Tomciu, a z czego ty się tam tak śmiejesz?

Data:

Barcelona, NBA Cafe – prawdopodobnie trudno będzie w najbliższym czasie przebić miejsce, w którym przeprowadzilibyśmy Czwartkowy OFENS! Dziś przedstawimy wam 23 latka ze Szczecina, który mimo wciąż młodego wieku ma swoim koncie wiele sukcesów. Ku naszemu zdziwieniu wcale nie jest to srebrny medal mistrzostw świata U17 z Niemiec, tylko skończenie studiów.

Poznajcie Tomka Gielo, reprezentanta Polski, a obecnie zawodnika Joventutu Badalona.

***

Paweł Łakomski: Jesteśmy w podobnym wieku i chyba ostatnim pokoleniem, które tak naprawdę bawiło się na podwórkach, a nie przed komputerem. 

Tomasz Gielo: Wychodząc z mojego domu w Szczecinie miałem od razu przed sobą plac zabaw. Jak byłem młodszy, na dworze przebywałem cały czas i rodzicom w ogóle to nie przeszkadzało. Wystarczyło tylko, że spojrzeli za okno i wiedzieli, co robię. Pamiętam, jak sam krzyczałem, jak zresztą pewnie każdy z nas: mamo, rzuć dwa złote! Z drugiej strony naszej kamienicy było piaszczyste boisko do „nogi”. Pod ręką mieliśmy wszystko, co tylko młode dzieciaki potrzebują. Fajne czasy.

Wychowaliśmy się na kreskówkach, a szczególnie na jednej. Pamiętasz, o którą chodzi?

Dragon-ball! (śmiech) Kiedy kończyłem lekcje w szkole, szybko biegłem do domu, aby zdążyć na kolejny odcinek. Najpierw pokazywał to RTL 7, a potem TVN 7.

Ciekawe, czy pamiętasz jak nazywały się postaci. 

Żartujesz? Jak mógłbym nie pamiętać: Son Goku, Vegeta, Son Gohan, jego syn. Tego się nie zapomina.

Wychowałeś się w Szczecinie, na osiedlu Niebuszewo, które chyba do najspokojniejszych nie należało w tamtych czasach. 

Niby tak, niby nie. Dawniej była faktycznie uznawana za jedną z najgorszych w Szczecinie, ale osobiście nigdy tego nie odczułem. Inna sprawa, że rodzice dobrze mnie wychowali, a jeszcze do tego był brat Michał, który pilnował, abym nie wpadł w żadne tarapaty.

Usłyszałem, że na waszym osiedlu był niejaki „Rzeźnik z Niebuszewa”. O co chodzi?

Rzeźnik? Coś tam kiedyś było o kanibalu… Nie wiem, pewnie jakbyś spytał o to mojego brata, to pewnie powiedziałby: o, tak! Rzeźnik! Jedyne co pamiętam to, że krążyła legenda o naszym osiedlu. Niedaleko mojego domu był nieoświetlony wiadukt. Legenda polegała na tym, że wchodząc wieczorem pod wiadukt z torebką na brzuchu ze złączonymi rękoma, wychodziłeś z gazetą, bo ktoś w tym czasie zdążył cię okraść, a ty nawet się nie zorientowałeś.

Wspomniałeś o rodzicach – czym się zajmują?

Mama jest lekarzem, a tata inżynierem. Pamiętam, że nigdy nie mogłem mówić:

– Mamo, źle się dzisiaj czuje, chyba mam gorączkę, mogę nie iść do szkoły?

– Tak? To pokaż język, głowę… Nie masz gorączki, nic ci nie jest.

A tata? Przez długi czas pracował jako marynarz, gdzie pełnił funkcję inżyniera na statku. Podróżował po całym świecie, więc jak zacząłem jeździć z reprezentacjami młodzieżowymi na mistrzostwa czy turnieje, pytałem ciągle czy był w tych miejscach. Tata fajnie opowiadał, że jeżeli był, to w którym roku, więc dużo mogło się zmienić.  Wiadomo, że były tygodnie, kiedy nie było ojca w domu, ale jak wracał to wszystko bratu i mi wynagradzał. Zawsze mam w nim oparcie, zaś on spędza sporo czasu, aby analizować moją grę. (śmiech)

Czyli pełen profesjonalizm.

Zawsze po meczu dzwonię do rodziców, rozmawiamy normalnie jak syn z mamą i tatą, ale później przychodzi moment szczerości i jest analiza gry. Mamy na tyle fajny kontakt, że zawsze słucham taty, bo wiem, że jak nawet krytykuje, to robi to szczerze, aby mi pomóc. Czasami rodzice zwracają na ciekawe rzeczy. Np.”Tomek, wyglądałeś słabo fizycznie, coś się stało?”

I rodzicielska intuicja ich nie zawodzi?

Raz pamiętam, powiedziałem rodzicom, że mam drobny uraz, a z drugiej strony słuchawki słyszę śmiech.

– Czemu się nabijacie?

– A bo podczas meczu zauważyliśmy, że coś jest z tobą nie tak, bo pewnie nie jesteś w pełni sprawny.

Wiem, że nie wszyscy mogą zrozumieć o czym mówię, ale jeśli ktoś ma dobry kontakt z rodzicami, to podejrzewam, że ma podobnie.

Pochodzisz ze Szczecina, podobnie jak Szymon Szewczyk, z którym w tym roku dzieliłeś pokój na zgrupowaniach reprezentacji Polski. Jak to wygląda – doświadczony zawodnik i młodziak razem?

Jeśli oczekujesz, że to ja wybierałem łóżko, albo „Szewcu” przynosił mi wodę, to tak nie było. (śmiech) Szymon to doświadczony zawodnik, a przede wszystkim człowiek. To była dla mnie fajna okazja, że mogłem go podpytywać o różne sprawy, nie tylko związane z koszykówką. Z drugiej strony wiadomo, że na zgrupowaniach nie ma zbyt wiele czasu, więc jak jest czas wolny, to każdy spędza go po swojemu.

Rozmawiałem z Szymonem przed wywiadem i prosiłem, aby opowiedział jakąś historię. Zazwyczaj wylewny i rozmowny „Szewc” odpisał tylko: zapytaj o paprykarz, wystarczy. 

(śmiech) Chyba wszyscy znają i próbowali paprykarz szczeciński, prawda? Szymon zaczął na mnie mówić paprykarz, a potem była jeszcze śmieszniejsza historia. Rozmawiałem przez telefon z rodzicami, a „Szewc”:

– Z kim rozmawiasz?

– Z rodzicami.

– Pozdrów i powiedz, aby przywieźli paprykarz!

Zaczęliśmy się śmiać, ale potem graliśmy mecz eliminacyjny we Włocławku, na który przyjechali moi rodzice. Chwilę z nimi porozmawiałem, a nagle dają mi reklamówkę i mówią:

– A tu masz mały prezent dla Szymona!

– Ale, co? Szymon ma urodziny, imieniny, zapomniałem?

Patrzę do środka, a tam kilka puszek paprykarzu. (śmiech) I teraz wyobraź sobie, jednego z najmłodszych zawodników na kadrze, że idę z reklamówką pełną paprykarzu do Szymona Szewczyka.

– Masz, z pozdrowieniami od rodziców!

(śmiech)

To prawda, że grałeś w szczecińskiej lidze amatorskiej?

Tak! Miałem chyba 16 lat. Moi koledzy z gimnazjum byli tak zainteresowani basketem, że chcieli grać w Szczecińskiej Lidze Basketu, którą organizował Maciej Szyszko. Stworzyli swoją drużynę i raz poprosili mnie, abym z nimi zagrał. Długo mnie nie namawiali, więc poszedłem i zagrałem. Rzuciłem… 44 punkty.

Wloclawek, Hala Mistrzow 31.08.2016 KOSZYKOWKA MEZCZYZN ELIMINACJE DO EUROBASKET 2017 PZKOSZ KADRA REPREZENTACJA KADRA MECZ Polska - Portugalia BASKETBALL EUROBASKET 2017 QUALIFIER GAME Poland - Portugal NZ tomasz gielo fan club , kibic FOT. ARTUR PODLEWSKI / 400mm.pl

FOT. ARTUR PODLEWSKI / 400mm.pl

Czy od małego zanosiło się, że będziesz koszykarzem?

Nie, co prawda od małego chodziłem na treningi z koszykówki, ale na początku grałem tak, jak zresztą wszyscy, także w piłkę nożną. Do mojej szkoły przyszedł trener z klubu Stal Stocznia Szczecin i powiedział, że trwa rekrutacja i można dołączyć do zespołu. Razem z kolegami stwierdziliśmy, że właściwie czemu nie spróbować? Zacząłem trenować piłkę, ale po dwóch miesiącach przestałem.

Dlaczego?

Byłem wysoki, więc automatycznie ustawiał mnie na obronie. Nie podobało mi się, bo chciałem grać w ataku i strzelać gole. Niestety, ale trener nie podzielał mojej wizji.

Kto był twoim piłkarskim idolem?

Nie było jednego. Pamiętam tylko, że jak każdy dzieciak miałem te poliestrowe koszulki piłkarskie z  bazaru. Podróba straszna, ale w tamtych czasach chyba były bardziej cenione, niż oryginalne. (śmiech) Z koszykarskich na pewno miałem w swojej kolekcji Michaela Jordana, Karla Malone’a, a z piłkarskich? Kiedy Grecja zdobyła mistrzostwo Europy to kupiłem koszulkę Teodorosa Zagorakisa. Poza tym miałem kogoś z Realu Madryt i chyba był to Fernando Redondo i Dwighta Yorka z Manchesteru United i już nie pamiętam, co było dalej.

Po piłce nożnej uprawiałeś jeszcze inne sporty?

Przez miesiąc chodziłem na tańce…

… słucham?

(śmiech) Byłem w drugiej lub trzeciej klasie podstawówki i znowu ktoś przyszedł do nas i powiedział, że robi nabór na zajęcia. Mnie długo do nowych pomysłów nie trzeba było namawiać, więc poszedłem, a co! Byłem może z dwa-trzy razy na zajęciach i na tym się skończyło.

Zdążyłeś się nauczyć kilku kroków, że dziś nie ma wstydu na parkiecie?

Jest ok. (śmiech)

To kiedy przyszedł czas na koszykówkę?

Basket był cały czas, tylko po drodze  próbowałem również innych rzeczy. O, to ci się spodoba. Wiesz, że jestem mistrzem województwa w bule?

