„Trenerze, co zamawiamy?” – Kamiński o Koszarku, mafii, pracy w szkole

Data:

Jak Zbigniew Białek minął Pau Gasola, co zamówił Łukasz Koszarek i dlaczego praca wuefisty jest fajna. Wojciech Kamiński, trener Rosy Radom, to już uznana marka w polskiej koszykówce. Chcieliśmy abyście poznali pana Wojtka trochę lepiej. Od prawdziwej strony.

To będzie długa droga, ale nie możecie wysiąść w połowie. Wtedy tak naprawdę rozpoczyna się cały wywiad.

***

Paweł Łakomski: Koszykówka koszykówką, ale młody Wojtek Kamiński wcale nie wiązał na początku swojej sportowej przygody z basketem.

Wojciech Kamiński: Wszystko wskazywało na to, że będę pływakiem.

Podobno z sukcesami.

Ee, bez przesady. Byłem wicemistrzem Polski młodzików na 400 metrów stylem zmiennym. Konkurencja wymagająca, trzeba było dobrze pływać czterema stylami. Było to dosyć męczące.

Skąd pomysł na pływanie?

O ile dobrze pamiętam, to w czasach PRL’u, w drugiej klasie obowiązkowe były lekcje pływania. Mieliśmy zajęcia na małym basenie i trenerzy przyglądali się, kto najlepiej sobie radzi. Spośród kilku osób wybrał mnie i powiedział, że będzie nabór do klasy pływackiej. Wiesz, jednak tak naprawdę to jeszcze wcześniej miałem być muzykiem!

O, to tego nie wiedziałem.

Od pierwszej klasy podstawówki chodziłem do szkoły muzycznej. Grałem na fortepianie. Nie byłem jednak wirtuozem, raczej śmiano się ze mnie, że brzdąkam, a nie gram. (śmiech)

Zacząłem od pływania nieprzypadkowo. Z reguły jest tak, że rodzice posyłają swoje dzieci na basen, aby ciało lepiej się rozwijało. W twoim przypadku doskonale musiała wiedzieć o tym mama, ponieważ jest…

… lekarzem pediatrii. Nie, nie miało to żadnego wpływu. Rodzice tylko kazali chodzić do szkoły muzycznej, nic więcej na mnie nie wymuszali. Bardziej kierunkowali, podpowiadali, ale decyzje podejmowałem sam.

Mama pracuje dalej?

Tak, tak, jak najbardziej, mimo że jest już na emeryturze. W Stalowej Woli była ordynatorem. Przeniosła się do Warszawy, aby być bliżej mojej siostry i mnie. Pracuje cały czas.

Odczuwałeś, że jesteś dzieckiem lekarza?

W tamtych czasach? Pewnie! Każdy miał dzieci, a one często chorowały. Sporo osób znało moją mamę i czasami to wykorzystywaliśmy. Dziś już nikt nie pamięta, ale kiedyś trzeba było wstawać w nocy, aby zająć miejsce w kolejce po mięso, czy chleb. Byliśmy jednak w komfortowej sytuacji, bo rodzice mieli dobrą pracę. Tata pracował w hucie, był inżynierem. Nie pracował przy piecu martenowskim, ale na innych stanowiskach.

Jeszcze słówko o mamie. Z tego co słyszałem, to leczyła m.in. dzieci Jerzego Szambelana.

Tak, jak najbardziej. Trener Szambelan był naszym sąsiadem, mieszkał w tym samym bloku. Zresztą na tym samym osiedlu mieszkał Waldek Wyka, wtedy czołowy zawodnik Stali Stalowa Wola. Trochę koszykarzy w okolicy było.

Jednak fakt, że Szambelan był twoim sąsiadem nie miało nic wspólnego z tym, że zacząłeś trenować koszykówkę. 

To było przez przypadek. Skończyłem z pływaniem, bo spalił się basen w Stalowej Woli…

…spalił? Jak to?

Remontowali basen i dach spłonął. Nie mieliśmy gdzie trenować. Straciliśmy cały sezon. Przyszedł kryzys, słabe wyniki na mistrzostwach Polski i pomyślałem, aby spróbować czegoś nowego. Padło na koszykówkę.

Rozmawiałem przed naszym wywiadem z trenerem Szambelanem, który powiedział o tobie jako o zawodniku. „Solidny chłopak, ale o ograniczonych możliwościach. Szybko zdał sobie sprawę, że wielkim koszykarzem nie będzie.”

