Trenerska odpowiedzialność

Data:

Dzieci w pewnym momencie swojego życia zaczynają w bardzo naturalny i prosty sposób zastanawiać się nad tym, co je kształtuje. To tzw. socjalizacja wtórna, bowiem zyskują tak cenną świadomość własną, pozbywając się  zbiorowej, narzuconej z góry. Ten proces pozwala im kategoryzować rzeczy na te, które nabierają dla nich wartości oraz na te wymagające poświęcenia, z jakim nie czują się komfortowo. W konsekwencji zaczynają podejmować pierwsze pozornie niezależne decyzje. Te samodzielne wybory w wielu przypadkach mają znamiona reguł, wtłaczanych do głów młodych osób przez trenerów.

Sport to jedna z dróg dotarcia do własnej tożsamości. Osobiście moja ulubiona, bo najbardziej atrakcyjna, gwarantująca poczucie rywalizacji, wielokrotnie dająca także uznanie w oczach rówieśników. Wiąże się z tym również nagroda, jeśli wyrasta się ponad pewien poziom tudzież ma ponadprzeciętne aspiracje.

Sport wiąże się także z obecnością w codziennym życiu osób na ogół traktujących dzieci znacznie poważniej niż rodzice czy rodzeństwo, bo co może oznaczać brak twojego nazwiska w składzie na mecz z największym rywalem, skoro nie jesteś ani kontuzjowany, ani nie zrobiłeś nic złego? Takie sygnały docierają znacznie mocniej niż poklepywanie po głowie i uśmiechy – twarze wystraszone tym, że poznamy gorzką prawdę.

Piłce nożnej poświęciłem jako dzieciak siedem lat. Najpierw stałem między słupkami. Pamiętam, że broniłem karne jak Nelson Dida – rozkładając szeroko ręce i skupiając wzrok na piłce starając się przewidzieć jej lot. Potem poczułem potrzebę wykorzystania atutu swojej szybkości, dlatego zacząłem grać na skrzydle pełniąc zadania lewego pomocnika. Jako piłkarza, moje mocne strony kończyły się na ciężkiej pracy i posłuszności wobec trenera. Wychodziłem z ławki, bo nie byłem wystarczająco dobry, choć całkiem niezły jak na poziom rozgrywek mojej drużyny.

Doświadczenia tych lat nauczyły mnie, wręcz przekonały, że trener to postać, której nigdy nie możemy lekceważyć, bez względu na to jak bardzo się z nim nie zgadzamy i jak bardzo chcielibyśmy go rzucić butem. Szczęśliwie trafiłem na ludzi, którzy nie próbowali wspinać się po drabinie kariery i całą swoją energię poświęcali na prace z dziećmi i młodzieżą. Zestawiałem tamte lata z każdym kolejnym treningiem młodych koszykarzy z okolic mojego miasta. Podglądałem je całkowicie in cognito, z ciekawości.

Minęło zaledwie kilka lat od chwil, w których to ja znajdowałem się na miejscu tych chłopaków. Boisko było szersze i dłuższe, trzeba było głośniej krzyczeć no i wiele zależało do warunków atmosferycznych, ale to subtelne, nic nie znaczące różnice. Trener traktował swoją pracę jako misję i nigdy nie sądziłem, że może być inaczej. Moje założenia wobec tej postaci były takie same, gdy zacząłem oglądać adeptów koszykówki. Zobaczyłem jednak dramat, uśmiercanie talentu poprzez brak pasji do swojej pracy, znużenie i wyraz twarzy agresywnego półgłówka. Agresja sama w sobie jest w porządku, ale wraz z nią muszą podążać lekcje, zobaczcie „Whiplash”.

„Rozgrywający nie może rzucać, co Ty sobie wyobrażasz” – padło w pewnym momencie z ust młodego trenera, przypuszczalnie nauczyciela wychowania fizycznego, który został poproszony przez lokalny ośrodek sportu i rekreacji, aby poprowadzić zajęcia dla dzieci. Jak to rozgrywający nie może rzucać? W ogóle nie może? Jeden z chłopaków grający na pozycji nr 1 miał talent zarówno do rozdawania podań, jak i trafiania rzutów z półdystansu i za trzy. Nie był na tyle arogancki, aby zignorować polecenie swojego trenera, dlatego w każdej kolejnej akcji zaczął szukać podania. Przymus na tym poziomie rozwoju może skończyć się brakiem zaufania do własnej gry. Chłopak na polecenie coacha wyjął ze swojej gry atut, który wyróżniał go ponad zespół. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Rozgrywający nie może rzucać… Nigdy nie ukrywałem tego, że jestem ogromnym fanem podejścia do rozwoju graczy, jakiego uczą w Stanach Zjednoczonych. Amerykańscy trenerzy stosują różne środki i rożne formy, ale zawsze pozostawali w szacunku do talentu, z jakim mieli do czynienia. Rzecz jasna nie wszyscy, bowiem nie ma idealnego środowiska, które jest pozbawione wynaturzeń lub złych praktyk. Niemniej u nas, zawsze brakowało marginesu, jaki szkoleniowcy wykorzystywaliby do odrzucenia sztywno osadzonych teorii i rozpoczęcia pracy na zasadach dostosowanych do faktycznych potrzeb młodego zdolnego zawodnika.

Może zamiast debatować nad rozwojem młodych polskich talentów sportowych, powinniśmy rozpocząć dyskusję o tym, jak trenerzy – pedagodzy, są na szczeblu akademickim przygotowywani do pracy z dziećmi i młodzieżą. Czy to jakiś proces produkcji wuefistów, trenerów i specjalistów zgodnie z instrukcją na polskich AWF-ach? Brak skutecznego zaszczepienia pasji do zawodu czy wykonywanego zadania?

Mimo wszelkich smutnych scen, jakich byłem świadkiem w przeróżnych miejscach oraz niepokojących sygnałów, jakie otrzymywałem w międzyczasie, ciągle udawało mi się odnajdywać perełki – ludzi stworzonych do pracy z dziećmi i młodzieżą. Ich serdeczność oraz motywacja stanowiły dla mnie przykład. Bardzo trudny do zdefiniowania, bo mający swoje źródło w nastawieniu oraz umiejętności odpowiedniego zachowania wśród osób, które chłoną wszystko niczym gąbka. Jestem ogromnym fanem tych osób i bardzo bym sobie życzył, aby to właśnie ich praca spotkała się po drodze z sukcesem, bo w pełni na to zasługują.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Michał Kajzerek
Współpracownik

Komentarze