„Synek, FC Barcelona pisze” – reportaż OFENS! o 14-letnim Filipie Siewruku

Data:

Czasem jedna sytuacja, chwila, moment, zmieniają nasze życie o 180 stopni. Trudno się do tego przygotować. Bo jak przygotować się na wiadomość od jednego z największych klubów świata, który docenił talent naszego dziecka i chce go ściągnąć do siebie? To nie bajka tylko prawdziwa historia rodziny Siewruków z Koszalina, a przede wszystkim 14-letniego Filipa. Od kilku miesięcy jest koszykarzem młodzieżowej sekcji FC Barcelona. Dla wielu z nas marzeniem jest wyjazd na kilka dni do stolicy Katalonii – zobaczyć Camp Nou, kupić koszulkę Leo Messiego i wrócić. Filip wyjechał, ale na trochę dłużej – na trzy lata, ale wszyscy głęboko wierzą, że na znacznie dłużej.

***

11 Listopada, 2014 roku.

Dzień wolny, brak szkoły, treningu – 12-letni wówczas Filip, jak większość nastolatków, spędza czas grając na konsoli w ulubioną grę. Zaskoczenia nie ma – NBA 2k15. Kiedy zdobywał kolejne punkty LeBronem Jamesem, nie miał jeszcze pojęcia, co za chwilę się wydarzy.

– Usiadłem do komputera, otworzyłem Facebooka i zobaczyłem wiadomość od nieznajomej osoby. Był to Gerrard Colome, skaut agencji Octagon. W krótkiej wiadomości zapytał, czy może wysłać e-mail, ponieważ kilka klubów hiszpańskich wyraża zainteresowanie moim synem, a szczególnie jeden – mówi tata Filipa.

Kilka minut później Bartłomiej Siewruk, były koszykarz oraz trener m.in. pracujący przy AZS Koszalin, otwiera pocztę. Jak sam wspomina: już wtedy czułem, że dzieje się coś naprawdę ważnego. Filip gdzieś za ścianą w pokoju obok, całkowicie zrelaksowany, rozgrywa kolejną partyjkę zespołem Cleveland Cavaliers. Rodzicom coraz mocniej zaczyna bić serce. Już wiedzą, jaka jest treść od nieznajomego. Ojciec Filipa pamięta tamten moment bardzo dokładnie. Razem z żoną Julią stali w kuchni, patrzyli na siebie, ale nikt nic nie mówił. Tylko w głębi duszy okazywali radość. Pojawiło się pytanie: jak synowi zakomunikować wiadomość?

– Poszliśmy do jego pokoju, on zajęty grą, początkowo nie był zadowolony, że mu przeszkadzamy. Może spodziewał się, że musi wynieść śmieci albo odkurzyć pokój. Nie tym razem (śmiech) – opowiada tata Filipa.

Proste komunikaty zawsze są najlepsze.

– Synek, przyszła wiadomość z Barcelony. FC Barcelony…

Kolejny szok w domu państwa Siewruków. W tamtym momencie Filip prawdopodobnie miał największe oczy ze wszystkich rówieśników w Polsce. W dłoni trzymał jeszcze „pada” od konsoli, ale już ewidentnie nie był zainteresowany NBA. W głowie zaświeciła mu się lampka o błysku „FC Barcelona”.

– Barcelona? Nie wierzyłem co się dzieje – tyle wspomina Filip.

Jest usprawiedliwiony. Nie codziennie przychodzi wiadomość, która tak naprawdę jest spełnieniem marzeń. Chcieliśmy napisać: dziecięcych marzeń, ale przecież Filip to jeszcze dziecko. No, może trochę wyższy od rówieśników.

W drugim e-mailu przyszło oficjalne zaproszenie na testy do stolicy Katalonii. Filip w Barcelonie to temat przewodni mojego reportażu z Barcelony, ale warto zwrócić uwagę na jeden wcześniejszy epizod…

***

Choć Filip miał wówczas 12 lat, nie był to jego pierwszy kontakt z europejską koszykówką. Od 2013 roku był zawodnikiem litewskiego Tornado Kowno. Jak to tego doszło? Filip jest wychowankiem MKK Basket Koszalin, gdzie trenerem był jego tata, Bartłomiej. W 2013 roku udali się na świąteczny turniej do Kowna. Zagrał rewelacyjnie, padła propozycja, aby pojechał na obóz z zespołem Tornada. Zachwyt nad pochodzącym z Koszalina dzieciakiem rósł z każdym dniem. Litwini zaproponowali, aby dołączył do zespołu na stałe.

– To był trudny czas. Chcieliśmy dać synowi kolejną szansę na rozwój, ale nie mogliśmy zapomnieć o nauce. Tym bardziej, że był w ostatniej klasie szkoły podstawowej. Całe szczęście dogadaliśmy się z nauczycielami, że będzie mógł znikać ze szkoły nawet na miesiąc, aby móc grać na Litwie, gdzie zawoziliśmy go na przemian z dziadkiem – wspomina Bartłomiej Siewruk.

Ma tylko 12 lat, być może nie do końca jest świadom wszystkiego, ale próbuje. Kocha koszykówkę, chce się jej poświęcić. Ma talent, który doceniają trenerzy z kraju gdzie koszykówka jest religią. Filip nie zapomina o nauce. Wie doskonale, że dobre statystyki po meczu to jedno, ale punkty muszą zgadzać się także w teście kończącym szkołę podstawową.

– Codziennie miałem styczność z materiałem, który normalnie opracowywali moi koledzy w klasie. Byłem cały czas na bieżąco, odrabiałem te same prace domowe. Z lekcjami pilnował mnie mój trener, u którego mieszkałem podczas wyjazdów do Kowna – mówi 14 latek z Koszalina.

Szkoły nie zaniedbywał, dlatego w spokoju mógł poświęcać się swojej największej pasji. Z czasem pojawiały się głosy, aby z kowieńskim klubem związał się na dłużej. Co więcej, wokół młodego Polaka zaczęli się kręcić litewscy agenci, którzy reprezentują interesy Jonasa Valanciunasa, zawodnika Toronto Raptors. Brzmi kusząco. Tata Filipa przyznaje, że na poważnie brali pod uwagę, aby przenieść syna na stałe do Kowna. Nikt jednak nie przewidział, że pewnego pięknego dnia, kiedy wszyscy Polacy zazwyczaj świętują odzyskanie niepodległości, dla rodziny Siewruk data 11 listopada będzie mieć dodatkowe znaczenie.

– Wiem, że w Tornado mają do nas żal. Może mają rację, ale propozycja z Barcelony mogła pojawić się pierwszy i ostatni raz. Musieliśmy spróbować – tłumaczy Bartłomiej Siewruk.

Sezon na Litwie Filip zakończył wicemistrzostwem z Tornado Kowno. Przegrali jedynie ze słynną akademią Sarunasa Marciulionisa. To właśnie przeciwko synowi legendy litewskiej koszykówki na parkiecie mierzył się Polak.

filiptornado

***

Na przełomie stycznia i lutego Filip Siewruk wspólnie z tatą udaje się do Barcelony, gdzie ma przejść testy. Bierze udział w treningach oraz specjalnych badaniach lekarskich. Co ciekawe, już wtedy sztab medyczny FC Barcelony prognozuje wzrost młodego Polaka – od 204 do 207 cm. Zostaje oprowadzony po słynnym ośrodku szkoleniowym – La Masia. To właśnie tam swoje pierwsze kroki piłkarskie stawiali Lionel Messi, Andres Iniesta, czy aktualnie jeden z najlepszych trenerów na świecie, Pep Guradiola. Kapitalna baza, idealne warunki, aby skupić się na sporcie i spełniać swoje marzenia. To właśnie tam na boiskach na co dzień trenują piłkarze Dumy Katalonii.