Tyle? Cóż, nic dodać, nic ująć. Taka była prawda. (śmiech) Późno zacząłem trenować koszykówkę, więc może dlatego. Po skończeniu studiów wróciłem do Stalowej Woli, miałem nawet propozycję z ekstraklasy, aby podpisać kontrakt, ale tak jak trener Szambelan zauważył – to co umiałem, zawdzięczałem swojej pracy, a nie talentowi. Moja sprawność ogólna była całkiem dobra, ale braki w technice były spore.

Legenda głosi, że Wojciech Kamiński miał „windę”.

Skakałem, troszkę skakałem… Miałem predyspozycje do sportu w zakresie ogólnym.

Złośliwi twierdzą, że dalej „zapakujesz”, ale już tylko piłką do siatkówki. 

(śmiech) Czasami próbuję, ale kończy się to bólem nóg, achillesy ciągną przez trzy dni. Jedyne co mogę powiedzieć, to nie dalej niż kilka dni temu, trener Artur Pacek robił sprawdzian na wyskok. Bez żadnej rozgrzewki skoczyłem wyżej niż połowa zespołu Rosy Radom. Dobry wynik koszykarza wynosi około 30 cali, a ja skoczyłem 27. Można tylko gdybać co było wcześniej.

Studia. I tutaj jednej rzeczy nie rozumiem. Pochodzisz ze Stalowej Woli, a naukę na AWF zdecydowałeś się w Gdańsku, a przecież bliżej jest Kraków, czy Warszawa.

Nie chciałem iść do Krakowa, bo tam wszyscy szli z mojego miasta. Warszawa też mi nie pasowała. Miałem koleżankę rok starszą ode mnie, która poszła do Gdańska i zachwalała tamten AWF. Chciałem się usamodzielnić, odciąć się od rodziny. I tak wybór padł na Trójmiasto. Skończyłem studia i dziś jestem magistrem wychowania fizycznego.

Czy na AWF’ie już wtedy pracował Roman Tymański, wieloletni asystent trenerów w Asseco Gdynia?

Oczywiście! Roman był trenerem naszej drużyny akademickiej. Mieliśmy mocną ekipę – paru oszczepników, wioślarzy, więc byliśmy silnym zespołem.

Roman Tymański uchodzi za jednego z najlepiej rozpracowujących rywali w Polsce, więc skauting musieliście mieć na wysokim poziomie. 

Z nami ciężko było cokolwiek wyskautować. Byliśmy bardziej „drink team’em”, niż „dream team’em”. (śmiech)

A no właśnie… Paweł Turkiewicz, z którym już wtedy się znaliście, powiedział: „Koszykarsko doszkalaliśmy się także po meczach”. 

Pierwsze akademickie mistrzostwa Polski, w których brałem udział odbywały się w Gdańsku. Przyjechał m.in. AWF wrocławski z mocną ekipą. Wiadomo jakie jest życie studenckie. Chodziło się w tamtych czasach do „Tropsa” przy AWF. Chcieliśmy się lepiej poznać, rozmawialiśmy o koszykówce i nie tylko, ale o tym nie będziemy mówić. (śmiech)

Kiedy przyszedł czas na Trefl Sopot?

To w ogóle jest dziwna historia. Przyjechałem do Trójmiasta po kontuzji. W 1992 roku, przed klasą maturalną, pojechałem ze Stalą Stalowa Wola na obóz do Wisły. Pierwszy trening miał być lekki, więc wyszliśmy na murawę pograć w piłkę nożną. Zapomnieli nam powiedzieć, że wcześniej trawa była polana. Nikt z nas nie miał korków. Niefortunnie poślizgnąłem się na kałuży i rozwaliłem kręgosłup.

Brzmi groźnie. 

Upadając z całym impetem uderzyłem krzyżem o murawę. I co? Dziewięć miesięcy przerwy, ale nawet potem czułem ból. Jeździłem po różnych lekarzach i nikt nie wiedział co mi jest. Żeby było śmieszniej, doradzili mi, że dobrze byłoby gdybym pływał, wtedy wzmocnie mięśnie. Długo nie musieli mnie namawiać. (śmiech) Tym bardziej, że szykowałem się do egzaminów wstępnych na AWF. I tak naprawdę jak trafiłem na kurs przygotowawczy do Gdańska, to powiedzieli mi, abym zgłosił się do pana doktora Mieczysława Wiktora, który mnie „poskładał”.

I kiedy pojawił się Trefl Sopot?

Na trzecim roku studiów. Trefl dopiero w 1995 roku został założony. Zrobili camp dla chętnych zawodników i podpisałem umowę. W Sopocie grałem przez dwa sezony – awansowaliśmy z 2 ligi do 1, a następnie do ekstraklasy. Skończyłem studia i przygodę z Treflem też.

To zamykając twój koszykarski wątek –  do kogo byś się porównał z naszej ligi?

(śmiech) Nie chcę tego robić. To była inna koszykówka. Grałem na pozycjach 1/2, lubiłem oddać rzut. Szybko stwierdziłem, że trzeba znaleźć sobie nowe zajęcie. Po studiach wymyśliłem, że będę uczył w szkole. Mój szwagier, porozmawiał ze swoim przyjacielem, Jakubem Kacprzakiem, on z kolei znał trenera Jerzego Kwasiborskiego i tak, kroczek po kroczku, zaproponowali mi pracę z grupą młodzieżową z Pruszkowa oraz kilka godzin w szkole. Chociaż jeszcze po drodze zapisałem się na studia podyplomowe na SGH.

O, ale to może cię zainteresuje.

Pamiętam swoją pierwszą rozmowę o pracę w szkole. Było to liceum. Chciałem dobrze wypaść, ubrałem się elegancko. Pani dyrektor była bardzo miła, nawet stwierdziła, że przekonałem ją swoimi argumentami, że będę dobrym nauczycielem. Tylko jedyna klasa jaka była wolna, to same dziewczyny 3-4 klasa ogólniaka i pani dyrektor powiedziała, że nie zatrudni nauczyciela w moim wieku, aby prowadził tę klasę. (śmiech)

W środowisku koszykarskim przez wiele lat powtarzano, że Wojciech Kamiński to nie trener, tylko wuefista. Nawet kilku twoich znajomych prosiło, aby zapytać jak na to reagowałeś.

Szczerze? Miałem to w dupie. Jestem z wykształcenia nauczycielem wychowania fizycznego i się tego nie wstydzę. W tym sezonie po raz pierwszy pracuję w zespole, który prowadzę osoba odpowiedzialna za przygotowanie fizyczne. Przez pozostałe lata korzystałem z wiedzy ogólnej, którą zdobyłem na studiach. Nikt mnie nie oszuka w tym temacie i jeśli widzę, że coś jest nie tak, to mówię.

Tak samo jak praca z młodzieżą jest ogromnym bagażem doświadczeń. Nikt po studiach nie przyszedł do mnie i nie powiedział:

– Panie Wojtku, tutaj jest zespół z ekstraklasy, proszę ich poustawiać.

Najpierw uczyłem dzieci. Wychodziło różnie – raz lepiej, raz gorzej. Śmieję się, że ci ludzie, którzy tak mówią, nie poznali koszykówki od każdej strony. Nie wiedzą co to jest basket od podstaw. Kilka lat pracowałem w szkole. Zresztą dziś jestem nauczycielem dyplomowanym, przeszedłem wszystkie stopnie awansu zawodowego. I to nie są łatwe egzaminy, a tym bardziej praca nauczyciela nie jest prosta.

Uważam, że najwięksi fanatycy koszykówki pracują z dziećmi i chylę przed nimi głowę. Łatwo jest pracować za rozsądne pieniążki w blasku jupiterów (no chyba, że się przegrywa), ale najcięższa praca jest wykonywana w procesie edukacyjnym koszykarek i koszykarzy.

Mam teraz przed oczami swoich wuefistów. W podstawówce jeden po prostu rzucał nam piłkę i mieliśmy czas dla siebie. W gimnazjum nauczyciel wymagał białych koszulek, ale też lekcje były urozmaicone. Jakim wuefistą był trener Rosy Radom?

Wiesz jak jest – nie zawsze prowadziłeś zajęcia tak jak nakazuje „podręcznik”. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie było lekcji, gdzie dawałem dzieciakom piłkę i tyle. Są dni lepsze i gorsze. Czasami z uczniami grałem w piłkę, koszykówkę, czy w dwa ognie. Pracowałem w małej szkole, więc sala gimnastyczna była nieduża. Hala w Radomiu przy niej to Madison Square Garden. (śmiech)

Kiedy już zostałeś trenerem, to później nawet będąc pierwszym szkoleniowcem Polonii Warszawa, dalej pracowałeś w szkole.

Takie były realia. Klubu – choć grał w najwyższej klasie rozgrywkowej – nie było stać, aby zapłacić nam normalne pieniądze. Miałem pół etatu w szkole i zawsze byłem wdzięczny pani dyrektor, że szła mi na rękę. Plan był tak ułożony, że mogłem dalej pracować. Zdarzało się, że nie byłem na porannych treningach. Zmienialiśmy się z Andrzejem Kierlewiczem, moim asystentem w Polonii.

W tym roku oficjalnie rozstałem się ze swoją szkołą. Od pięciu lat pisałem podanie o bezpłatny urlop, natomiast latem rozwiązaliśmy moją umowę o pracę.

W takim razie 14 października nie otrzymałeś już życzeń na Dzień Nauczyciela?

Już nie dostałem kwiatów, ale dzwoniłem z życzeniami do pani dyrektor i nauczycieli. Uważam, że to jest ciężki zawód, szczególnie przy tej młodzieży, jaka teraz jest.

Ale chyba Wojciech Kamiński dałby sobie radę?

Nie takie imprezy się kładło. (śmiech)

Pracowałeś z dziećmi w Pruszkowie, ale dosyć szybko otrzymałeś propozycję pracy z ekstraklasy. 

Dwa i pół roku, wiec chyba szybko. W Pruszkowie trenerem był wówczas Amerykanin, Mike McCollow, a asystentem Nikołaj Baławczow. Zapytałem czy mogę przychodzić na treningi, poza tym pochwaliłem się, że znam angielski i rosyjski. Wyobrażasz sobie? Przez osiem lat – cztery w podstawówce, cztery w liceum – moim wychowawcą był nauczyciel od języka rosyjskiego. Cisnął nas niesamowicie, więc siłą rzeczy Я немного говорю по-русски. (Mówię trochę po rosyjsku). W sztabie szkoleniowym to wiesz, byłem taki przynieś/podaj.

Który to był rok?

Chyba 1998 rok.

Czyli szczyt „formy” mafii pruszkowskiej. Pewnie wiesz o co chcę spytać…

Na początku mieszkałem w Warszawie, więc nie widziałem ich zbyt często. Pamiętam jednak taką sytuację. Ćwiczyłem na siłowni i nagle ktoś podchodzi i mówi:

– Kolego, możesz sprawdzić, czy w drugiej sali jest wszystko w porządku?

To był jasny sygnał, że panowie chcą poćwiczyć i trzeba wyjść. Dla mnie to było normalne, więc grzecznie wyszedłem. Wszyscy, którzy mieszkali w Pruszkowie słyszeli opowieści o mafii, może też mógłbym coś opowiedzieć, ale…

… no właśnie, kiedyś wspominałeś historie, że ktoś z mafii pruszkowskiej cię poznał. Jak to było?

(śmiech) Opowiem tylko jedną historię i to niech ci wystarczy.

Zamieniam się w słuch!

Poszedłem z kolegą do całonocnego sklepu „trzynastka” na zakupy, ale było to jeszcze o normalnej porze. Wchodzimy, a tam za ladą stoi jeden z tych słynnych bossów mafii pruszkowskiej! Miał fantazję, że będzie obsługiwać klientów – tak po prostu. Zabawna sytuacja. Z boku stała pani z zeszytem i zapisywała co rozdaje. Obok stało dwóch panów, którzy pilnowali porządku. Już nie będę mówił, o którego bossa dokładnie chodziło, ale popatrzył na nas i powiedział:

– Oo, koszykarze! To wiem co chcecie. Proszę, tą „Finlandię” z uchem dla was.

I jego ludzie ściągnęli z półki butelkę, dostaliśmy do tego dwie cole. Mi z wrażenia jedna wypadła, a on:

– E, chyba jakiś junior przyszedł!

(śmiech)

Rozumiem, że wiedziałeś kto to jest?

Wiadomo! W sklepie nie byliśmy sami. Wszyscy byli przerażeni. Jego „koledzy” budzili respekt. Pamiętam, że chcieliśmy zapłacić, a on pokazał gestem, że nie trzeba i tylko powiedział do pani ekspedientki, która zapisywała sprzedane rzeczy na „zeszyt”.

– Proszę zapisać na mnie!

(śmiech) 

Sytuacja teraz wydaje się komiczna, ale wtedy pot spływał mi po plecach z nerwów.

