Ten pierwszy przedwojenny mecz…

Data:

Wszystko ma gdzieś swój początek. Gdy mówimy o samych korzeniach koszykówki, na horyzoncie obowiązkowo musi pojawić się James Naismith i rok 1891. Gdy natomiast pojawi się temat debiutu reprezentacji Polski na Mistrzostwach Europy, pewnie mało kto w pierwszej chwili wskazałby poprawną datę. Aby zgłębić ten wątek, również trzeba wyruszyć, niczym Marty McFly w kultowej trylogii Roberta Zemeckisa, w szaloną podróż DeLoreanem DMC -12, który cofnie czas do 2 maja 1937 roku.

Nie ma się co czarować, że wiadomo wiele o pierwszym występie kadry na kontynentalnych mistrzostwach. Taśm z tego spotkania nigdzie nie znajdziemy, a sama literatura jest uboga oraz opiera się tylko na zdawkowych informacjach. Co nieco jednak można ustalić o wydarzeniu, którego dziś możemy obchodzić już 78. rocznicę.

Zanim doszło do tego premierowego występu, pierwsze szlify drużyna narodowa pod okiem Walentego Kłyszejki zdążyła już zebrać wcześniej. W pierwszych historycznych ME w 1935 roku Polska jeszcze nie wystąpiła, choć była ona już kilka miesięcy po międzynarodowym debiucie, którym był przegrany mecz w Tallinnie z Estonią 19:47. Rok później przyszedł czas na debiut na igrzyskach olimpijskich w Berlinie i jak się potem okazało, na najwyższe (czwarte) miejsce w historii startów na igrzyskach. Pewnie nie byłoby tego rezultatu bez walczącego o koszykówkę na olimpijskiej arenie niejakiego Renato Williama Jonesa, który stojąc od 1932 roku na czele FIBA doprowadził do końca trudny proces włączenia koszykówki do programu igrzysk.

Ten wieloletni szef międzynarodowej federacji  kojarzony głównie z kontrowersyjnym zakończeniem finału igrzysk w Monachium oprócz zasług dla basketu może być kojarzony od zupełnie innej strony przez Polaków. Jones będąc podczas drugiej wojny światowej oficerem łącznikowym dowództwa alianckiego umożliwiał polskim żołnierzom zdobycie wykształcenia oraz odbycie studiów poza obozem internowanych, za co już po wojnie został odznaczony polskim Złotym Krzyżem Zasługi. Czas jego rządów w fibowskiej strukturze to najlepszy okres i największa historia przedwojennej i przede wszystkim już powojennej koszykówki w polskim wydaniu, która najbardziej wyraziście swoją siłę objawiała na Mistrzostwach Europy.

Historyczne dla Polski ME w 1937 roku w Rydze trwały zaledwie jeden majowy tydzień. Nie musiały dłużej, wszak do turnieju zgłosiło się tylko dziewięć reprezentacji, choć były to wówczas najsilniejsze drużyny na Starym Kontynencie. Od początku było wiadomo, że skład naszej reprezentacji prowadzonej przez trenera związkowego – inaczej nazywając, po prostu selekcjonera – Walentego Kłyszejkę, będzie oparty na koszykarzach pochodzących z Poznania, zdecydowanie najsilniejszego ośrodka przed drugą wojną światową, a dodatkowo uzupełniony będzie z zawodników występujących w Warszawie i Krakowie.

Przygotowania do turnieju w niczym nie przypominały oczywiście obecnych rozbudowanych i długotrwałych letnich obozów w różnych częściach Europy. Trwały one bardzo krótko, odbywały się w Poznaniu, gdzie Kłyszejko, jak pisała przed turniejem ówczesna prasa, prowadził zaprawę z tamtejszymi zawodnikami. Z dzisiejszej perspektywie mocno zaskakujący może być moment, w którym reprezentacja poznała swoich rywali w grupie. Zapomnijmy więc na chwilę o mozolnym rozpracowywaniu przeciwników i całej siatce skautingu. 25 kwietnia, a więc zaledwie tydzień przed pierwszym spotkaniem, w Rydze odbyło się losowanie, które wskazało nam pierwszego przeciwnika – Francję.

W skład całej polskiej delegacji, która wyruszyła na Łotwę, wchodziło łącznie piętnaście osób, która składała się z jedenastu zawodników, trenera Kłyszejki oraz trzech pozostałe osób: dwóch sędziów nominowanych na arbitrów międzynarodowych (Nowak, Sikorski) oraz kapitana związkowego PZPR (Polski Związek Piłki Ręcznej), Piotrowskiego. O szeroko pojętej aklimatyzacji nikt jeszcze wtedy nie myślał, więc sam wyjazd do stolicy Łotwy nastąpił 1 maja, zaledwie dzień przed pierwszym meczem.

W końcu nastąpił długo oczekiwany debiut, który jednak od początku z racji porażki w stosunku 24:29 był uznany za potknięcie. Jak pisał w swoje relacji Przegląd Sportowy, Przegraliśmy z powodu słabej gry zespołowej i złej kondycji strzałowej; w drużynie polskiej zadowolili tylko Patrzykont i Kasprzak do przerwy; reszta grała miernie, Francuzi górowali nad nami zgraniem i celnością strzałów. Walka była wyrównana i zacięta. Kosze zdobyli Grzechowiak 4, Różycki 9, Patrzykont 1, Kasprzak 2 i Stok 8. Sędziowali Włoch i Egipcjanin zbyt drobiazgowo.

Na łotewskiej ziemi, która niedługo później na wiele lat została wchłonięta przez Związek Radziecki, w obecności 3000 osób trzymających zdecydowanie stronę Francuzów debiut nie wypadł więc zbyt okazale, podobnie zresztą jak i całe mistrzostwa, które Polska zakończyła na czwartym miejscu. Nic dziwnego, że po miejscu tuż za podium na igrzyskach rok wcześniej ten wynik nie został w kraju uznany za sukces.

Gdy za kilka miesięcy, dokładnie 7 września w Montpellier dojdzie ponownie do starcia polsko-franuskiego, tylko jedno będzie mogło przypominać potyczkę z 1937 roku – ponownie zdecydowana większość widzów na hali będzie po stronie Francuzów. Natomiast samą porażkę pięcioma punktami pewnie wszyscy przyjmiemy z podniesionymi głowami, nie wspominając już o czwartym miejscu na koniec EuroBasketu.

Czasy i oczekiwania się zmieniły, ale warto pamiętać, że w drugiej połowie lat trzydziestych, czyli w koszykarskiej epoce kamienia łupanego wymagania wobec reprezentacji Polski sięgały nawet zdobywania miejsc na podium. Młode pokolenie, wychowane w XXI wieku już tylko na wieloletnich porażkach drużyny narodowej w mistrzowskich turniejach chyba nie jest w stanie tego do końca zrozumieć.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze