SMS to cierpliwość i konsekwencja, a nie chaos i brak logiki (WYWIAD)

Data:

W toku gorącej dyskusji na temat przyszłości Szkoły Mistrzostwa Sportowego we Władysławowie postanowiliśmy porozmawiać z człowiekiem, który temat szkoły zna najlepiej. To on w 2010 roku zostawił Wrocław, zabrał rodzinę i przeprowadził się nad morze, aby przez lata szkolić najbardziej uzdolnioną polską młodzież. Po półtora roku odszedł. Nie po drodze było mu z nową władzą PZKosz. Dlaczego SMS PZKosz od sześciu lat miał czterech trenerów głównych? Skąd czerpali inspirację? Czy dało się z Władysławowa grać w I lidze? Na te wszystkie pytania i wiele innych odpowiada Tomasz Jankowski w długiej rozmowie z OFENS!, który w 2010 roku zakładał SMS.

Paweł Łakomski: Jak pan widzi co aktualnie dzieje się z SMS PZKosz Władysławowo, po części z pana dzieckiem, to ma pan ochotę tak jak Michał Probierz, trener Jagielloni Białystok, który po jednym meczu powiedział: pier..lnąć whisky, bo co mi zostało?

Tomasz Jankowski: Życie nauczyło mnie, że skoro już tam nie jestem, to po co się angażować? Szkoda czasu. Patrzę na to jako obserwator. Wiem jak miało być, wiem jak było do pewnego momentu i wiem, w którą stronę to zmierza – złą.

Mocno zirytował pana tekst, który ukazał się w Przeglądzie Sportowym na temat SMS z wypowiedziami prezesa PZKosz, Grzegorza Bachańskiego.

Pada tam wiele zarzutów ze strony szefa związku, z którymi się nie zgadzam i jestem w stanie o nich głośno mówić.

Artykuł był jedną z przyczyn pańskiej rezygnacji z Komisji Szkoleniowej PZKosz twierdząc, że jest to stek bzdur. 

Tak napisałem. Kompletnie się z tym nie zgadzam i mam na to argumenty. (zostaną przedstawione w dalszej części rozmowy przyp.red.)

Użył pan także stwierdzenia, że komisja jest fikcją. 

Wydawało mi się, że skoro jestem w komisji, w której zasiada czterech byłych trenerów SMS PZKosz – Arkadiusz Miłoszewski, Dawid Mazur, Tomasz Niedbalski i moja osoba (w komisji są jeszcze Jerzy Szambelan i Eugeniusz Kijewski przyp.red.) – to w związku z próbą przenosin szkoły do Łodzi, poproszą nas o dyskusję i przedstawienie wniosków. Nic takiego nie miało miejsca. Dlatego zdecydowałem się podziękować za udział w komisji, ponieważ jest ona niejako głosem PZKosz, a skoro mam inne zdanie, to nie ma sensu tam przebywać.

Głównym zarzutem do SMSu we Władysławowie jest jej lokalizacja, że wszędzie daleko, przez co nie można realizować projektu gry w I lidze. 

Jakbym słyszał rozmowy sprzed sześciu lat. (śmiech) Wie pan co wtedy odpowiadałem?

Nie mam pojęcia.

Jak to się dzieje, że do Trefla Sopot przyjeżdżają ludzie z całej Polski – np. z Rzeszowa. Mam tutaj listę graczy, którzy trafili do SMS we Władysławowie kiedy tam pracowałem.

Tomasz Jankowski wyciąga stos kartek, dokumentów.

Nie widzę tu większości z pobliskich województw. A skąd? Stalowa Wola, Wieliczka, Zabrze, Katowice, Kraków, Radom, Biała Podlaska…Chory zarzut. Szkoła powinna odpowiadać na jedno pytanie – co ma do zaoferowania i kto. Chłopcy nie idą do miejsca, tylko do ludzi! Rodzic chce oddać syna do sztabu szkoleniowego do którego ma pełne zaufanie. Lokalizacja? Drugorzędna sprawa, proszę mi wierzyć.

FullSizeRender-2

Tylko położenie Władysławowa według PZKosz nie pozwala na zgłoszenie szkoły do I ligi. Chodzi o koszty, a może przede wszystkim o naukę uczniów. Stąd pomysł przenosin do Łodzi.