Wróćmy do koszykówki. Zadebiutowałeś jako pierwszy trener mając 28 lat, prowadząc Polonię Warszawa w europejskich pucharach. Jakie wtedy krążą myśli po głowie?

Miałem mnóstwo pomysłów, które chciałem od razu wprowadzić do taktyki naszego zespołu. Pamiętam meeting z drużyną przed obiadem, trwał chyba z godzinę. Teraz w życiu nie zrobiłbym czegoś takiego. Chociaż akurat wyszło, bo pokonałem w debiucie Chimki Moskwa i to na wyjeździe. (śmiech)

Polonia Warszawa to dla ciebie przyspieszony kurs trenerski. 

Taki kurs przeszedłem trochę wcześniej. Na studiach kształcisz się w różnych kierunkach, natomiast później praca z dziećmi uczy cię niesamowitej pokory. Nagle okazuje się, że to co ci wkładali do głowy, te wszystkie książki o „żabach”, nie mają zastosowania w pracy z młodzieżą. Trzeba szybko wyrabiać swój warsztat. Później podpatrywałem wielu trenerów i ten kurs trwał cały czas. Natomiast, faktycznie zostałem rzucony na głęboką wodę.

Mówi się, że jednym z twoich koszykarskich „dzieci” jest Łukasz Koszarek.

Nie zgadzam się. Łukasz przyszedł do nas jako obiecujący zawodnik, któremu wystarczyło dać tylko szansę. Musiał właściwie przestawić się tylko z koszykówki juniorskiej na seniorską. Podobnie było z Kamilem Łączyńskim. Nie nauczyłem ich grać. Zobaczyłem, że mają potencjał, że można im zaufać i dałem im szansę.

Słyszałem historię, że Koszarka nie chciałeś dopuścić do gry, dopóki nie poprawi się na siłowni. 

O Łukaszu to parę historii mógłbym opowiedzieć.

Słucham.

Ale nie opowiem! (śmiech)

Spokojnie, to za chwilę. Jak to było z siłownią?

To były czasy, w których sam lubiłem poćwiczyć i chodziłem przed treningiem na siłownię warszawskiego AWF. Były to czasy kiedy trenował tam Piotr Małachowski i Tomasz Majewski, notabene wielki fan basketu. Oni na jednych stanowiskach, my na drugich. „Koszar” zrobił wtedy spory progres.

Łukasz opowiadał mi, że kto nie wyciskał tyle co trener Kamiński – podobno 130 kg – ten nie grał.

Bez przesady! Może 127 kg? Łukasz na początku z trudnem wyciskał 70 kg, ale później mocno się poprawił i chyba nawet 110 kg brał na „klatę”. W każdym razie zasłużył na grę w Polonii. (śmiech)

A to prawda, że chciałeś Koszarka wyrzucić z zespołu?

(chwila zastanowienia) Nie…

(śmiech) Fajnie to zabrzmiało. 

Wiesz, powiedziałem tylko, że jak będzie się zachowywać tak dalej, to jego przygoda w koszykówce za długo nie potrwa. Ale chodzi ci pewnie o…

Przyłożyłem ucho tu i tam, i okazało się, że podczas pierwszego okresu pracy w Polonii Warszawa zdarzyło ci się parę razy wyjść na miasto razem ze swoim kolegą, byłym dziennikarzem, Michałem Tomasikiem

… po meczu z PAOK’iem Saloniki przysłał mi wiadomość:

– Czy pokonanie PAOK’u smakuje tak samo, jak zwycięstwo nad Uralu Great Perm?

To była taka aluzja do sytuacji sprzed wielu lat. Pokonaliśmy zespół, w który zostały zainwestowane miliony dolarów! Grał tam m.in. Mahmoud Abdul-Rauf. I wtedy po zwycięstwie pojechaliśmy do „Dekady” i jak zaczęliśmy rozmawiać o koszykówce, to zrobiło się jasno i zamykali knajpę. Tak było…

Przerwałem ci, co z Łukaszem? (śmiech)

Raz wyszliście na miasto, a jak się chwilę później okazało, w tym samym lokalu był Łukasz Koszarek.

A! To znana historia! (śmiech) Siedziałem przy barze, nagle podszedł Łukasz, klepnął mnie w plecy i powiedział:

– Trenerze, co zamawiamy?

Obróciłem się i tylko odpowiedziałem:

– Ja jeszcze nie wiem, ale ty „919” (warszawska taxi) i wyp… do domu!

(śmiech)

Jak zareagował?

Lekko się zdziwił, bo podszedł mocno na „pewniaka”, zresztą to cały Łukasz. Było to w klubie „Park” po meczu z Wisłą Kraków. „Koszi” przyszedł ze starszymi zawodnikami.

I za to go chciałeś wyrzucić?

To nie było tak. Po tej sytuacji odbyliśmy męską rozmowę i ustaliliśmy kilka kwestii. Łukasz zakumplował się wtedy z Krzysztofem Roszykiem, który był tytanem pracy. Wziął go pod swoje skrzydła i we dwójkę zrobili ogromny progres. Krzysiu bardzo chciał grać. Przyszedł raz do mnie i zapytał:

– Trenerze, co mam zrobić, aby zacząć grać?

– Pracuj! – odpowiedziałem.

Była też taka historia, że na zgrupowaniu reprezentacji Polski, kiedy trenerem był ś.p. Andrzej Kowalczyk, mieliśmy trzy treningi – poranny, wieczorny i po kolacji dla chętnych. Z tym, że Łukasz i Krzysztof mieli być obowiązkowo.

FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl 2005-02-06 LUTY ZERO PIEC KOSZYKOWKA MEZCZYZNI POLONIA WARSZAWA - PROKOM TREFL SOPOT 74-77 MASKOLIUNAS DARIUSZ, KOSZAREK LUKASZ, KAMINSKI WOJCIECH

FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI / 400mm.pl
MASKOLIUNAS DARIUSZ, KOSZAREK LUKASZ, KAMINSKI WOJCIECH

Jak to się stało, że młody trener został włączony do sztabu szkoleniowego kadry Polski?

Byłem asystentem w Polonii Dariusza Szczubiała, który dobrze znał się z Andrzejem Kowalczykiem, więc padła taka propozycja, abym mógł się uczyć.

To prawda, że tamta kadra jeździła na dwa turnieje jednocześnie?

(śmiech) To będzie dobra historia. Uważaj!

PZKosz zorganizował wyjazd na turniej do Hiszpanii, ale później trener Kowalczyk załatwił zaproszenie na podobny turniej do Grecji. Wyjazdu do Alicante nie można było odkręcić, więc wysłano mnie, jako pierwszego trenera, z grupą zawodników, której do Grecji nie zabrał Andrzej Kowalczyk. Pojechali wtedy m.in. Krzysztof Dryja, Bartosz Sarzało, Zbigniew Białek, Robert Skibniewski, Wojciech Majchrzak i chyba Marcin Sroka.

Mocna ekipa.

Oj, bardzo mocna! W Alicante przyjął nas Mirosław Trzeciak, były polski piłkarz. Pierwszy mecz i od razu na dzień dobry gramy z Hiszpanią. A tam w składzie – Gasol, Garbajosa, Calderon i całe to świetne pokolenie. Pamiętam ten mecz jak dziś. W pierwszej połowie fenomenalnie grał Zbigniew Białek. Wychodziło mu wszystko, absolutnie wszystko! Pamiętam „Białego” krył Gasol, ten go minął, na pomoc poszedł Garbajosa, a Zbyszek wsadził nad nim piłkę! Akurat Gasol przebiegał koło naszej ławki, a moja fantazja trochę mnie poniosła i krzyczę:

– Pau, do you play any defense in NBA?

(śmiech)

Ale jak to było? To były sparingi za zamkniętymi drzwiami, czy bardziej oficjalne – „Wojciech Kamiński, head coach of Poland”? 

Tak! Z Hiszpanią dostaliśmy ostatecznie różnicą 30 punktów. Na drugi dzień graliśmy z Ukrainą i biliśmy się do samego końca. Dostaliśmy owację na stojąco, bo przegraliśmy po dramatycznej końcówce. Zresztą, to nie była jedyna przygoda jako „pierwszy” trener reprezentacji Polski. Raz wysłali mnie do Belgii…

W tym momencie ogarnął nas śmiech i na chwilę przerwaliśmy rozmowę.

Ale jak to było możliwe?!

Znowu nałożyły się terminy i musiałem jechać.

Nikt nie zorientował się, że przyjechała nie ta reprezentacja?

Nie, bo kazali mówić, że kadra „A” pojechała na inny turniej, a mój zespół to reprezentacja Polski szykowana na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie! Śmiechu było co niemiara. Musiałem jakoś tłumaczyć to wszystko, aby federacje, które nas zapraszały nie miały pretensji.