Nie.

To był czas gimnazjum. Mimo, że grałem już w koszykówkę to nie poszedłem do sportowej szkoły, tylko do bardziej nastawionej na naukę. Dodatkowo musieliśmy nosić mundurki, koszulki z logo naszego gimnazjum. Na jednej z lekcji przyszedł do nas wuefista i powiedział, że jeden z kanałów kreskówkowych organizuje mistrzostwa Polski w bule. Choć nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi, to szybko zrobiliśmy szkolną drużynę. Udało nam się zdobyć mistrzostwo Szczecina, a następnie byliśmy najlepsi w województwie. Pojechaliśmy nawet na ogólnopolski turniej, ale tam nie osiągnęliśmy wielkiego sukcesu.

Rozumiem, że medal za mistrzostwa w bule jest na tej samej półce co za wicemistrzostwo świata z Hamburga?

Wiadomo! (śmiech) A tak na poważnie to ten medal to taka perełka. Koszulkę z mistrzostw i medal mam oprawiony w specjalnej ramce.

O mistrzostwach z Hamburga można coś jeszcze ciekawego powiedzieć, czy wszytko zostało już powiedziane?

Wszystko? Za dużo!

Jak to?

Niepotrzebnie zaczęła się robić wokół nas otoczka, która była tak naprawdę niepotrzebna. To był czas, aby spokojnie wrócić i dalej w skupieniu pracować. Nie chcę powiedzieć, że ten srebrny medal trochę nas „zepsuł”, ale minęło sześć lat i co zrobiliśmy później? Awansowaliśmy tylko do dywizji A U20. Jeśli to jest największy sukces naszego rocznika od 2010 roku, to nie możemy być zadowoleni – przynajmniej ja nie jestem. Najbardziej ubolewam nad tym, że graliśmy w U20 w dywizji B. Wiedzieliśmy doskonale, że mamy tylko jeszcze jedną szansę, aby wywalczyć medal mistrzostw Europy.

Wróćmy jeszcze do Hamburga, a właściwie do tego, co działo się potem, po powrocie do Warszawy. 

Jeden wielki szał – tyle. Konferencja prasowa, spotkanie z ówczesnym marszałkiem Sejmu, panem Grzegorzem Schetyną, co było dla nas ogromnym wyróżnieniem. Śmieszna sprawa, bo trener Jerzy Szambelan przegrał z nami zakład. Założyliśmy się, że jeśli przegra z nami zakład to musi zgolić wąsy. Skończyło się na tym, że lekko go skrócił, ale chyba nie czuł się z tym dobrze. (śmiech)

Czy tamten zespół pracował z najlepszym sztabem trenerskim, jaki był tylko możliwy?

Pierwszym trenerem był Jerzy Szambelan, który był naszym wychowawcą. Starał nam się wpajać nie tylko koszykarskie rzeczy, ale tłumaczył, jakim człowiekiem należy być. Osobiście to dla mnie największa wartość z pracy z trenerem Szambelanem. Jeździliśmy na zgrupowania koszykarskie, ale to był tak naprawdę dodatek. Uczyliśmy się życia, kultury osobistej i innych wartości. Tego nie można przełożyć na żadne medale. Pamiętam, że trener podchodził do mnie i pytał swoim charakterystycznym głosem:

– Tomeczku, co słychać? Wszystko w porządku?

Oprócz tego jego asystenci – Tomasz Niedbalski, Grzegorz Zieliński, Piotr Bakun oraz masażysta Jacek Hernik. Mieliśmy wokół siebie ludzi, którzy chcieli nam pomóc, bo to tacy ludzie.

Na czym polegał sukces i swego rodzaju fenomen rocznika 1993?

Byliśmy kumplami i trzymaliśmy się razem. Wiem, że to brzmi jak banał, ale tak było. Pamiętam, że podczas pierwszego zgrupowania w Szczecinku przed mistrzostwami świata jako drużyna zawarliśmy pakt, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby wrócić z Niemiec z medalem. Wszyscy się pod tym podpisali – trenerzy i zawodnicy. Wydaje się, że to mała, nic nieznacząca rzecz, a jednocześnie pokazała jak wszyscy chcą osiągnąć sukces. W Hamburgu pokonaliśmy wszystkie zespoły, które rok temu na mistrzostwach Europy na Litwie były od nas lepsze – Serbię, Hiszpanię i Litwę. Pokazaliśmy światu, a przede wszystkim sobie, że potrafimy grać w koszykówkę.

Inne ciekawe historie z Niemiec?

To był 2010 rok, lato, więc LeBron James decydował czy odchodzi z Cleveland Cavaliers. Pamiętam, że rano się obudziliśmy i była informacja, że odchodzi do Miami Heat + jeszcze Chris Bosh. Potem jeszcze oglądaliśmy ten moment z konferencji, jak LeBron powiedział, że przenosi swoje talenty do Miami. Przez dwa dni dyskutowaliśmy w całym zespole kto będzie lepszy – Kobe, czy LeBron. Można dyskutować czy akurat taka forma ogłaszania swojej decyzji jest dobra – wykorzystując media – ale mam ogromny szacunek dla tego zawodnika. Zdobył mistrzostwo z Heat, teraz wrócił do Cleveland i to powtórzył. Moim zdaniem LeBron na pewno jest w gronie pięciu najlepszych zawodników historii.

Mistrzostwami U17 żyła cała koszykarska Polska głównie dzięki materiałom słynnego „Zibiego”

Zibi był, jest i będzie wszędzie! Mieliśmy z nim całkiem dobry kontakt, ale jednocześnie znał naszych rodziców. Wiadomo, że na turniejach młodzieżowych, tym bardziej międzynarodowych, kibicami na trybunach jest w głównej mierze rodzina.

A jak to było z Zibim?

Śmiesznie! Niby rozmawialiśmy, a tu nagle pojawiała się jego kamerka i robił z nami wywiady swoim charakterystycznym głosem. Swoją drogą facet wykonuje niesamowitą robotę.

Kiedy się cofasz do Hamburga i mistrzostw to co myślisz?

Fajny moment – po to się trenuje, jeździ na zgrupowania. Był czas na radość, ale co było później? Wszyscy wiemy.

Nieudane mistrzostwa Europy u18 we Wrocławiu. 

Nie ma co się oszukiwać – nie osiągnęliśmy wyniku, który sobie zaplanowaliśmy. Organizatorzy wymyślili hasło turnieju „I believe!”, co miało nas jeszcze bardziej zmotywować do walki o złoto. I… nie udało się.

Najbardziej przeciwny całemu zamieszaniu wokół was był trener Szambelan, prawda?

Wiedział doskonale, jakie są zagrożenia, o których my nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy. We Wrocławiu pojawiła się presja kibiców, a wiesz od czego zaczynaliśmy? Na mistrzostwach Europy u16 po pierwszym meczu, w którym pokonaliśmy Greków, wiedzieliśmy, że wygrana daje nam utrzymanie w dywizji A. Cieszyliśmy się jak po odebraniu złotego medalu, skakaliśmy, chyba ktoś nawet biegał po parkiecie z polską flagą itp. W tamtym czasie jedno zwycięstwo na turnieju było jak największy sukces. Po dwóch latach przyjechaliśmy do Wrocławia jako kandydaci do złota. Oczywiście, już jako wicemistrzowie świata, ale pokazuję tylko skalę, jaką przeszliśmy.

To prawda, że trenerzy zabrali wam komputery i telefony, abyście nie czytali nic o sobie w mediach przed turniejem?

Coś takiego było, ale nawet nie pamiętam. Widocznie nie miało to takiego znaczenia, bo pewnie bym kojarzył więcej. Po mistrzostwach we Wrocławiu pozostał tylko niedosyt.

Po mistrzostwach świata w Hamburgu kilku z was trafiło do nowo-założonej Szkoły Mistrzostwa Sportowego PZKosz w Cetniewie. Decyzja zapadła o tym przed turniejem, czy już po?

Koordynatorem przy kadrze 1993 rocznika był Tomasz Jankowski, który później został głównym trenerem w SMS. Podczas zgrupowań często rozmawialiśmy i trener tłumaczył mi nad czym musimy popracować, jeśli przyjdę do szkoły. Wydaje mi się, że decyzję o przenosinach do Władysławowa podjąłem przed mistrzostwami. Pamiętam, że dosłownie w ostatnim momencie dołączył do nas Przemysław Karnowski.

SMS Cetniewo to nie tylko koszykówka, ale przede wszystkim szkoła. Śmieszna sprawa, bo byłeś sam w klasie.

Byliśmy pierwszym rocznikiem, który rozpoczynał naukę w szkole. Problem polegał jednak na tym, że naukę rozpocząłem rok wcześniej, czyli z 1992 rocznikiem.

Dlaczego?

Pamiętam, że w przedszkolu przeszedłem test, z których wyszło, że nie muszę iść do „zerówki”, tylko od razu do pierwszej klasy podstawowej. Poza tym byłem wysoki jak na swój wiek. (śmiech) I przez to pojawił się problem na początku z przenosinami do Cetniewa. Tomasz Jankowski wspólnie z dyrektor szkoły panią Jolantą Dykas-Klisz pomogli stworzyć osobną klasę dla mnie, za co jestem im bardzo wdzięczny.

Jak to możliwe, że byłeś sam w klasie, a jednocześnie spałeś na lekcjach?

(śmiech) Plan dnia mieliśmy codziennie mniej więcej taki sam – śniadanie, poranny trening, a po tym od razu lekcje. Pamiętam, że któryś dzień zaczynałem dwoma niemieckimi, a mój nauczyciel – kapitalny człowiek – mówi do mnie:

– Słuchaj, widzę, że jesteś zmęczony, nie ma sensu prowadzić zajęć. Wychodzę na 30 minut i wtedy zaczniemy.

I ja wiadomo, klasyka – głowa w dół, ręce na ławce i uczniowska „kima”. Potem wracał i normalnie się uczyłem.

Jak wyglądają zajęcia kiedy jesteś sam w klasie? 

Normalnie! (śmiech) Miałem swój własny dziennik. Zawsze dużo śmiechu było jak nauczyciele sprawdzali obecność.

– Tomek Gielo?

– Jestem.

(śmiech)

Pamiętam, że pani od geografii lub biologii, już nie wiem, lubiła sobie także zażartować w inny sposób.

– Hmm, kogo by tu dzisiaj wziąć do odpowiedzi? Tego nie ma, tego też, o, Tomek, zapraszam!

W pierwszym roku funkcjonowania szkoły to była mocna ekipa. Także po treningach.

A jak! Już pierwszego dnia wykręciliśmy całkiem niezły numer. Nabraliśmy Filipa Matczaka na stary żart z lampą.

Słyszałem, że w SMS Cetniewo podstawowym relaksem po treningach była gra w Counter-Strike’a.

Akurat ja w CS’a nie grywałem, ale zawodnicy z rocznika 1994 już tak. Jeśli chodzi o czas wolny to mieliśmy swój salon – był tam telewizor, kanapy. Oglądaliśmy tam mecze, a potem pojawiła się konsola do gry, a wraz z nią gierki! Były turnieje między zawodnikami, więc po treningach mieliśmy czas, aby się zresetować. Później do konsoli przekonali się także trenerzy. Kiedyś wracam do pokoju między lekcjami, bo miałem tzw. „okienko” i słyszę krzyki z salonu. Patrzę, a tam trener Janowski z naszym masażystą Rafałem Białkiem grają w „PES’A” i prowadzą trash-talking.

W SMS byłeś tylko rok.

Ostatnio miałem okazję porozmawiać z panią dyrektor Dykas-Klisz, wspominaliśmy stare czasy. Nie wiem w jakim kierunku idzie SMS, ale na pewno ciężko mieć sukcesy, a przede wszystkim normalnie funkcjonować, jeśli nie ma żadnej ciągłości. Z roku na rok zmieniają się trenerzy, czyli automatycznie wizja, to zawsze będzie ciężko.

Jesteś jedynym absolwentem szkoły, który miał tylko jednego trenera.

Niestety. Kiedy przychodziłem do SMS Cetniewo miałem zapewnienie, że moim trenerem będzie Tomasz Jankowski. Do tego jego asystenci – w tym Tomasz Niedbalski, z którym doskonale znałem się z kadry młodzieżowej. Akurat mieszkałem obok trenera Niedbalskiego, więc często zapraszał mnie do siebie i oglądaliśmy klipy różnych zawodników. Pokazywał na przykładach jak powinienem grać, tłumaczył wiele zagadnień. Indywidualnie SMS to był najlepszy wybór dla mnie.

Na koniec roku szkolnego w SMS zawsze wystawiany jest kabaret… O co chodzi?

Byłem pierwszym absolwentem, więc mieliśmy uroczystą kolację, gdzie było moje pożegnanie. Przyjechali moi rodzice, brat oraz całe grono pedagogiczne, trenerzy i zespół. Niespodzianką dla mnie było to, że chłopaki wystawili jeden ze skeczy kabaretu „Ani Mru, Mru”. Wszyscy się popłakali ze śmiechu.

Skąd pomysł na wyjazd do USA?

Kilka razy zobaczyłem skróty z meczów Duke, czy North Caroline i byłem zafascynowany, jak kibice żyją teoretycznie ligą amatorską. Wtedy za każdym razem myślałem:

– Ale fajnie byłoby zobaczyć taki mecz!

Nawet nie chodziło mi po głowie, że kiedyś mógłbym znaleźć się tam jako zawodnik. Traktowałem to bardziej jako marzenie, niż plan. Po mistrzostwach w Hamburgu zacząłem dostawać pierwsze sygnały, że to wcale nie jest takie niemożliwe, jak może się wydawać. Muszę jednak podziękować Pawłowi Mrozikowi, który wytłumaczył mi specyfikę rekrutacji do szkół, a także samych uczelnianych rozgrywek. Myślę, że Paweł jest takim „ojcem” mojego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych.

Spędziłeś raz u Pawła Mrozika święta.

Na pierwszym roku była taka sytuacja, że Trener Paweł zaprosił mnie do swojej rodziny na święta. Niestety, ale sezon akademicki w USA nie pozwala na to, aby chociaż na dwa-trzy dni wrócić do domu. Przez pięć ostatnich lat dzieliłem się z rodzicami opłatkiem przez Skype’a. (śmiech)

Jak od kulis wygląda prawdziwa rekrutacja na uczelnię?

Wizyta w szkole nie może trwać dłużej, niż 72 godziny. W związku z tym każda uczelnia wie, że ma tylko tyle czasu, aby przekonać cię, że to jest miejsce dla ciebie. Wiadomo, że nie chodzi tylko o kwestie sportowe, czy naukę. „Gierki” polegają na czym innym. Np. podczas wizyty masz swojego opiekuna, którym jest jeden z zawodników drużyny. Chodzi za tobą wszędzie – na kolację z trenerami, a potem zabiera cię na imprezę. I nagle jesteś najprzystojniejszym gościem, do którego podchodzą wszystkie dziewczyny. Raz była sytuacja, że ktoś podczas wizyty podszedł do mnie i pyta:

– To ty jesteś tym koszykarzem, który jest na wizycie?

Rekrutacja jest trochę śmieszna. Z racji tego, że przechodziłem ją dwa razy, podczas przenosin do Ole Miss Rebels, to byłem przygotowany na niektóre rzeczy.

A Ty byłeś takim „opiekunem”?