Wytłumaczę od początku jak to miało wyglądać. W pierwszym roku graliśmy w II i III lidze. Byłem umówiony z prezesem Romanem Ludwiczukiem, że w kolejnym roku będziemy grać na zapleczu ekstraklasy. Nie było żadnych przeciwskazań, że nie da się tego pogodzić. Niestety, jak wiemy pan Roman Ludwiczuk w styczniu 2011 roku przegrał wybory i cały plan przepadł.  Pracuję aktualnie we Wrocławiu, czyli też nie w centrum Polski i gram młodymi chłopakami w I lidze, którzy mają obowiązki na uczelni, czy w szkole i jakoś dajmy radę.

No właśnie, dałoby radę pogodzić obowiązki szkolne z podróżowaniem?

Szkoła była tworzona dla chłopców, nie na odwrót. My sami układaliśmy plan wspólnie z panią dyrektor Jolantą Dykas-Klisz, aby wszystko było tak jak należy. Lekcje czasami zaczynały się o 8, a bywało, że nawet o 11. Ten zarzut jest bzdurny, bo nie istnieje i nikt się z nim nie zmierzył. Gdybyśmy wracali z rozgrywek I ligowych w nocy z niedzieli na poniedziałek to lekcje rozpoczynałby się np. od 16:00, a może w ogóle dalibyśmy wolne i dopiero we wtorek? Wszystko byłoby odpowiednio dostosowane i nie kolidowałoby z nauką. Od początku działania szkoły tylko jeden uczeń nie zdał matury. Tomasz Gielo, pierwszy absolwent, który był tylko rok ze względu na przyspieszony tok nauczania, jak odchodził to płakał. Maturę zdał na najlepszych ocenach – tak podniósł poziom.

W artykule czytamy, że jednym z atutów przenosin do Łodzi miałoby być duże miasto, ponieważ we Władysławowie byli odludziu gdzie tylko jedzą, trenują i uczą. 

Skoro tak, to proszę wytłumaczyć dlaczego w tym sezonie zmagałem się z problemem aklimatyzacji we Wrocławiu u trzech zawodników, których sprowadziliśmy do Śląska? Przecież wszystko tu jest – kina, dyskoteki, pełen wachlarz atrakcji dla młodego chłopaka, aby zapomnieć o treningach. Nie miejsce tworzy jakość ośrodka. W Spale działa siatkarski odpowiednik, który uznawany jest za jeden z najlepszych na świecie. Zaznaczę, że to jest jeden wielki las! Władysławowo jest przy tym metropolią. Dlaczego siatkówce udało się osiągnąć sukces? Kiedy idzie po ich ośrodku i patrzy na osiągnięcia, to serce mocniej bije.

Pan przed założeniem koszykarskiego SMS podróżował właśnie do Spały. 

Siatkarski odpowiednik był dla mnie wzorem. Widziałem wiele podobieństw do tego co można zrobić u nas. Przez dwa dni siedziałem w Spale i rozmawiałem z Grzegorzem Rysiem, trenerem głównym. Pytałem o najmniejsze szczegóły, proszę mi wierzyć – co się dzieje jak chłopcy łapią „kaca” mentalnego, kiedy powinno się ich puszczać do domu itp. Efekt tych rozmów był taki, że kluczem do sukcesu SMS PZPS Spała jest cierpliwość, konsekwencja i dążenie do celu. Wspomniany trener Ryś pracował w Spale około 10 lat.

Przeciwnicy lokalizacji we Władysławowie twierdzą, że koszykarze tam nie wytrzymywali psychicznie. 

Bez przesady, ja nie przypominam sobie takiego przypadku. Bardziej zdarzały się problemy wychowawcze niż tak zwany „kac psychiczny”.

Arkadiusz Miłoszewski wspominał parę lat temu w wywiadzie, że kiedy zawodnik łapał dołek to wysyłał go do domu, aby oczyścił głowę, nabrał nowej energii. 

Osobiście byłem na takie sytuacje gotowy, ponieważ wiedziałem o nich po doświadczeniach szkoły w Spale. Najtrudniejszy okres dla uczniów jest od 1 września do pierwszej przerwy świątecznej, czyli 1 listopada lub 11 listopada. Zazwyczaj robiliśmy tak, że to łączyliśmy i chłopaki na tydzień mogli pojechać do domu. Potem jest o wiele łatwiej, gdyż co chwilę jedzie się do domu – święta Bożego Narodzenia, ferie, a następnie wskakują w rozgrywki ogólnopolskie i dużo podróżują.