– Choć byłem wszystkim zaszokowany, to ogólnie zadowolony. Wróciliśmy z tatą do Koszalina i czekaliśmy na odpowiedź. Przyszła dość szybko z jasnym komunikatem, że są zainteresowani – mówi z uśmiechem na twarzy wychowanek MKK Basket Koszalin. – Postawili tylko jeden warunek – dodaje.

Jaki?

Włodarze FC Barcelona określili, że dla Filipa najlepiej będzie jeśli trafi pod skrzydła opiekunów ośrodka La Masia. Bardzo im zależało, aby jak najszybciej zaczął mówić po hiszpańsku. To tak naprawdę ogromne wyróżnienie, ale i prestiż. Szkółka może pomieścić tylko 180 dzieciaków z różnych sekcji – piłka nożna, piłka ręczna, koszykówka, hokej na lodzie. Chętnych jest wielu i to z całego świata. Nigdy wcześniej, żaden Polak nie był w ośrodku. Ta propozycja jeszcze bardziej przekonała rodziców, że trzeba spróbować.

– Wywalczenie miejsca w La Masia nie jest prostą sprawą. Wiadomo, że FC Barcelona to przede wszystkim piłka nożna i szkolenie ich talentów. Dlatego, kiedy dowiedzieliśmy się o warunkach w jakich syn będzie funkcjonował podjęliśmy, mamy nadzieję, jedyną słuszną decyzję – komentuje Bartłomiej Siewruk.

Tym samym kolejna przeprowadzka dla Filipa staje się faktem. Po raz kolejny musi opuścić swój Koszalin, aby gonić za marzeniami. Nie wyjeżdża jednak sam. Rodzice postanowili, że pierwszy rok musi mieć kogoś bliskiego na miejscu. Dlatego Bartłomiej Siewruk decyduje się zawiesić swoją pracę w MKK Basket Koszalin i jedzie z synem do Barcelony. Nie jest to prosta decyzja, ale czego się nie robi dla swojego dziecka?

27 sierpnia 2015 roku ruszają w najbardziej wesołą podróż w jakiej brali udział – tak podkreślają. Drogę do nowego miejsca rozkładają na trzy dni. Z Koszalina do Barcelony jest prawie 2200 km – sporo. Jest to jednak czas na ostatnie przemyślenia przed zupełnie nowym wyzwaniem. Czas na żarty, wspomnienia o pierwszych podchodach do koszykówki. Kiedy zbliżają się do celu, nowi opiekunowie bez przerwy ślą wiadomości gdzie są, czy aby na pewno wszystko jest w porządku.

W końcu jest – La Masia! Nowy dom Filipa Siewruka. Przypomnijmy, wówczas 13-letniego chłopaka z Koszalina, którego wielka FC Barcelona zapragnęła mieć w swoich szeregach.

– Przyjeżdżając do ośrodka poznałem naszego opiekuna, Xaviego. Dostałem specjalną kartę, która jest naszym identyfikatorem. Dzięki niej wiadomo czy zjadłem posiłek, czy jestem w środku La Masia, czy poza nim. Za każdym razem przy wyjściu z budynku musimy przyłożyć kartę do czytnika – mówi Filip.

Pierwsze dni nie były łatwe. W pokoju był sam, ponieważ jego koledzy jeszcze nie wrócili z wakacji. Nikogo nie znał, dlatego nic dziwnego, że przed pierwszym posiłkiem na wielkiej stołówce, był ogromnie zestresowany. Po raz kolejny został poddany także testom fizycznym oraz przeprowadzono badania lekarskie. I tu pojawił się pierwszy problem. Tuż przed wyjazdem  złamał palec w stopie.

– W koszalińskim szpitalu po prześwietleniu powiedziano nam, że wszystko jest w porządku i palec jest cały. Skoro tak,  trenował dalej. Po pierwszych treningach skarżył się na ból. Kiedy lekarze FC Barcelony wzięli sprawy w swoje ręce okazało się, że palec jest… złamany – mówi tata.

Lekarze nakazali Filipowi natychmiast chodzić o kulach. Wszystko po to, aby nie obciążał kontuzjowanej stopy. Opieka medyczna w katalońskim klubie stoi na najwyższym światowym poziomie. Zresztą, posłuchajcie „jak to się robi w Barcelonie”.

– Uraz nie oznaczał jednak przedłużenia wakacji. Musiałem normalnie stawiać się na treningach i z trenerem odpowiedzialnym za przygotowanie fizyczne, wracałem do formy. Rzuty z krzesła, praca nad techniką rzutu itp. Nie pozwalali się obijać – wspomina.

Choć trudno w to uwierzyć koszalinianin pewnie za chwilę przekroczy 200 cm wzrostu. Wiąże się to także z rozmiarem buta, który nie jest taki jak u rówieśników.

– Filip ma obecnie 14 lat, 196 cm wzrostu i rozmiar buta 49. Nic więc dziwnego, że przy tak szybkim dojrzewaniu pojawiają się pierwsze problemy zdrowotne. Kilka miesięcy temu narzekał przede wszystkim na ból stóp. Lekarze FC Barcelony przeprowadzili badania, z których wynika, że zgięcie stóp podczas wysiłku jest niewłaściwie. Dlatego został zrobiony odlew, aby Filip mógł grać w specjalnych wkładkach – opowiada tata.

***

Jak wygląda życie zawodnika w juniorskich drużynach FC Barcelona?

O godz. 7:30 pod ośrodkiem La Masia zostaje podstawiony autobus, który wiezie uczniów do szkoły. Do tego czasu zawodnicy mają czas, aby wstać, zjeść śniadanie i się spakować. Filip z Borja i Guillem (koledzy z pokoju) są tak sprytni, że meldują się znacznie wcześniej w autokarze, aby mieć dodatkowe kilka minut na sen przed lekcjami.

– Jeśli zawodnik nie zdąży na autobus, ma obowiązek zamówić taksówkę i na własny koszt pojechać do szkoły – opowiada.

Filip uczęszcza do hiszpańskiej szkoły, razem z kolegami z drużyny. Początki nie były łatwe. Bariera językowa zawsze stanowi problem. Niektóre lekcje są jednak podzielone na grupy: jedna dla Hiszpanów, druga dla obcokrajowców, gdzie przedmiot wykładany jest po angielsku np. technika. W szkole ma codziennie pięć lekcji.

– Wracamy do ośrodka o godz. 14. I jeśli ktoś nie zdąży znów na autobus, to płaci za taksówkę. Mi się jeszcze ani razu nie zdarzyło – śmieje się Polak.

Po obiedzie ma indywidualne lekcje z języka hiszpańskiego. Potem przychodzi czas na to, po co przyjechał do Hiszpanii – koszykówkę. Treningi odbywają się praktycznie codziennie i każdy trwa półtorej godziny. Rodzice nie mogą oglądać zajęć. Otwarte jedynie są piątkowe zajęcia. W Polsce pewnie byłoby to niemożliwe, ale potem pod okiem specjalistów udaje się na siłownię. Swoje ciało wzmacnia cztery razy w tygodniu.

– Dzień tak naprawdę kończy się o godz. 21. Porównując do tego jak było na Litwie jest o wiele ciężej – mówi.

Dwa razy w tygodniu Filip ma indywidualne treningi, o które sam prosił. To tytan pracy. Podczas przerwy świątecznej kiedy udał się do rodzinnego Koszalina namówił tatę, aby zorganizował salę, ponieważ chce poćwiczyć.

128796_81_135374_81

***

Tyle już opowiadam, ale pewnie zastanawiacie się: hej, ale jak Filip sobie koszykarsko radzi w FC Barcelonie? To był jeden z głównych punktów mojej wycieczki do Barcelony. Chciałem na własne oczy sprawdzić, czy rośnie nam wielki talent, który za parę lat będzie w stanie podnieść z kolan polską koszykówkę.

Akurat trafiłem na mecz wyjazdowy. Spotkałem się z tatą Filipa i lekko zaskoczony pojechaliśmy po… Filipa. Okazuje się, że nawet na mecze wyjazdowe rodzice dowożą sami swoich synów. Dlaczego?