Tak, m. in. oprowadzałem Dominika Olejniczaka i chyba dobrze wywiązałem się ze swojej roli, bo zdecydował się na moją uczelnię. Starałem mu się pokazać szkołę od prawdziwej strony. Nie chciałem też być nie fair wobec niego. Nie mogłem go zacząć okłamywać tylko po to, aby przyszedł do Rebels. Wyszedłem z założenia, że sam wiem, że to dobra szkoła, która może pomóc i chciałem pokazać Dominikowi, że to będzie dobry wybór dla niego. Sam żałuję, że byłem tam tylko rok.

Jak wygląda spotkanie NCAA od kulis?

Mecze przede wszystkim są bardzo mocno promowane, aby kibic o tym wiedział. Wymyślane są specjalne eventy. W trakcie 16-17 spotkań u siebie w sezonie, 10 lub 12 będzie miało swoją tematykę. W zeszłym tygodniu Ole Miss rozpoczęło rozgrywki i spotkanie było w klimacie filmu „Kosmiczny mecz”, ponieważ minęło 20 lat od premiery filmu. Rozdawali koszulki z logo filmu + plakaty gdzie zamiast Michael’a Jordan’a i  królika Bugsa był zawodnik Ole Miss i nasza maskotka, czyli niedźwiedź Rebel. Przychodząc na mecz, nie masz prawa się nudzić – fan koszykówki obejrzy dobry mecz, a pozostali na pewno będą dobrze się bawić. Przychodzą całe rodziny, Dzieci malują twarze, są sklepy z pamiątkami i ludzie chcą to kupować. Jedno wielkie show.

Opowiedz o medialnej stronie NCAA. Teoretycznie jest to liga akademicka, czyli amatorska, ale cała otoczka wokół jest na poziomie NBA.

To jest niesamowite. Kiedy pojawiasz się na uczelni, to w pierwszej kolejności przechodzisz badania medyczne, ale w przeciągu dnia lub dwóch zaczynasz udzielać wywiadów. Zresztą, nawet kiedy powiedziałem trenerowi Ole Miss, Andy Kennedy’emu, że przechodzę do nich, na drugi dzień miałem dwa telefony od dziennikarzy, którzy zajmują się drużyną Rebels.

Zainteresowanie mediów jest spore?

Raz na tydzień trener miał swoją konferencje prasową, na którą zabierał po jednym z zawodników. Dziennikarzy zawsze było około 10 i każdy o coś pytał – ostatni mecz, nastroje w zespole, o rywali i tak dalej. Mówi się, że NCAA to liga amatorska, ale całe to opakowane stoi na najwyższym poziomie. Sam zauważyłem po sobie, że nie mam żadnych blokad przed udzieleniem wywiadu, a przede wszystkim się nie stresuję przed kamerą.

A mieliście lekcje jak funkcjonować przed kamerą itp.?

Tak, ale był jeden z przedmiotów na studiach, czyli „public speaking”. Niby wydaje się to niepotrzebne, ale sporo osób obawia się przemawiać do nawet małego tłumu, a co dopiero rozmawiać z grupą kilku dziennikarzy.

Koszykówka, koszykówką, ale skończyłeś w USA studia. 

Uważam to za swój największy sukces do tej pory. Wiedziałem, że kiedyś będę miał wyższe wykształcenie, ale nie spodziewałem się, że dzięki basketowi uda mi się poznać amerykańską kulturę, zwiedzić wiele miejsc na całym świecie, latać czarterowymi samolotami, a do tego skończyć studia. Kariera sportowa może się w każdej chwili skończyć, a dyplomu z uczelni nikt mi nie może zabrać.

Jaki kierunek skończyłeś?

Biznes międzynarodowy. Później w Ole Miss rozpocząłem studia podyplomowe, więc udało mi się skończyć połowę.

To zadam teraz najbardziej banalne pytanie, ale potraktuj je poważnie. Jak wyjeżdżałeś z SMS Cetniewo to czego nie umiałeś, a dziś już po prostu umiesz?

Możesz spojrzeć na mnie z każdej perspektywy i we wszystkim zrobiłem postęp. Np. waga. Byłem jednym wielkim chucherkiem. Przed wyjazdem nie ważyłem chyba nawet 90 kg, a teraz 100-101, więc jest spora różnica. To był największy problem – zderzenie się z fizycznością amerykańskiej koszykówki. Musiałem nadrobić kilka lat straconych na siłowni. Na pierwszym roku grałem około 15 minut, więc jeśli zagrałem trochę mniej, to po meczu szedłem na siłownie, aby zrobić dodatkowy trening. Warto było – dziś jestem o wiele silniejszy.

Jadąc do Stanów Zjednoczonych mówiono, że zrobią z Tomasza Gielo nowoczesną „trójkę”.

Jechałem, aby się rozwijać. Całe życie ludzie mi powtarzali, że powinienem grać na „trójce”, a tak naprawdę od zawsze grałem jako silny skrzydłowy i tak pewnie będę balansował między tymi pozycjami do końca. W USA na takiego zawodnika mówi się „tweener”, czyli jest wysoki jak na skrzydłowego, a brakuje trochę do „czwórki”. Kto śledzi koszykówkę widzi doskonale, że się zmienia. Golden State Warriors wprowadzili swój tzw. line-up śmierci. Grają obniżonym składem, gdzie Draymond Green gra na pozycjach 4 i 5, a są jedną z najlepszych drużyn w NBA.