W pierwszym roku to była naprawdę zgrana ekipa. Szukali sobie rozrywek. Łączyli się w sieci i grali drużynami w komputerowe strzelanki. Robili też sobie kawały.

Czyli jako trenerzy też organizowaliście im czas?

Pamiętam, że byliśmy na Pucharze Polski w Gdyni, zdarzały się wyjazdy do kina, ale szczerze? Potem nie chcieli już jeździć. Mieliśmy dzień sportu, gdzie rywalizowaliśmy w tenisa stołowego, badmintona itp. W każdy piątek mieliśmy półtoragodzinne zajęcia teoretyczne, na których poruszaliśmy różne tematy związane ze sportem np. motywacja, trening, zaangażowanie, koncentracja itp.

Tomasz Janowski pokazuje wytyczne  pt. „Tylko ciężka praca”, który specjalnie napisał do uczniów przed wyjazdem na przerwę wakacyjną. 

Namawialiśmy zawodników na przychodzenie wcześniej na salę przed treningiem, aby ćwiczyli indywidualnie swoje słabsze strony. Tłumaczyliśmy, że poświęcając 15 minut dziennie mają w tygodniu dodatkowe 55 minut extra pracy np. lewej ręki.

Przychodzili?

Przez pierwsze dwa tygodnie tak, ale zawsze się śmialiśmy ilu będzie po miesiącu. Przychodziły jednostki: Gielo, Grochowski i Matczak. I potem znów przypominaliśmy, aby zmienić ich podejście mentalne. Staraliśmy im się wpoić, że muszę sami wyjść, a nie wszystko dostać. Jarosław Trojan przez trzy lata w szkole, przed każdym treningiem, brał swojego przyjaciela – kija.

Kija?

Tak, zwykłego kija. Miał problemy z biodrami i z tym „przyjacielem” robił różne ćwiczenia indywidualne i tylko słychać było jęki bo trenował przy zgaszonym świetle, kiedy nikogo nie było na sali. Słuchał Mirka Cygana i gdzie dziś jest Jarek? Gra w Starcie Lublin w ekstraklasie, jako absolwent szkoły.

Była też ciekawa historia kiedy omawialiśmy na wspominanych już zajęciach piątkowych wywiad, którego udzielił Maciej Lampe i Marcin Gortat po nieudanym EuroBaskecie 2009. Mi się to nie podobało, ale zawodnicy mieli swoje zdanie i była dyskusja. Ktoś spyta po co taka dyskusja? Nam trenerom SMSu wydawało się, że praca nad zmianą ich myślenia jest równie istotna jak prac nad techniką koszykarską.

Sopot, hala 100-lecia 19.12.2015 EKSTRAKLASA PLK KOSZYKOWKA MEZCZYZN MECZ Trefl Sopot vs MKS Start Lublin POLISH BASKETBALL LEAGUE GAME Trefl Sopot vs MKS Start Lublin NZ jaroslaw trojan , ater majok FOT. ARTUR PODLEWSKI/058sport.pl

Jarosław Trojan w barwach Startu Lublin 
FOT. ARTUR PODLEWSKI/058sport.pl

Co system szkolenia PZKosz miał do zaoferowania młodym koszykarzom przed stworzeniem SMS?

Przed założeniem SMS w Polsce były cztery licealne ośrodki. Osobiście dołożyłem mocną rękę, aby zostały zlikwidowane z uwagi na to, że Ministerstwo Sportu i Turystyki przekazywało na całość około 800 tys. zł. Wychodziło na to, że każdy ośrodek dostaje zaledwie po 200 tys. zł i to był ich często cały budżet. Druga sprawa ośrodki zaczęły funkcjonować na zasadzie powielania klubów. Wrocławski LOSM korzystał z niepełnowymiarowej hali! Uważałem, że to nie ma sensu i dalej tak twierdzę, że pieniądze z ministerstwa skierowane w jedno miejsce można o wiele lepiej spożytkować.

Jaka była geneza powstania SMS Cetniewo?

Szkoła powstała jeszcze za kadencji poprzedniego prezesa PZKosz, Romana Ludwiczuka. Pracowałem wówczas w związku przez trzy lata na stanowisku koordynatora męskich kadr młodzieżowych. Ostatni rok poświęciłem na stworzenie projektu SMS we Władysławowie. Udało się stworzyć szkołę w znakomitym miejscu. Nikt mi nie powie, że jest lepszy obiekt w Polsce. Żaden Radom, Łódź, czy jakakolwiek inna miejscowość. Kto tam był ten widział, że nic tam nie brakuje! Tym bardziej, że zdecydowaliśmy się na COS (Centralny Ośrodek Sportu przyp.red), który jest współfinansowany z Ministerstwa Sportu i Turystyki, dlatego cały układ współpracy od samego początku był ułatwiony.

Na co umawiał się pan z PZKosz kiedy tworzył pan projekt we Władysławowie?

Z prezesem Romanem Ludwiczukiem ustaliłem, że jeżeli decydujemy się na taką szkołę, to ma być elitarna. Dlatego byli mi potrzebni absolutnie najlepsi trenerzy. Ktoś powie, że wziąłem Tomasza Niedbalskiego bo to mój kolega. Oczywiście, że nim jest. Nikt mi jednak nie wmówi, że Tomek nie jest jednym z najlepszych trenerów młodzieży w Polsce. Janusz Kociołek? Znakomity trener, wychowawca i organizator. Organizując szkołę w obcym dla mnie województwie logiczną decyzją była dla mnie pomoc osoby, która pochodzi z tamtego regionu. Oprócz spraw czysto koszykarskich jest pełno organizacyjnych. Mirosław Cygan?  Najlepszy specjalista od motoryki w Polsce, któremu wielu zawodników zawdzięcza swój koszykarski byt. np. Jarosław Trojan. Rafała Białka, naszego fizjoterapeutę znałem od 10 lat przy pracach z kadrami młodzieżowymi – pełen profesjonalista. Wszystko tworzyliśmy od zera. Szkoła miała być elementem Centralnego Systemu Szkolenia. To nie był mój wymysł. Chciałem postawić na ciągłość pracy i to by było. Tylko do tego trzeba brać przykład z siatkarskiego odpowiednika – cierpliwość i konsekwencja.

Czy oprócz rozgrywek I ligi planowaliście coś jeszcze? 

W drugim roku funkcjonowania szkoły chcieliśmy zorganizować jeszcze międzynarodowy cykliczny, coroczny turniej z placówkami – odpowiednikami naszego SMS (Francja, Litwa i Serbia)  chodziło nam o międzynarodową wymianę doświadczeń. Chcieliśmy również, zbliżyć się kontaktami ze szkołami litewskimi, bo tam najbliżej, aby pojechać tam na tydzień i trenować i w ramach rewanżu zapraszać ich do nas. Jakby to funkcjonowało i byłaby cierpliwość, to dziś byłbym spokojny o naszą koszykówkę.

Brzmi kapitalnie tylko skąd wziąć na to pieniądze?

Przepraszam, ale jak słyszę hasła PZKosz, że chcemy osiągać sukcesy w koszykówce to rozumiem, że zawodnicy mają szkolić się sami, trenerzy nie zarabiać za dużo, a my (czyt. PZKosz) się do tego w ogóle nie dokładać, tak? Nie ma tak! Jak się tylko próbuje wymigać, aby nie dokładać pieniędzy do szkolenia, to nic nie zrobimy! Pracując w PZKosz widziałem ile pieniędzy dostaje się z ministerstwa na różne projekty. Wystarczy tylko mądrze je rozdzielić.Niech trenerzy będą od szkolenia, trenowania, selekcji, czy naboru, a działacze od spraw organizacyjnych, w ramach których jest do zorganizowania fundusz na działalność szkoleniową.

SMS PZKosz miał pierwotnie skupiać najlepszych zawodników z Polski?