– Wydaje mi się, że jest to celowo sprowokowane, aby zaangażować bardziej rodziców. Wymusza to na nich oglądanie spotkań także na wyjazdach, a zdarza się, że niektóre mecze gramy nawet 100 km od Barcelony. Wówczas mamy wspólne posiłki, ale co ciekawe nie biorą w nich udziału trenerzy – mówi Bartłomiej Siewruk.

Mecz odbywał się w niewielkiej miejscowości, którą najlepiej będzie określić „sypialnią” stolicy Katalonii. Urodzony w 2002 roku Filip szybko zostaje przeniesiony do drużyny o rok starszej. Dlaczego?

– Na tle swoich rówieśników bardzo się wyróżniał. Nie było dla niego problemem zdobywanie po 20 punktów. W roczniku starszym widać gołym okiem ile mu jeszcze brakuje, stąd taka decyzja – opowiada Bartłomiej Siewruk.

Trafiam na mecz gdzie FC Barcelonie przez cały mecz praktycznie w ogóle nic nie idzie. Lokalny zespół, który był z kolei starszy o rok, był zdeterminowany, aby pokonać wielką Barcelonę. Na trybunach zasiadło sporo kibiców, którzy także dawali do zrozumienia komu kibicują. Jak wypadł Filip?

Mecz zaczął z ławki. Filip występuje na pozycji silnego skrzydłowego, ale docelowo jest plan, abyśmy za parę lat oglądali go na „trójce”. Widać, że chłopak ma niebywałą lekkość. Jak na 14-latka ma bardzo dobrze, miękko ułożony rzut. Jest to autentyczny rzut, a nie, jak większość rówieśników, wypychanie piłki sprzed klatki piersiowej nie mając siły. Może to zabrzmi banalnie, ale piłka mu nie przeszkadza, co nawet na tle Tauron Basket Ligi nie jest taką oczywistą sprawą.

Kilka tygodni temu w Hiszpanii odbywał się prestiżowy turniej młodzieżowy MiniCopa 2016. To, że Filip spisał się tam doskonale to mało powiedziane. Znalazł się nawet na oficjalnej stronie ACB.com w gronie zawodników, którzy zostali wyróżnieni. W pierwszym meczu przeciwko zespołowi z Teneryfy rzucił 37 punktów w 5/7 za 3! W jednym spotkaniu jego rzut zza linii 6,75 doprowadził do dogrywki. Na zbitkach wideo z tego turnieju możemy zauważyć postępy Filipa. Po zbiórce nie oddaje piłki, mimo że jest najwyższy w zespole i decyduje się rozgrywać. Co więcej! Potrafi „zapakować” piłkę do kosza w kontrze. Jakie są najmocniejsze strony Filipa? Odpowiada on sam.

– Gra 1 na 1, rzut i oszukiwanie obrońców na tzw. pompki – mówi skromnie.

Przed wyjazdem do Hiszpanii razem z tatą trenował rzuty z jednej nogi i zachwianych pozycji. Jak wspomina Bartłomiej Siewruk synowi bardzo się to spodobało:

– Pokazałem mu jak rzuca Dirk Nowitzki. Spodobało mu się i zaczęliśmy to ćwiczyć. To cały Filip, ciągle chce trenować, poprawiać braki – mówi senior Siewruk

Dla Filipa idolem i wzorem do naśladowania jest Adam Waczyński. Podczas naszego pobytu w Barcelonie udało nam się doprowadzić do spotkania być może przyszłych kolegów z reprezentacji. Co o zawodniku Barcy sądzi „Waca”?

– W jego wieku trochę daleko mi było do Barcelony. (śmiech) Oby nic mu się nie stało, był w tym miejscu jak najdłużej, słuchał trenerów, a na pewno będziemy mieć z niego dużo radości – mówił nie tak dawno na łamach OFENS!, aktualny najlepszy strzelec ligi hiszpańskiej.

Zresztą Filip reprezentanta Polski uznaje za swojego idola. „Waca” nieco tym przejęty postanowił przekazać swój numer komórkowy i powiedział: masz problem, chcesz pogadać – dzwoń! Nie krępuj się.

12236852_1189762591038323_1087607662_o

***

Cała dotychczasowa historia Filipa Siewruka w Barcelonie jest jak piękny sen dzieciaka, który marzy o tym, aby za parę lat być zawodowym koszykarzem. To niesamowita przygoda, którą bardzo chciałem zobaczyć z bliska. Tylko co, jeśli wam powiem, że podczas mojego pobytu w Barcelonie najbardziej zaskoczyło mnie co innego? Posłuchajcie, warto.

Jedyny mecz naszego juniora w FC Barcelonie podczas trzydniowej wizyty portalu OFENS! w Hiszpanii odbywał się dwie godziny po przylocie. Logistycznie trudna sprawa do przeskoczenia, tym bardziej, że mecz odbywał się poza stolicą Katalonii. Gdyby nie uprzejmość pana Bartłomieja, który odebrał mnie z lotniska, straciłbym jedyną szansę zobaczenia Filipa w akcji. Kiedy wylądowałem zgodnie z umową zadzwoniłem do seniora Siewruka.

– Tak, już dojeżdżamy po ciebie z Joanną – usłyszałem w słuchawce.

Joanna? Nie miałem pojęcia o kogo chodzi. Żona? Córka? Nie wiedziałem kogo się spodziewać. Szybko okazało się, że to nie małżonka, ani też córka. No to kto?

– Asia też jest z Koszalina i gra tutaj w koszykówkę – zdradza Bartłomiej Siewruk.

Zaraz, zaraz, jak to? – takie były moje pierwsze myśli. To w Barcelonie mamy dwa koszykarskie talenty, z czego o jednym właściwie w ogóle nic nie wiadomo? W takim razie pozwólcie, że przedstawię wam Joannę Kobylińską, miejmy nadzieję talent na miarę najlepszej polskiej koszykarki Agnieszki Bibrzyckiej.

Asia, podobnie jak Filip, urodzona jest w 2002 roku. Od 2010 roku zaczęła trenować koszykówkę w klubie MKK Basket Koszalin. Postępy robiła w niewiarygodnym tempie. Kto widział ją w akcji od razu mówił: ale ta dziewczynka ma talent! Dlatego Bartłomiej Siewruk postanowił przenieść ją do swojej grupy, w której trenowali m.in. Filip Siewruk oraz synowie Igora Milicia. Skąd taki pomysł?

– Asia nie miała konkurencji. Na parkiecie się bawiła, robiła co chciała, przez co się nie rozwijała. Dlatego podjęliśmy decyzję, że najlepiej, aby dołączyła do zespołu chłopców. Proszę mi wierzyć, że nie była gorsza od nich. Ba! Była jednym z pierwszych zawodników, którzy byli wybierani przy doborze drużyn podczas treningowej „gierki”  – mówi Bartłomiej Siewruk.

Trener Siewruk bardzo chciał, aby nie tylko trenowała, ale także grała w rozgrywkach dla chłopców. Klub pisał pisma, tłumaczył dlaczego tak się dzieje, ale często spotykał się z odmową. Polska rzeczywistość – nie pozwolą i koniec kropka! (czyt. głupota) Czasami zdarzało się, że na turniejach trenerzy innych drużyn przymykali oko i pozwalali grać dziewczynce z chłopakami lekko się śmiejąc, nie czując żadnego zagrożenia.

– Uśmiech z twarzy znikał szybko, kiedy mijała ich najlepszych zawodników – śmieje się Siewruk.