Pośmialiśmy się, ale zmieńmy wątek. Jedna osoba powiedziała mi o tobie: „Wojtek jest osobą, który z nikim nie ma problemu. Nawet jeśli wie, że ktoś wbija mu szpilę, to i tak nie ma problemu, aby z nią porozmawiać”.

Ostatnio przeczytałem takie zdanie. „Ludzi, którzy źle ci życzą, najbardziej denerwuje jak widzą cię szczęśliwym”. I tym się kieruję. Nie jestem wobec nich obojętny, ale staram się mieć normalne podejście, jak do każdego innego człowieka. Taki mam charakter.

To jak się czułeś w sytuacji, kiedy w twojej obecności prezes Rosy Radom, odebrał telefon od znanej postaci w polskiej koszykówce, która bez wahania sugerowała, że trenera Kamińskiego trzeba już zwolnić i zatrudnić pana X?

Każdy prezes ma prawo do rozmowy z kim chce. Akurat wtedy miałem podpisany z Rosą Radom dość nietypowy kontrakt. Moja umowa w sezonie 2013/2014 mogła zostać rozwiązana w grudniu w przypadku niezadowalających wyników. W klubie nie mieli dalej przekonania, więc podpisaliśmy aneks, że decyzja będzie odroczona do końca stycznia. Pamiętam, że decydującym spotkaniem miał być mecz z Energą Czarnymi Słupsk, a trenerem był wówczas Andrej Urlep. Wygraliśmy to spotkanie i prezes podszedł do mnie i powiedział, że strasznie się bał, że przegramy. Ująłem to wtedy krótko:

– To nie chodzi o prezesa czy klub, tylko o mnie i moją przyszłość.

Żebym został dobrze zrozumiany. Nie zamierzałem łatwo rezygnować z posady trenera w Rosie. Chciałem udowodnić, że potrafię prowadzić zespół w ekstraklasie. Tym bardziej, że pracowałem wcześniej w Polpharmie Starogard Gdański, gdzie uważam mieliśmy spory potencjał, ale to zupełnie inna para kaloszy, ale o tym… (chwila zastanowienia) szkoda gadać.

W środowisku usłyszałem ostatnio następującą opinię. „Państwo Saczywko cieszą się z Pucharu Polski, wicemistrzostwa Polski, czy Superpucharu, ale tak naprawdę najbardziej powinni być zadowoleni, że trafili na Kamińskiego. W „normalnych” okolicznościach trenerzy z agentami by ich oskubali i w dwa lata nie byłoby klubu. A Wojtek tego nie zrobił”.

Teraz powiem coś, co mi powiedział prezes Saczywko na koniec poprzedniego sezonu.

– Z każdym rokiem wydatki na zawodników maleją, a sukcesy idą w górę.

Przy tej rozmowie było kilka osób i śmialiśmy się, że nie zwiększą budżetu, bo po co? (śmiech) Tak naprawdę u nas pensje zawodników nie są duże, tylko premie za wyniki robią różnicę. W zeszłym sezonie odczuliśmy to w szczególności. Myślę, że do dnia dzisiejszego to odczuwamy.

Tylko jak portal Polskikosz.pl zaprezentował budżety klubów, to wszyscy popukali się w czoło i nikt nie wierzy, że Rosa Radom ma 3 mln budżetu. 

Ok, to teraz tak. Czy ktoś do budżetu klubu liczy premie od sponsora za konkretne wyniki? To jest zasadnicze pytanie. Jeśli nie, to budżet Rosy Radom wynosi 3 mln zł. My mamy zawodników, którym podaliśmy kiedyś rękę i oni nie zarabiają u nas kokosów. U nas młody polski koszykarz nie zarabia 10 tys. zł jak w innych klubach, tylko 2-3 tys. zł. I to nam „robi” budżet. Dlatego później możemy sobie pozwolić na gracza pokroju Darnella Jacksona, bo oszczędzamy na innych.

Wszyscy, absolutnie wszyscy, z którymi rozmawiałem na twój temat mówią: Kamiński? Zapytaj o przesądy!

A kto z nas nie jest przesądny? Niby nikt nie jest, ale przed egzaminem każdy chciał zostać kopnięty w tyłek na szczęście. W moim przypadku był to szczęśliwy garnitur, a na meczach wyjazdowych nie zmienialiśmy restauracji, skoro wcześniej przyniosła zwycięstwo. Może to śmieszne, ale każdy z nas podświadomie jest przesądny.