Kiedy tworzyliśmy szkołę rolę miały być dwutorowe. Pierwsza: brać najbardziej uzdolnionych koszykarzy, którzy w swoim klubie nie mają dalszej możliwości rozwoju. Były przypadki z grającymi w kadrze, co mieli możliwość gry w II-lidze. Z kolei zawodnik pretendujący do gry w reprezentacji miał u siebie tylko rozgrywki juniorskie, co nie było dobre dla rozwoju. Dlatego decydowałem się na tego drugiego, ponieważ mógł on więcej stracić. Dziś można powiedzieć, że ten ruch był przemyślany, bo żaden z nich na tym nie stracił, a kadry młodzieżowe, w których grali tylko na tym zyskały. Były takie dylematy i musieliśmy działać jak najlepiej dla polskiej koszykówki. Nie chodziło tylko o to, aby we Władysławowie była „śmietanka”. Zależało nam również, aby budować koszykarzy, o których wcześniej nikt nie słyszał.

Jakiś przykład zawodnika?

Jarosław Trojan obecnie grający w Starcie Lublin. Przychodził do szkoły z Wieliczki od trenera Rafała Knapa. Zakładając, że szkoła ma mieć samych zawodników z kręgu kadr młodzieżowych, to Jarek do Władysławowa mógł się wybrać, ale tylko na wakacje. Motorycznie było wiele do poprawy i tym zajął się Mirek Cygan. Pracował z nim dzień w dzień i jakie są efekty? Nie wiem jak potoczyłaby się jego kariera gdyby nie uczęszczał do SMS, jednak oceniając fakty SMS Cetniewo  był ważnym elementem w jego sportowym życiu. Tak samo mowa o Dominiku Olejniczaku, Maćku Bojanowskim, czym MVP U20 Marcinie Wieluńskim, którym wszyscy się teraz zachwycają.

Na „rynku” szkoła konkurowała także z Polonią 2011 o najlepszych juniorów.

Nie nazwałbym tego konkurencją. Podczas rekrutacji nawet nie brałem pod uwagi Mateusza Ponitki, czy Michała Michalaka. Mieli w Warszawie I ligę i grali u dobrego trenera. Nonsensem byłaby próba przejęcia ich do szkoły, skoro na to miejsce mógł wskoczyć np. Kacper Radwański. Aczkolwiek we francuskim odpowiedniku SMS jesteś zmuszony brać wszystkich najlepszych, bez wyjątku: nie idąc do ośrodka związku zostajesz niedopuszczony do rozgrywek ligowych.

Przy pierwszym naborze do SMS mocno pomógł srebrny medal z MŚ w Hamburgu, prawda?

Można tak powiedzieć, ale trzeba pamiętać, że wtedy przyjmowaliśmy ponad 20 chłopców do trzech różnych klas. Pewnego dnia po prostu wsiadłem w samochód i zjeździłem całą Polskę. Siedziałem w Toruniu przy stole u pana Karnowskiego, potem wyciągałem z internatu w Stalowej Woli Grzegorza Grochowskiego i podczas spaceru namawiałem go na przyjście do SMS. Wykonałem niezliczoną ilość telefonów z zawodnikami i ich rodzicami. I oni mi zaufali, mimo że szkoła była tylko w planach i nikt jej nie widział. I to powiedzmy był maj-czerwiec, a we wrześniu byłby inny trener? Nie umiałbym spojrzeć chłopakom w oczy.

Jeśli chodzi o nabór ciekawym rozwiązaniem podzielili się ze mną trenerzy z SMS PZPS w Spale.  Tłumaczyli, że przy selekcji uczniów współpracują z psychologiem. W badania na początku nie wierzyli sami trenerzy, ponieważ sprzeciwiały się z testami motorycznymi. Dlaczego? Talent szybko rzuca się w oczy techniką, czy sprawnością fizyczną. Zapominamy jednak o dwóch ważniejszych sprawach – „serce” i „głowa”. W pierwszym roku we Władysławowie współpracowaliśmy z panią psycholog, która przyjeżdżała do nas za darmo. Potem, kiedy chcieliśmy przeforsować jej zatrudnienie, spotkaliśmy się z odmową w PZKosz.

Czy odejście po pierwszym roku Przemysława Karnowskiego, Grzegorza Grochowskiego i Filipa Matczaka nie było błędem? To byli pierwsi zawodnicy – i nie ostatni – którzy decydowali się rozwiązać trzy-letnie umowy ze szkołą. 

