książki i w jednej jest napisane: tłuszczy nie wolno jeść! W drugiej: tłuszcze? Rewelacja! Czasami sam łapie się na tym, że nie wiem co jest dobre. Każdy powinien wypróbować wszystko na sobie – po czym się dobrze czuje. Jeden zje makaron, drugi ryż, trzeci zje bułkę pszenną i biega jak szalony.

Skupmy się teraz na koszykówce. Należysz do jednych z najsilniejszych zawodników w lidze. Podobno największy przeskok zanotowałeś między 19 a 20 rokiem życia. 

Przypominam sobie jeden mecz przeciwko Hutnikowi Kraków. Mogłem mieć 16 lat? Nie pamiętam, stare dzieje. Znicz Jarosław był wtedy w III lidze, a Hutnik w II – to był sparing. Pamiętam jak zostałem sponiewierany przez prawdziwych facetów. Dopiero wtedy się zorientowałem co człowiekowi brakuje, aby z nimi rywalizować. To był pierwszy impuls, aby zabrać się za siłownię i dietę, aby ich dogonić.

W domu miałeś siłownię z braćmi. 

Tak, bardzo prostą – drążek, jedna ławeczka, dwie hantle i tyle w zupełności wystarczy. Mam nawet takie marzenie, aby otworzyć siłownię, ale nie dla wszystkich, tylko dla klientów indywidualnych. Może kiedyś się uda.

Twoi koledzy prosili, abym spytał jaki jest twój rekord na ławeczce.

143 kg, ale i tak nikt nie przebije Tomasa Pacesasa. On był zawsze najsilniejszy i myślę, że długo nikt go nie przebije. Tomas na „klatę” brał około 160 kg, co jak na koszykarza przy 90 kg wagi, jest niesamowitym wynikiem.

FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Jesteś wciąż czynnym zawodnikiem, kapitanem Asseco Gdynia, ale także pełnisz funkcję trenera przygotowania fizycznego. 

Zawsze mnie to interesowało, a poza tym miałem od kogo się uczyć. W Asseco przez wiele lat był Litwin, Aleksander Kosauskas. Niesamowita wiedza! W domu mam zeszyt A4, który mam cały zapisany ćwiczeniam. Oficjalnie dwa-trzy lata, a tak naprawdę to myślę z sześć lat jestem odpowiadam za przygotowanie fizyczne w Asseco. Dziś w Gdyni pracuję głównie z młodymi koszykarzami i mogę uczyć się razem z nimi. Najlepszym przykładem niech będzie Filip Put. Zaczął z nami pracować i schudł 8 kg.

To prawda, że zapowiadałeś się na gracza bardziej ofensywnego, niż defensywnego?

Jak miałem 15-16 lat to na meczach rzucałem po pięć trójek, nie było problem dla mnie rzucić po 30 punktów. Nie trenowałem tak jak w Asseco, gdzie mają wszystko przygotowane i czeka na nich profesjonalny trening. W Jarosławiu trenowałem trzy razy w tygodniu, a poza tym nie miałem od kogo się uczyć, z kim rywalizować. Niestety, ale między 16 a 19 rokiem życia, koszykarsko straciłem czas. Grałem bo grałem, ale się nie rozwijałem. Prawdziwą koszykówkę poznałem we Włocławku, mając 21 lat.

No właśnie. Jak to się stało, że nikomu nieznany zawodnik, trafia na camp organizowany przez Anwil Włocławek, gdzie trenerem był wówczas Andrej Urlep. 

W Jarosławiu koszykówka tak naprawdę się kończyła. Nie było pieniędzy, żadnych perspektyw i po głowie chodziły myśli – nie ma sensu grać dłużej w basket. Dwa miesiące nic nie robiłem, zaczynałem się rozglądać za studiami, aż tu nagle na początku czerwca dostałem telefon od Andrzeja Gostomskiego.

– Cześć Piotr, nie chciałbyś przyjechać na camp do Włocławka?

I mnie zamurowało. Anwil? Przed chwilą w telewizji oglądałem finały ze Śląskiem, którymi żyła cała Polska i teraz miałbym grać z nimi? Z Wójcikiem, Tomczykiem, Griszczukiem?

– Ok, chętnie, tylko od dwóch miesięcy nic nie robiłem – zakomunikowałem.

I pojechałem. Na campie było chyba z 30 zawodników – m.in. Zbigniew Białek, Grzegorz Arabas, Robert Witka. W pierwszym dniu trener Urlep zdecydował, że trening będzie bez piłek. Na czym to wszystko polegało? Tak naprawdę Urlep chciał sprawdzić kto ma jaki charakter. Kto wytrzyma, a kto odpuści. Na drugi dzień połowa zawodników wyjechała, nie dała rady.

A Ty? Dwa miesiące nic nie robiłeś, to pewnie nie było lekko.

Lekko? Nie mogłem się ruszyć na drugi dzień – tak byłem „zaklejony”. Tylko nie powiedziałem, że nie dam rady. Zagryzłem zęby i trenowałem. W ostatni dzień campu mieliśmy trening rzutowy. Mieliśmy trafić dziesięć rzutów po wybiegnięciu i uwierz mi, ale minęło pół godziny, ale nie mogłem trafić. I nikt nie powiedział: dobra, wystarczy! Nie, miałem biegać tyle, dopóki nie trafię. I ku..wa zrobiłem to!

I co było potem?

Dostałem kontrakt na trzy lata. Pierwszy sezon we Włocławku był szalenie ciężki. Andrej Urlep dobrał sobie dość atletyczny zespół, więc nie było problemu, aby zajęcia trwały po trzy godziny, a następnie „meeting”. Sam musiałem przychodzić 30 minut wcześniej na technikę indywidualną, a tyle samo zajmowało mi dojście na halę. Jak wracałem do domu, to światło samo gasło w oczach.

We Włocławku złapałeś bardzo dobry kontakt z Tomasem Pacesasem, wówczas zawodnikiem Anwilu. 

Tomas lubił ćwiczyć. Był pracoholikiem, a jako młody zawodnik mogłem tylko z tego czerpać. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Widział, że jest mi ciężko i mi pomagał. Tak samo jak Andrzej Pluta. Jestem im bardzo wdzięczny.

Sporo osób twierdzi, że gdyby nie kontuzja, to twoja kariera mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Co to był za uraz?

Przesilone kolano, ale na szczęście obyło się bez artroskopii. Miałem pół roku przerwy, udało się dojść do zdrowia bez zabiegu. Uważam, że nie miała ona żadnego wpływu na moją karierę. Niestety, ale moja wiedza na temat prawidłowego funkcjonowania była znikoma. Nie wiedziałem, że powinno się rozciągać, miałem deficyt mięśnia dwugłowego w stosunku do czworogłowego itp. Całe szczęście była to jedyna tak długa przerwa w mojej karierze.

Usłyszałem we Włocławku, że przez tą kontuzję „skostniałeś”, przestałeś być dynamicznym graczem. Podobno dlatego, że trenowałeś na siłowni, tylko górne partie ciała.

To nieprawda. W tamtych czasach, nawet najlepsze kluby, działały trochę na wariackich papierach. Nie było trenerów od przygotowania fizycznego z prawdziwego zdarzenia. Kwestia jest jeszcze inna – do czego zawodnik jest produkowany? Ja byłem do obrony i uważam, że byłem w tym najlepszy. Swego czasu mogłem kryć każdego zawodnika od „jedynki” do „czwórki”. Tylko, aby tak grać, trzeba mieć końskie zdrowie. Wiadomo, że większość koszykarzy uwielbia zdobywać punkty. Mnie z kolei fascynowało jak kogoś powstrzymałem – gość rzucał średnio po 20 pkt, a przeciwko mnie dał tylko 13 pkt.

Był taki okres, że Roman Tymański prowadził w Asseco statystyki przegranych pojedynków 1 na 1. I przez trzy miesiące nic nie przegrałem. Byłem bezkonkurencyjny. Tego nie ma w waszych artykułach.

Tylko wiesz, coś mi tu nie gra. Przecież nikt nie marzy, aby być doskonałym obrońcą. Jakiś czas temu fajne zdanie, mniej więcej w tym temacie, powiedział były angielski piłkarz, Jamie Carragher: „Boczny obrońca to albo nieudany stoper, albo nieudany skrzydłowy. Przecież żaden dzieciak nie chciał być Garym Nevillem.”