To o czym mówisz jestem w stanie zrozumieć, ale tego już nie. „Kamil, możesz odstawić auto? Jak ostatnio tutaj zaparkowałem, to wygraliśmy mecz”. Podobno tak wiele lat temu powiedziałeś do Kamila Łączyńskiego, jeszcze w czasach Polonii Warszawa.

(śmiech) Możliwe, możliwe! Miałem swoje ulubione miejsce, więc może tak było. Teraz auto zostawiam w garażu, a zresztą po Radomiu chodzę pieszo.

Jeden z zawodników Rosy prosił, aby zapytać czy zaglądanie średnio trzy razy do tajemniczego notesu w trakcie treningu, ma coś wspólnego z przesądami. 

Nie, notes leży z tyłu za tobą.

Trener Kamiński wstaje i bierze do ręki notes.

Zawsze jest taki sam – zwykły zeszyt. Są tutaj zapisane treningi, ćwiczenia, zagrywki. Niektórzy zapisują na kartkach, a ja mam w notesach i wszystkie są w domu. Jest ich niestety więcej, niż albumów ze zdjęciami, ale co zrobić. (śmiech) Osiemnasty sezon w ekstraklasie, piętnasty jako pierwszy trener, więc trochę tego jest.

„Śmiejemy się, że jest tam napisane co robiliśmy dzień przed wygranym meczem ze Stelmetem”.

Tak, ale dlatego, że są tam zapisane wszystkie treningi. Nie polega to na tym, że jeśli wygraliśmy ważne spotkanie np. z PAOK’iem, to później zastosuję to samo przed Czarnymi Słupsk. Aczkolwiek są ćwiczenia, które lubię powtarzać. Notes przydaje się przede wszystkim w sytuacjach, kiedy ponownie gram przeciwko trenerowi X. To co grał np. dwa sezony temu jest ciągle aktualne i mam o połowę mniej roboty ze skautingiem.

Mówią, że jesteś najszybciej klaszczącą osobą na świecie. 

(śmiech) Nie wiem czy najszybciej, ale zawsze po meczach, czuję, że rączki pracowały. Zdarza się nawet, że dłonie są popękane do krwi.

Kiedy zwykły człowiek mówi: „chodź, przejdziemy się.” Nie brzmi to groźnie. Podobno w twoim przypadku nie jest to krótki dystans. 

Teść mojej siostry, pan Leszek Lachowicz, powiedział, że gdybym nie był trenerem koszykówki, to pewnie zostałbym listonoszem. Lubię chodzić, pamiętam, że moja mama we mnie to zaszczepiła. Po Stalowej Woli zawsze poruszałem się pieszo.

Raz przesadziliśmy na kadrze, razem z Krzysztofem Szablowskim. Graliśmy mecz eliminacyjny pod Wiedniem w miejscowości Schwechat. Przyjechaliśmy do hotelu i mówię:

– Krzysiu, chodź, przejdziemy się.

I doszliśmy do Wiednia. Znaczy wiesz, według mnie daleko nie było. (śmiech) Później wracaliśmy wzdłuż Dunaju i spotkaliśmy jakiś ludzi, których zapytaliśmy jak dojść do naszego hotelu. Zrobili wielkie oczy.

– Jak to chcecie dojść?

– No normalnie, na pieszo.

– Na piechotę? Niemożliwe!

Chcieli nas podwieźć, ale my twardo nie poddawaliśmy się. Kilkugodzinny spacer wzdłuż Dunaju jeszcze nikomu nie zaszkodził.

Zaczęliśmy pływaniem, to i tym skończymy. EuroBasket 2015, Montpellier, dzień wolny. Co ci to mówi?

Pojechaliśmy na plażę, aby trochę się zrelaksować. Dominik Narojczyk, trener przygotowania fizycznego, przeprowadzał trening na piasku Robertowi Skibniewskiemu. A ja? Wskoczyłem do morza i zacząłem łowić muszelki. Coś trzeba było do domu zabrać. Krzysio Szablowski wziął kilka do domu, a „Turek” nie chciał. (śmiech)

Rozmawiał Paweł Łakomski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Paweł Łakomski
Właściciel OFENS.CO

Słupszczanin zakochany w koszykówce. Gdzie grają, tam jestem. Piszę, analizuję, ale przede wszystkim rozmawiam.

Komentarze

6 komentarzy