Szczerze? To była moja inicjatywa, przyznaje. Miała być I liga, ale już to tłumaczyłem, nastąpiła zmiana władzy w PZKosz. Pisałem do związku swoje argumenty, że mając szczególnie utalentowanych zawodników, dla których kolejny sezon w II lidze nie ma sensu, gra poziom wyżej jest konieczna. Napisałem również, i to samo powiedziałem chłopakom, że jeżeli nie będzie takiej możliwości, to powinni odejść do miejsc gdzie będą mieć to zagwarantowane. Karnowski trafił do Siarki Tarnobrzeg – Matczak, choć byłem przeciwnikiem do Zastalu Zielona Góra. Bałem się, że nie będzie otrzymywał wiele minut na parkiecie i niestety się nie pomyliłem. – Grochowski do MKS Dąbrowy Górniczej. Wolałem im pomóc, niż na siłę trzymać w SMS Cetniewo, gdzie jeszcze płaciliby za naukę. To jest rola PZKosz, aby pomagać tym chłopcom, tworzyć im najlepsze ścieżki rozwoju.

A tak nie było?

Żeby mieć korzyści z projektu jakim jest Szkoła Mistrzostwa Sportowego potrzebna jest logika działania. Od 2010 roku kiedy wystartowała szkoła było czterech głównych trenerów. Moje pytanie brzmi, czy związek wyznaczył kryteria jakie ma spełniać trener główny? Jak patrzę na dwóch ostatnich trenerów – Marcina Klozińskiego i Mirosława Noculaka, których szanuję – to są tak dwa różne przypadki, że pytam, gdzie są kryteria? Marcin przez ostatnie lata pracował z juniorami Trefla i w kadrze, ale sam jest młodym szkoleniowcem, wciąż na dorobku. Pan Noculak od 2004 roku był właściwie poza zawodem trenera, z krótkim epizodem podczas pracy z drużyną Basket Gdynia kobiet, nie wspominając kiedy ostatni raz pracował z młodzieżą. W nominacjach nie widzę logiki, ani wspólnych kryteriów jakie mieliby spełniać. Mówiąc dosadniej: ja tu widzę takie dysproporcję, że lepiej postawić kropkę.

W środowisku można usłyszeć, że szkoła stała się miejscem zesłań…

To pan powiedział. Tak jak mówię: nie ma logiki, dlatego tak to wygląda. Dzieciaki nie chcą tam iść. Formuła czterech trenerów w ciągu prawie sześciu lat jest skandaliczna. Na początku chciałem przeforsować, aby w umowie pomiędzy rodzicami a PZKosz był zapis mówiący o tym, że w przypadku zmiany trenera kontrakt może być rozwiązany za porozumieniem stron. Tłumaczyłem to w ten sposób, że dziecka nie oddaje się do SMSu, tylko do grupy zaufanych osób.

Jednym z paradoksów była sytuacja, w której nabór do szkoły przeprowadzał Arkadiusz Miłoszewski, a od września trenował ich Marcin Kloziński. 

Chora sytuacja, podejrzewam nigdzie niespotykana w dobrze rozwiniętych krajach sportowych. Jak już odchodziłem ze szkoły powiedziałem Januszowi Kociołkowi: jak siądzie nabór, siądzie szkoła i nie było to „jakieś” proroctwo z mojej strony, bo to każdy szanujący się trener wie. Pytanie brzmi czemu chłopcy nie chcą przychodzić, a kiedyś przychodzili?

Dlaczego odszedł pan ze szkoły po półtora roku pracy?

W trakcie pierwszego roku funkcjonowania szkoły doszło do zmiany władzy w PZKosz. Prezesem został Grzegorz Bachański. Od samego początku widać było, że nie jest nam po drodze.

Co to oznacza?

Do Władysławowa przyjechała komisja rewizyjna PZKosz, której mocno się przeciwstawiłem.  Mówiono, że SMS jest za drogi, chciano nam obciąć pensje. Dziś mogę powiedzieć, że jako trener główny zarabiałem 7 tys. zł na rękę, z czego 2 tys. płaciłem za mieszkanie. Całą rodzinę przeniosłem z Wrocławia na drugi koniec Polski, ponieważ mieliśmy tam być kilka lat. Wobec tego tak naprawdę zarabiałem 5 tys. zł. Komisja twierdziła, że to za dużo, co uznałem za nonsens i tak to tłumaczyłem. Nie zgodziłem się także na obcięcie pensji asystentom, którzy z kolei zarabiali dwa tysiące mniej (niecałe 5 tys. zł na rękę). W rozmowie usłyszałem: czy nie chcę pomóc PZKosz, aby szkoła nie miała problemów finansowych.