To teraz przechodzimy do ulubionej części kibiców – historyjki!

Ok, jedziemy! Grzesiu Grochowski coś przygotował?

Trochę tak, ale zaczniemy od Filipa Matczaka. Dlaczego miał ksywę „gówno” i to ty podobno wymyśliłeś?

Przede wszystkim nie „gówno”, tylko „kupa”. (śmiech) Filo na jednym zgrupowaniu miał problemy żołądkowe i puszczał… wiadomo. Wszystkich denerwował i ktoś powiedział, że teraz nie będzie „Filip Matczak”, tylko „Filip Kupczak”. Od tego się zaczęło, a tych historii było mnóstwo. Jednak największa zawsze „beka” była jak Filip mówi: co? A wszyscy odpowiadali: g…no!

Trochę „pocisnąłeś” Filipowi, ale spokojnie, on teraz się zrewanżuje. Spójrz w ekran.

Tomek patrzy na zdjęcia, które dostaliśmy od Filipa Matczaka.

dsc01527 dsc02964

(śmiech) To jest chyba z wyjazdu na turniej do Włoch na kadrze u16. Następne to mój pokój, ale skąd Filip ma to zdjęcie? Ciekawe.

I jeszcze takie zdjęcie. 

Tego się obawiałem, bo to jest historia, którą może słyszałeś od „Groszka”. Słyszałeś co zrobiliśmy na turnieju w Turcji?

Nie.

Byliśmy na obozie w Cetniewie – to była zima, za oknem zimno, więc siedzieliśmy w pokojach, a w gronie 15-latków czasami pojawiają się głupie pomysły. Ktoś powiedział:

– Jak mamy być drużyną, to wszyscy golimy się na łyso!

– Dobry pomysł, robimy to! – powiedziałem.

Mieliśmy tylko problem, bo było kilku chłopaków z długimi włosami m.in. Filip Matczak. Była zabawa, aby złapać „Filo” i ogolić na łyso. Pamiętam, że jednego dnia wbiegliśmy do niego do pokoju, a on się tak przestraszył, że ściągnął poszewkę z poduszki i ją założył na głowę. Dusił się, ale nie chciał być łysy! (śmiech).

To kto pierwszy się ogolił?

Wybór padł na… mnie. (śmiech) Ambitnie stwierdziłem, że jak ja to zrobię, to na pewno reszta pójdzie za mną. Myliłem się. „Groszek” miał się ogolić, ale chyba w końcu nie dotrzymał słowa. Namawialiśmy też Przemka Karnowskiego, ale on powiedział:

  • Chłopaki ja to nie mogę na łyso, najwyżej 3 mm, bo mama nie wpuści mnie do domu!

(śmiech)

A co powiedzieli twoi rodzice jak zobaczyli łysego Tomka?

Nic, co mieli powiedzieć? Powiedziałem, że to w ramach team spirit i tyle.

Ogoliłeś się na „zero” i porównywali cię do…

Tomek znów patrzy w ekran.

dsc02962 ilgauskas

Tak! (śmiech) Byłem Zydrunasem Ilgauskasem. To były śmieszne czasy – grupa młodych ludzi, dużo czasu, a więc nie ma rady na głupie pomysły. Na tamtym turnieju w Turcji U16 pamiętam, że mieliśmy też wojnę na poduszki z kadrą Grecji… a tak po prostu, dla zabawy. Inna sprawa, że potem znowu wrócił temat golenia się na łyso. Jak były mistrzostwa świata u19 na Łotwie w 2011 roku, to dołączył do nas Janek Grzeliński i Michał Pietrzak. Powiedzieliśmy im, że teraz muszą się ogolić. Ku naszemu zdziwieniu Michał, mimo że miał długie włosy, zrobił to bez żadnego problemu. Z kolei „Grzelu” stwierdził, że na łyso to nie, więc zrobił sobie irokeza, ale…

… pamiętam, nie wyglądało to dobrze!

No właśnie. (śmiech)

Swan hand – o co chodzi?

Pozdrawiam serdecznie trenera Tomasza Niedbalskiego.

(śmiech)

Tzw. łabędzia ręka. Zaczęło się to w kadrach młodzieżowych. Zawsze mówili mi, że jak rzucam lewą ręką to mi łokieć „ucieka” na zewnątrz. Trener Niedbalski śmiał się, że wygląda to jak taki łabędź. Był taki koszykarz Larry Johnson, który po ważnym rzucie, z dwóch rąk ułożył „elkę”. Trener podpowiedział mi, że mogę robić to samo, tylko muszę dodać „łabędzia”.

6123314101_5602851978_b

To teraz sam jestem ciekaw, o co chodzi… „Hej Toruń gol!”.

Przed którymś spotkaniem kadry stwierdziliśmy, że musimy mieć swoją przyśpiewkę, która nas będzie motywować. Przemek Karnowski miał jako dzwonek na telefonie taką przyśpiewkę „Hej Toruń gol!”. Cała Reprezentacja Polski, a przecież byliśmy z różnych miast, cały czas to śpiewała. I do U20 ta przyśpiewka ciągle z nami była. Powiem tylko tak: to była moc!

I raz zdarzył się mały wypadek…

(śmiech) Byliśmy w Turcji na turnieju przygotowawczym przed mistrzostwami dywizji B U20. Przyśpiewkę śpiewaliśmy w ten sposób, że cały zespół ustawiał się w kółku, a do środka wchodził „Karni” i skakał. Jesteśmy w szatni, a Przemek nagle nam mówi swoim głosikiem:

– Chłopaki, ja dzisiaj nie będę mógł śpiewać, gardło mnie boli.

– Co Ty gadasz, dawaj! – wszyscy mówią.

– Nie, nie, sory, ale nie dziś.

To ja oczywiście hop do środka i jedziemy: „Hej Toruń gol!” Tylko jedna rzecz jeszcze. Przemek miał zwyczaj, że skacząc popychał kogoś z kółka, albo my jego. Umówmy się, że jednak różnica w wadze jest między nami. „Karniego” nie przepchniesz, ale mnie? Żaden problem. I zaczęliśmy, śpiewamy, jest moc, a nagle bum! Uderzyłem w wystający kant sufitu głową, ale nic sobie z tego nie zrobiłem i skaczemy dalej. I tak z każdą sekundą widzę przerażenie na oczach zawodników.

– Co jest chłopaki? Czemu nie śpiewamy?

Dotykam ręką głowę, a na palcach krew. Potem zagrałem mecz ze śmiesznym opatrunkiem.

A Filip Matczak myślał, że…

… mi w USA odbiło i jestem gwiazdą. (śmiech) Filipa z nami nie było na turnieju, bo miał kontuzję. Mecz oglądał na jakiś dziwnym streamie, gdzie nie było zbyt wiele widać. I w ekranie wyglądało to podobno tak, że zacząłem grać w opasce jak np. LeBron James. Po meczu Filip pisze do mnie wiadomość.

– Tomi, a ty co już gwiazda po Stanach? Odwaliło i grasz w opasce?

(śmiech) Nie znał jednak całej historii, a potem wyszło dosyć śmiesznie.

„Gielo to dobry raper. Pisze dobre teksty, a jeszcze lepiej nawija”.

Pozdrawiam cię „Groszek”! Za rapera się nie uważam, ale faktycznie była taka sytuacja, że jechaliśmy do Niemiec na turniej małym busikiem około 10 godzin. Siedzieliśmy jeden na drugim, nie było w ogóle miejsca. Nudziliśmy się i nagle padł pomysł, aby zacząć rymować. Potem razem z Mateuszem Dziembą dla żartów zaczęliśmy się dissować, czyli „wrzucać” na siebie. Koniec, końców w pewnym momencie dołączył się do nas Przemek Karnowski i nie wiem jak to się stało, ale z Mateuszem zaczęliśmy „jechać” po „Karnim”. Skończyło się tak, że mieliśmy potem przystanek, cała drużyna chciała pogadać z Przemkiem, ale on „strzelił” na chwilę focha. (śmiech)

Jesteś uważany za jednego z największych szyderców w środowisku koszykarskim. 

Kiedyś miałem swój żart o wujku Staszku, mistrzu ciętej riposty.

To dawaj. 

Nie, jest beznadziejnie głupi. Ten żart opowiadałem na kadrze 1993 rocznika. Tu jednemu, tam drugiemu i powiedziałem komuś przy stole na kolacji. I trener Jerzy Szambelan zauważył, że dobrze się bawimy i pyta:

– Tomciu, a z czego ty się tam tak śmiejesz, co?

– A nic trenerze, głupi żart opowiadałem.

– To mów, pośmiejemy się razem.

A cały zespół jednym głosem, bo wiedzieli, że żart jest śmieszny krzyczą:

– Dajesz! Dajesz!

Pamiętam, że jak powiedziałem, to trener Szambelan się popłakał ze śmiechu. Czekał na koniec, bo to przecież długi kawał i… się nie doczekał. I z tego właśnie słynąłem – z długich żartów z żałosnym zakończeniem.

Mogłeś komentować finał NBA w tym roku. 

(śmiech) Pojawił się taki pomysł, ale musiałem odmówić. Wiesz Paweł, czasami w życiu są takie momenty, że musisz zdecydować… (śmiech) To tak w kwestii moich „szyderczych” tekstów. A mówiąc poważnie, po zakończeniu sezonu przez cały czerwiec byłem w Kalifornii, gdzie przygotowywałem się do workoutów w NBA. Miałem już dwa za sobą i akurat pozostał tydzień do draftu. Wiedziałem, że jeśli mam mieć jeszcze zaproszenie na treningi, to w tym tygodniu. Zadzwonił do mnie Hubert Radke i mówi:

 – Słuchaj, a nie byłbyś zainteresowany skomentowaniem finału NBA z Wojciechem Michałowiczem?

Zamurowało mnie. W takich sytuacjach najczęściej chcesz powiedzieć – jasne, mogę lecieć za 5 minut! Im dłużej rozmowa się ciągnęła, tym bardziej sobie uświadamiałem, że taka szansa może się więcej nie powtórzyć. Poprosiłem, aby dał mi jeden dzień na zastanowienie się. I co? Właśnie bodajże następnego dnia otrzymałem zaproszenie na treningi od Los Angeles Lakers. I tak o to szybko zakończyła się moja przygoda z komentowaniem. (śmiech)

Rozmawiał Paweł Łakomski

RADIO OFENS! odc. 11 – Tomasz Gielo

img_4803

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

6 komentarzy