Jak to się stało, że Joanna Kobylińska też jest w Hiszpanii? Kiedy Filipem zainteresowała się agencja Octagon, trener Siewruk zapytał, czy jest możliwość, aby wysłać materiały wideo na temat pewnej utalentowanej dziewczynki z Koszalina. Choć nikt nie liczył na odpowiedź, okazało się, że klub Basket Femeni Sant Adria jest zainteresowany młodą polską koszykarką. Kiedy pytam sam zainteresowaną o jej reakcję, odpowiada tak samo jak pewien junior Barcy…

– Nie wierzyłam co się dzieje. Pamiętam tylko, że Filip pisał do mnie na Facebooku, aby moja mama w końcu odebrała telefon! – śmieje się.

Kiedy mama Joanny w końcu odebrała telefon od Bartłomieja Siewruka właściwie możemy zrobić „kopiuj, wklej” pierwszych akapitów reportażu, aby opisać to co się działo w ich domu. Szok, niedowierzanie, ale jednocześnie ogromna radość i chęć spróbowania. Asia w czerwcu udała się na testy do Barcelony ze swoją mamą i trenerem. Odpowiedź przyszła szybko – chcemy Joannę Kobylińską w swoich szeregach.

– Jeśli ktoś szuka wzoru do określania czym jest talent koszykarski to proszę, to jest wzór. Charakter i ciężka praca – mówi Siewruk.

12255474_530426113779039_80679337_o

Asia występuje na pozycji „jedynki” lub „dwójki”. Jak na swój wiek jest dobrze wyszkolona technicznie. Ma „smykałkę” do seryjnych rzutów za trzy.  Charakteryzuje ją twarda obrona, za co najbardziej jest chwalona w Hiszpanii. Trenuje trzy razy w tygodniu. Mało? Być może. Musicie jednak wiedzieć, że jeden trening trwa trzy godziny! Polka oczywiście chodzi też do szkoły, zdążyła się już zaaklimatyzować w nowym miejscu. W swoim zespole należy do grona najlepszych zawodniczek. Klub, w którym występuje jest jednym z faworytów do zdobycia tytułu mistrza Hiszpanii. Im lepsze występy Asi, tym większa szansa, że zostanie w Barcelonie na dłużej. W jej przypadku kontrakt został podpisany na rok. Tak więc aktualnie walczy o przedłużenie pięknej koszykarskiej przygody.

– Czasami czuję się tutaj jak w kosmosie. Tak było na początku, ale teraz już przywykłam – mówi.

Aklimatyzacja dla Joanny i Filipa była dosyć trudna. Nie mogli się na początku odnaleźć, dlatego z pomocą w trudnych momentach przychodził Bartłomiej Siewruk, który z nimi jest na miejscu. Pierwsze miesiące nie były łatwe. W szkole właściwie nic nie rozumieli, byli daleko od domu, bez koleżanek i kolegów, a internet nie zawsze we wszystkim pomoże.

– Dzieciaki już się zaaklimatyzowały. Myślą już o szkole, zależy im na dobrych ocenach. Przyzwyczaili się do nowego miejsca, dlatego już nie mają pod górkę. Mogą spokojnie trenować, realizować swoje koszykarskie marzenia. Oby ich przygoda w Barcelonie trwała jak najdłużej. Widzę jakie mają możliwości, nic tylko korzystać! – mówi na zakończenie Bartłomiej Siewruk, który także zmienił swoje życie.

Nam pozostaje tylko trzymać kciuki i na bieżąco sprawdzać ich postępy. Swoją drogą wiecie co powiedział Adam Waczyński, kiedy się spotkał z naszymi bohaterami?

– Wywieźcie jak najwięcej dzieciaków w tym wieku, to może będzie lepiej z polskim basketem – sugeruje „Waca”.

I na tym należy zakończyć naszą opowieść o dwóch dzieciakach z Koszalina, którzy zapragnęli grać w koszykówkę. Nie stawiamy kropki, bo Asia i Filip w tym roku skończą dopiero 14 lat. Niech to będzie początek. Niech za dziesięć lat przeczytają ten reportaż i po prostu się uśmiechną, gdzieś podczas zgrupowania reprezentacji Polski. Tego im życzymy. OFENSYWNEJ przygody z koszykówką…

IMG_2085

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

6 komentarzy