Co pan odpowiedział?

W koszykówce pracuję kilkanaście lat w centralnym szkoleniu i robię to jak najlepiej potrafię,  w ten sposób pomagam PZKosz. Oczywiście, biorę za to pieniądze, bo to moja praca, ale nie jestem od tego, aby załatwiać fundusze na prowadzenie szkoły.

Grzegorz Bachański, który zastąpił Romana Ludwiczuka na stanowisku prezesa PZKosz, od samego początku był przeciwnikiem funkcjonowania szkoły?

To trochę tak jak zmianach w polityce, którą obecnie obserwujemy. Wszyscy są wycinani i wprowadza się nowe pomysły po swojemu. Niestety, ale u nas reformy są od wyborów do wyborów. Trzeba jednak się unieść ponad to i jeśli coś już jest to naprawiać. Tak się nie da, bo za chwilę będą kolejni u władzy.

Prezes Bachański twierdzi, że parę miesięcy po starcie szkoła miała długi w wysokości 170 tys. zł. Słyszał pan o tym?

Tak, to prawda. Wynikało z tego, że dotacja z Ministerstwa Sportu i Turystyki przychodziła z początkiem 2011 roku, a szkoła rozpoczęła działalność we wrześniu 2010. Ministerstwo miało to uregulować, byłem nawet na spotkaniu, gdzie usłyszałem taką deklarację, ale później faktycznie dług pozostał.

Wróćmy do tematu pana rozstania ze szkołą. Pamiętam tamten okres, wówczas padły głosy, że jako trenerzy zarabiacie jak w ekstraklasie. 

Nie prawda! Pracowałem w ekstraklasie jako pierwszy trener i asystent. Wiem ile zarabia się na takich stanowiskach. Podpisałem umowę o pracę w wysokości 7 tys. netto miesięcznie i mogę ją pokazać. Do tego  2 tys. zł na opłacenie mieszkania, ponieważ przeniosłem się z rodziną (żona i dwóch synów). Żona zmieniła pracę, a z tym też były duże przeboje. Tomek Niedbalski szukał dla córki szkoły muzycznej, bo też chciał, aby rodzina do niego dołączyła. My naprawdę wybieraliśmy się do Władysławowa na kilka lat. Jeśli ktoś uważa, że nasze wynagrodzenie było za duże, to przepraszam. Praca w ekstraklasie to treningi, wyjazdy, ciągła presja itp. Praca w SMS trwa 24 godziny na dobę, oprócz treningów, spotkań, czy zajęć dodatkowych mieliśmy dyżury w internacie dzień i w nocy. Chłopakom często zastępowaliśmy rodziców i kto to wyceni?

Odszedł pan w trakcie drugiego sezonu.

Kończył się rok kalendarzowy i w umowie był „myk” prawny, że mogą nam obciąć pieniądze. Nie zgodziłem się na to. W szkole od samego początku liczyło się dobro chłopców, ale proszę nas też zrozumieć.

Zarobki trenerów to jedno, ale usłyszałem opinię, że koszykarski SMS jest najdroższym w Polsce.

Znów się nie zgodzę. Proszę się zapytać, czy w Spale jest tańszy. Fajnie jest opowiadać puste hasła, ale proszę, opierajmy się na faktach.

To gdzie był hamulcowy?

Polska rzeczywistość. Być może dlatego, że jestem trochę pyskatą osobą, być może dlatego, że nie jestem z układu, który wygrał wybory w PZKosz i to potrafię zrozumieć. Chcę zaznaczyć jedną rzecz. Nie przeszkadza mi to, że mnie tam nie ma, do nikogo nie mam pretensji. Mam tylko problem z tym, że nowa władza nie ma pomysłu na szkołę. Jeżeli w ciągu pięciu lat, co chwilę jest nowa kadra trenerska, co chwilę są plotki o przenosinach, a to do Radomia, a to do Łodzi, to jak to ma funkcjonować? Jak zawodnik ma tam przyjść i oczekiwać na spokojną trzy-letnią pracę? Mija to się z celem.

Usłyszałem opinię, że Szkoła Mistrzostwa Sportowego we Władysławowie (chodzi o sam projekt, a nie o lokalizację przyp.red.) było pana marzeniem i Janusza Kociołka. 

To trochę inaczej. Pracując w PZKosz, mogę to właśnie pokazać…

Tomasz Jankowski wyciąga dokumenty planów Centralnego Systemu Szkolenia.

… próbowałem zrobić, abyśmy mogli zawodnika, który jest w systemie centralnym obserwować aż do wieku seniora. Czegoś takiego do dzisiaj nie ma. Mówiłem wtedy o tzw. bazie danych. Przykładowo: chciałem wiedzieć jak Łukasz Koszarek wyglądał w wieku 14 lat i rok po roku widział jego postępy. Widziałem takie publikacje robione przez federację turecką. Dlatego dziś moglibyśmy porównać utalentowanego 15-latka z Polski powiedzmy z przysłowiowym Łukaszem Koszarkiem, grającym obecnie na poziomie Euroligi. PZKosz do dziś czegoś takiego nie ma.

Taka baza danych, o której pan mówi to pewnie spory koszt dla związku. 

A gdzie tam! Rozmawiałem o tym z Mirkiem Cyganem, ówczesnym trenerem przygotowania motorycznego w SMS, który też jest „zafiksowany” na punkcie zapisywania danych, że przydałoby się stworzyć taką bazę danych na potrzeby SMS. Mirek znalazł kolegę, który zaprojektował nam cały program komputerowy, w którym moglibyśmy zapisywać i rejestrować postępy graczy, w kilku dziedzinach np. testy i statystyki koszykarskie, badania motoryczne, antropometria, itp. Taki program stałby się tą przysłowiową bazą danych na lata pracy szkolenia w PZKosz. Cena to około 3 tys. zł. Tylko wpisywalibyśmy dane, które uzyskiwalibyśmy z testów.

Tomasz Jankowski znów pokazuje gotowy projekt programu.

Dlaczego projekt nie uzyskał zgody PZKosz?

Nie pamiętam już, który prezes się na to nie zgodził, czy Ludwiczuk, czy Bachański. Wiem tylko, że  wielokrotnie podczas pracy w związku zgłaszałem zapotrzebowanie na taki program. Dlaczego? Dziś pozyskujemy zawodników, o których nic nie wiemy, znamy tylko nazwiska wzrost itp. ale nie umiemy porównać takiego 16 latka np. z graczem sprzed lat, który odniósł sukces sportowy w seniorach. Bujamy tak naprawdę w obłokach.

Wróćmy do projektu Centralnego Systemu Szkolenia. O co w nim chodziło?

Jak pan widzi jest nie jest to takie proste do streszczenia. Zawodnik, który w wieku 14 lat zaczyna się wyróżniać, zostaje dzięki temu systemowi wyłowiony i jest monitorowany do momentu kiedy kończy 20 lat. Elementem całej układanki miała być Szkoła Mistrzostwa Sportowego. Próbowaliśmy z Romanem Skrzeczem zmienić szkolenie wojewódzkie, które stało na dobrym poziomie i według mnie rozwijało się w dobrą stronę (obecnie zmiany w mojej opinii nie mają znowu podstaw logicznego myślenia) Po kadrze U16 była luka, którą miał wypełnić SMS.

Ma pan sobie coś do zarzucenia odnośnie SMSu?

Pewnie, że tak. Było dużo błędów, które popełniliśmy zakładając szkołę. Błędów nie popełnia ten co nic nie robi, tylko komentuje i statystuje. To trochę jak na boisku zawodnik kreujący grę obok asyst i punktów też ma straty. Zawodnik-statysta stoi w rogu i czeka na podanie, ale jego statystyki cechuje wszechobecna liczba zero w każdej rubryce. Błędy  powinniśmy naprawiać i udoskonalać, a nie wycinać i negować. Jak będziemy tworzyć projekty w Polsce od wyborów do wyborów to nie ma szans. Jeżeli chcemy, aby to miało ciągłość i konsekwencje bierzmy przykład z ośrodka w Spale. Istnieją od ponad 15 lat, a sukcesów nie brakuje. Powtórzę: ciągłość i konsekwencja, a nie chaos i brak logiki.

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

8 komentarzy