Stargard Szczeciński – wczoraj a dziś

Data:

Minęło już ponad dziesięć lat od ostatniego meczu w PLK rozgrywanego w Stargardzie Szczecińskim. Jeśli minie nawet kolejne dziesięć, i tak wszyscy nadal będą pamiętać Stargard – zwłaszcza ten z lat 90-tych. Było tam wszystko – niezapomniane mecze, wicemistrzostwo Polski, europejskie puchary, ale też bójki i „biuro podróży”. Bywało barwnie, ale nie można żyć tylko przeszłością. Dziś jest spokojniej, skromniej, ale z nadzieją na lepsze czasy.

Ekscesy i sukcesy

Do dziś, gdy poznaję kogokolwiek ze Stargardu Szczecińskiego, podpytuję o koszykówkę i w odpowiedzi często słyszę głośne „Komfort Forbo!”. A przecież teraz w Stargardzie prawdziwym sportowym świętem będzie niebawem ćwierćfinał piłkarskiego Pucharu Polski, w którym II-ligowi Błękitni zmierzą się z Cracovią. Firmy Komfort i Forbo nie miały swoich siedzib w mieście jak dające obecnie mieszkańcom sporo miejsc pracy i zbudowane za miliony euro oddziały takich gigantów światowego rynku jak Bridgestone i Cargotec. Mimo upływu lat pamięć o koszykarskich sukcesach i firmach sponsorujących klub nadal jest żywa.

Te naprawdę tłuste lata dla Spójni zaczęły się nieco wcześniej niż pojawiła się nazwa Komfort Forbo, miało to miejsce już w 1994 roku. Okoliczności ówczesnego awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej na pewno bardzo miło wspomina Grzegorz Chodkiewicz. Obecny komentator Polsatu, a dwadzieścia jeden lat temu trener, który wywalczył awans ze Spójnią 27 marca, dokładnie w dniu swoich urodzin. Połowa lat 90-tych w Stargardzie to były zresztą czasy równie barwne co wyszukane metafory Chodkiewicza. Wielu kibiców pewnie wciąż pamięta o słynnej bójce z udziałem dwóch pierwszych czarnoskórych koszykarzy Spójni, Martina Egglestona i Tyrone’a Thomasa. W meczu z Nobilesem doszło do starcia z udziałem także Igora Griszczuka i Henryka Wardacha, a sprawa była na tyle poważna, że Wydział Gier i Dyscypliny PZKosz. nad karami debatował dziesięć godzin, a bójkę z udziałem koszykarzy Spójni pokazywało wiele stacji na całym świecie.

W zaistniałej sytuacji bardzo ciekawie zachował się główny sponsor. Komfort widząc, że nazwa firmy przewija się w wielu krajach, postanowił przekazać jeszcze więcej pieniędzy na koszykówkę dzięki tej darmowej, ale niezwykłej promocji własnej marki. Atmosferę podsycała też prasa, która pisała o Thomasie jak o kryminaliście. Wynikała to z błędnego tłumaczenia, ponieważ z kryminałem Thomas miał do czynienia, ale tylko na studiach. Tak człowiek ze zdobytym na uczelni dyplomem kryminologa stał się w Polsce…  kryminalistą. Eggleston przez udział w bójce również nie miał przez sporą część kibiców w różnych częściach kraju – delikatnie nazywając – dobrej opinii, ale w Stargardzie wspominają go do dziś z sympatią. Pracujący od wielu przy Spójni Krzysztof Wiśniewski pokazuje mi nawet mailową wiadomość, którą w ubiegłym roku z pozdrowieniami wysłał do Stargardu Eggleston. Pan Krzysztof Wiśniewski zresztą jest prawdziwą kopalnią wiedzy na temat amerykańskich zawodników grających na przestrzeni lat w Spójni.