Zgadzam się w 100%. Nie każdy ma taki charakter, aby przez całą karierę być w cieniu innych i tylko zasuwać po zasłonach, aby twój przeciwnik nie oddał łatwego rzutu. Albo masz charakter, albo nie.

Charakter wynosimy z domu. 

Mam trzech starszych braci i młodszą siostrę. Zawsze musiałem walczyć o swoje, nigdy nie było łatwo. Największym rywalem był brat Grzesiek, z którym grałem w ekstraklasie. Dziś rywalizacja przeniosła się na kort tenisowy.

FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Ciekawym wątkiem w twojej karierze jest kadra Polski. Jedno lato i od razu kapitan zespołu. Wcześniej chyba nawet nie ocierałeś się o reprezentacje młodzieżowe, prawda?

A właśnie, że nie! Byłem w wieku 15 lat w Szczecinie i to przykre doświadczenie. Powiem tak: przyjechałem rywalizować, ale okazało się, że jeszcze przed pierwszym treningiem była lista ustalona kto zostaje, a kto wylatuje. Jechałem ponad 20 godzin w pociągu, cieszyłem się, byłem dumny, a na miejscu nikt nawet nie próbował udawać, że czeka nas „walka” o miejsce w składzie. Może myśleli, że mając 15 lat nie zrozumiem o co chodzi? To było przykre, ale z tamtego zespołu chyba nikt nie zagrał w kadrze narodowej, a mi się udało! Ha! (śmiech)

Grałeś w Eurolidze, jesteś wielokrotnym mistrzem Polski – sukcesów całe mnóstwo. Zastanawiam się jednak, czy największym twoim sukcesem nie jest właśnie to jedno lato z reprezentacją Polski? Przyjechałeś i od razu zostałeś kapitanem w drużynie Alesa Pipana.

Na tamten moment byłem najbardziej kompetentną osobą, aby zostać kapitanem. Z Asseco Prokomem Gdynia występowałem w Eurolidze, grałem po 20 minut w finałach PLK i charakterologicznie miałem największe predyspozycje. Czy źle wyglądaliśmy na EuroBaskecie na Litwie? (śmiech) Wygraliśmy z ówczesnymi wicemistrzami świata bez Gortata, Lampe, Ignerskiego i Logana. Atmosfera była kapitalna i zabrakło nam nieco dłuższego przygotowania.

Najstarszy rookie na kadrze został na dzień dobry kapitanem reprezentacji. 

Najbardziej utytułowany zawodnik -obok Marcina Gortata i Macieja Lampe – został kapitanem.

A sam moment otrzymania powołania na reprezentację Polski?

Byłem zachwycony. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Może głupio to zabrzmi, ale poczułem się spełniony. I wiesz, co? Po zgrupowaniu zacząłem mieć jeszcze większy szacunek do zawodników, którzy przez 10 lat przyjeżdżają, lato w lato, na kadrę. Zwykły człowiek nie zwraca na to uwagi i nie zdaje sobie sprawy jakie to jest obciążenie dla organizmu. Po EuroBaskecie do grudnia nie wiedziałem jak się nazywam – poważnie! Kadra to sporo wyrzeczeń. Akurat wtedy żona była w ciąży i – teoretycznie mając wolne po sezonie – musiałem ją zostawić i jechać na kadrę.

FOT. WOJCIECH FIGURSKI / NEWSPIX.PL

Roger Federer, czy Novak Djoković?

Feder zdecydowanie, gra z finezją, lekkością.

Kiedyś spotkałem cię w Sopocie latem, ale nie na Monciaku, tylko pod kortem tenisowym. Skąd u ciebie pasja do tenisa?

Gra zespołowa ma swoje plusy i minusy. Możesz mieć do kogoś pretensje, bo ktoś nie podał piłki, a w tenisie? Jestem tylko ja. Jak nie idzie mogę mieć winić tylko samego siebie. Lubię oglądać tenis, ale jeszcze bardziej wolę grać.

Ostatnio mierzyłeś się z Przemysławem Frasunkiewiczem. Wygrałeś 6:0, 6:1, ale „Franc” twierdzi, że był wiatr. 