Martin Eggleston świetnie odnajdywał się w stargardzkich realiach, był bardzo otwartym człowiekiem i wszyscy go tutaj bardzo lubili. Z Egglestonem wiąże się też taka historia, że uwielbiał kurczaki i gdy jechaliśmy w trasie na mecz w kierunku Zielonej Góry, strasznie upodobał sobie taki jeden zajazd. Zawsze się tam zatrzymywaliśmy autokarem, Eggleston jadł kurczaki, reszta zespołu także tam przebywała. Później pojawiały się informację w mediach, że Spójnia jest takim biednym klubem, że nie stać klubu na porządny posiłek w restauracji, tylko zawodnicy muszą się stołować na trasie, co oczywiście nie było prawdą. Bardzo dobrze odnalazł się u nas także Joseph McNaull, łatwo się zaaklimatyzował do polskich zwyczajów, do polskiej kuchni. W tamtym czasach ściągało się Amerykanina po obejrzeniu jednej kasety, niektórzy „gubili” centymetry w samolocie. Kiedyś miałem odebrać zawodnika na lotnisku, sam nie znałem języka angielskiego, a wiedziałem tylko jak zawodnik się nazywa, ile ma wzrostu oraz, że jest czarnoskóry. Problem był tylko taki, że większość, którzy przylecieli tym samolotem, to byli sami czarnoskórzy. Ostatecznie udało nam się go znaleźć. To był Keith Veney, ale się nie sprawdził, zagrał u nas tylko jeden mecz. – opowiada Wiśniewski, obecnie kierownik biura klubu prowadzący też skrupulatne statystyki z tamtych lat.

Stargard przyciągał do siebie wielu nietuzinkowych amerykańskich graczy, którzy potrafili w równym stopniu sprawiać problemy rywalom na parkiecie, co własnemu klubowi poza nim. Najlepszym przykładem jest Kelvin Upshaw, prawdopodobnie zawodnik o największych możliwościach jaki kiedykolwiek występował w Stargardzie. Trochę rozegranych spotkań w NBA, wielokrotnie błysk geniuszu w PLK, ale też niesamowite problemy, szczególnie po aferze z Jarosławem Darnikowskim, którego zaatakował nożyczkami, dodatkowo potrafił zostawić klubowi w wynajmowanym mieszkaniu rachunki telefoniczne na kwotę 4-5 tysięcy dolarów. Świetny na boisku potrafił być też Jeffrey Stern. Silny center wielokrotnie wygrywał starcia z podkoszowymi innych zespołów, co było jego sporą zaletą. Niestety potrafił też pokonywać ciosem nawet kolegów z zespołu. Był też Chris Sneed, o którym prezes Komfortu w latach 90-tych Wojciech Bartczak wypowiedział się w prasie jednoznacznie:

Trudno traktować poważnie faceta, który na dwie godziny przed meczem, owszem, ćwiczy wsady, ale niekoniecznie koszykarskie…

Nic dziwnego, że w Stargardzie funkcjonowało w pewnym czasie swoiste biuro podróży, ale miało to miejsce już po największym sukcesie jakim było wicemistrzostwo Polski w sezonie 1996//1997. Pod wodzą Tadeusza Aleksandrowicza, który potrafił zapanować nad zespołem złożonym z m.in. śp. Markiem Sobczyńskim, Josephem McNaullem, Keithem „Kiciorem” Williamsem, Krzysztofem Wilangowskim czy Pawłem Wiekierą, to właśnie ta ekipa z niedużego miasta potrafiła pokonać wielki Śląsk, który wielokrotnie cierpiał na swego rodzaju kompleks drużyny ze Stargardu. Mobilizacja w Spójni na te mecze była ogromna, a całe miasto żyło tymi spotkaniami. Dochodziło do podobnych sytuacji, tylko jeszcze na dużo większą skalę, jak teraz w Kutnie, kiedy ludzie „zabijali się”, żeby tylko zdobyć wejściówkę na halę.

Zjazd w dół

W XXI wiek Spójnia weszła spokojnie, choć był to już klub o mniejszym potencjale sportowym i finansowym niż jeszcze przed kilkoma laty. Jednak nawet w tym czasie występowali tam zawodnicy z USA, nad którymi warto chwilę się pochylić. Brian Lynch na samym początku swojej zawodowej kariery grał w Spójni tylko przez sezon i gdyby zadomowił się w mieście na dłużej, pewnie nie poznałby swojej żony, słynnej tenisistki Kim Clijsters, z którą ożenił się w 2007 roku. Belgijka, która wygrała na korcie aż 41 turniejów WTA, z czego czterokrotnie w Wielkim Szlemie, w Stargardzie nigdy się nie pojawiła, w przeciwieństwie do Shawna Resperta, który występował tam przez rok.

Respert to ostatni zawodnik z naprawdę z wysokiej półki jaki występował w Spójni. Wybrany z wysokim ósmym numerem w drafcie 1995 i mający za sobą kilka sezonów w NBA Respert słynął szczególnie z kapitalnie wykonywanych rzutów wolnych. Po skończeniu sezonu w 2003 roku odszedł jednak na sportową emeryturę, a nadzieją na przyszłość dla Spójni mogli być juniorzy, którzy w tym samym czasie zdobyli mistrzostwo Polski. W tamtym zespole prowadzonym przez Ireneusza Purwinieckiego występowali Tomasz Świętoński, Adam Hrycaniuk, Hubert Mazur, Paweł Leończyk. Niestety dla klubu swoje poważne seniorskie kariery kontynuowali oni w dużym stopniu już w innych klubach, a sama Spójnia ostatecznie w 2004 roku spadła z PLK i jak do tej pory tam nie powróciła.