Tak, tak… miękki kort, piłki łyse. (śmiech) Tenis to fajna rozrywka, przy której można się wyluzować. Po zakończeniu kariery mam plan, aby zapisać się do ligi amatorskiej w tenisa. Lubię rywalizować z braćmi. Grzegorz po koszykówce przerzucił się na tenisa, jest instruktorem. Mogę się pochwalić, że jego córka, a moja chrześnica, jest w pierwszej dziesiątce swojego rocznika w Polsce. Ciekawe pojedynki toczę z bratem Marcinem. On jest doskonały technicznie, ale za to fizycznie słabszy ode mnie. Co tam się dzieje jak gramy! Musisz to zobaczyć! Przegrany płaci za kort, później za pizzę i małe piwo, także stawka jest ogromna.

To prawda, że przed sezonem mocno zdenerwował cię spiker na prezentacji zespołu Asseco?

Wiesz co…

Co powiedział konkretnie?

„Czy lepiej rzucać osobiste, czy iść na siłownię?” – takie, no nie wiem. Przychodzą ludzie, chcą zobaczyć zespół, to chyba zawodnika, a tym bardziej kapitana, trzeba dobrze zaprezentować, a nie mówić o jego słabszych stronach. Nigdy nie twierdziłem, że to moja mocna strona, ale w lidze są gorsi ode mnie.

Pogadajmy na koniec o tym jak kibice koszykówki postrzegają Piotra Szczotkę. Wiesz, czy nie?

Walczak, człowiek z charakterem.

A najgorsze opinie?

(chwila zastanowienia) Pewnie taka, że nie umiem grać oraz to, że jestem kwadratowy.

Jednak jak spojrzysz na swoją karierę to wycisnąłeś absolutne maximum? 

Moim marzeniem było, aby zagrać przeciwko Adamowi Wójcikowi. Tylko to, a udało się nieco więcej. Pewnych rzeczy oczywiście mi brakło, dziś już wiem jakich.

To znaczy?

Nie byłem gotowy mentalnie, aby być lepszym zawodnikiem w ataku. Był taki moment, gdzie mogłem wskoczyć na jeden schodek wyżej. Miałem szansę, byłem w drużynie euroligowej, ale wolałem podać, pomagać drużynie. Na pewnym poziomie trener nie ma czasu uczyć zawodników. Dostaje fachowców i to oni mają mu zrobić grę. Byłem rozliczany z obrony, to były moje obowiązki. Nigdy nie wywalczyłem sobie takiej pozycji, aby zostać graczem ofensywnym. To trochę paradoks, ale byłem niesamowicie bezczelny w obronie, już jako młody gracz, ale po drugiej stronie parkietu – grzeczny, ułożony, aby niczego nie popsuć.

W Polsce nie szanuje się takich zawodników jak Piotr Szczotka?

Nigdy tacy zawodnicy nie będą w blasku fleszy. Koszykówka to efektowna gra i ci co rzucają najwięcej punktów są na szczycie. Tak samo w piłce nożnej – jest jeden Robert Lewandowski, ale do niedawna nikt nie wiedział kto to Michał Pazdan. Każda pozytywna opinia cieszy, ale jeśli mam być szczery, to nigdy o to nie zabiegałem.

Ostatnio usłyszałem, że dla mężczyzny nie ma lepszej pochwały, jeśli ojciec powie coś miłego i doceni to co robimy.

O! Dobrze nawiązałeś, więc pozwolę sobie rozwinąć nieco temat. Na jeden sezon wróciłem do Jarosławia. To po meczu nigdy nie wracałem do domu, aby nie spotkać się z ojcem, czy braćmi. Nie chciałem znów słuchać pytań, czemu nie zrobiłem tego, czy tamtego na parkiecie. Ogólnie nie lubię rozmawiać po meczu o koszykówce, tym bardziej z ludźmi, którzy się na niej nie znają. Tata kiedyś powiedział mi:

– Piotrek, z tej koszykówki chleba nie będziesz mieć.

Pomylił się. Wiem jednak, że dziś jest dumny. I to jest największa wartość.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

5 komentarzy