MPJ2003

Ostatnia dekada to trudny czas dla Spójni, ale i dla całego regionu. Najgorzej było przed ośmioma laty, kiedy zespół spadł do drugiej ligi. Wtedy Spójnia toczyła derbowe boje przy pełnej hali z AZS Radexem Szczecin, ale jednak tylko na poziomie trzeciej klasy rozgrywkowej. Od 2009 roku nieprzerwanie do tej pory hala przy ulicy Pierwszej Brygady nieustannie gości pierwszoligowców, jednak w tych latach trudno wskazać jakiś wyraźny impuls oznaczający wyraźny rozwój. Musiał nastąpić czas na kolejne zmiany.

Nadzieja na jutro

Po ostatnim bardzo słabym sezonie w klubie nastąpiło wiele roszad. Zmienił się zarząd, na czele którego stanęła kobieta, a jednym z wiceprezesów został doskonale znany wszystkim kibicom basketu w Polsce Wiktor Grudziński. Pani prezes Beata Radziszewska szczególnie wspomina o konieczności odbudowania systemu szkolenia, które w ostatnich latach wyraźnie podupadło. Trudno obecnie znaleźć młodych wychowanków Spójni odgrywających duże role nie tylko w TBL, ale nawet w pierwszej lidze.

W przerwie letniej zmienił się nie tylko zarząd, ale też skład oraz trener pierwszej drużyny. Postawiono na doświadczenie i na razie wychodzi to wszystkim w klubie na dobre. Trener Aleksander Krutikow stara się połączyć rutynę z młodością i nie zamierza nikomu zaglądać w metrykę. Jest bardzo zadowolony z pracy doświadczonych graczy, którzy stanowią główną siłę drużyny – Piotr Pluta, Rafał Bigus, Marcin Stokłosa, Łukasz Żytko i Jerzy Koszuta przecież z niejednego koszykarskiego pieca chleb jedli. Gdyby jednak zajrzeć im w metrykę, średnia wieku tej piątki przekracza 35 lat. Spoglądając jednak na ostatnie sezony w pierwszej lidze widać, że to właśnie weterani rządzą tymi rozgrywkami. Zresztą idealnym przykładem jest tego właśnie Bigus, ocierający się w obecnym sezonie o double-double.

Mimo, że od sukcesów i występów w PLK Spójni minęło już bardzo dużo czasu, nieprzerwanie to basket jest jedną z najważniejszych wizytówek miasta. Wiedzą o tym w magistracie, który jest głównym darczyńcą klubu, przekazując na wszystkie drużyny 500 tysięcy złotych na pierwsze półrocze 2015 roku. To kwota jaka jest przeznaczona na pierwszy zespół oraz sześć grup młodzieżowych, gdzie trenuje około 100 osób. Do tego dochodzą wpływy od drobniejszych sponsorów często na zasadzie barteru oraz z biletów. Wejściówki są jednak dość tanie (10 i 5 zł), a średnia frekwencja na meczach wynosi 600-700 widzów, więc łatwo obliczyć, że dzięki sprzedanym biletom do kasy nie wpływają wielkie kokosy.

Ważną kwestią dla klubu jest nieodpłatne korzystanie z hali (pojemność ok. 2000) należącej do OSiR, dzięki czemu udaje się zaoszczędzić nieco pieniędzy, bo innych wydatków nie brakuje. Szczególnym przekleństwem dla Spójni są wyjazdy, w czasie  których w obecnej pierwszej lidze będzie trzeba pokonać aż około 17000 km! Dla klubu na tym poziomie to duży problem logistyczny, ale i finansowy. W TBL pod względem wyjazdów byłoby lepiej, ale w Stargardzie Szczecińskim na razie o szybkim awansie nie myślą.

Chcielibyśmy awansować w sezonie 2017/2018, aby do tego czasu uporządkować wszystkie sprawy organizacyjne i szkoleniowe, by wszystko odbywało się na zdrowych zasadach. Bardzo dobrze układa się nam współpraca z prezydentem i MOS (Młodzieżowy Ośrodek Sportowy), a Spójnia to ciągle pewna wizytówka naszego miasta, wiele osób w Polsce nadal kojarzy Stargard z koszykówką – mówi prezes Spójni, Beata Radziszewska.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze