Vlad Moldoveanu. Cienias, który staje się bohaterem

Data:

– To jakiś żart?

Napisał kibic z jakimś wymyślonym nickiem pod tekstem Radia Zielona Góra. Ogłoszono w nim przyjście Vlada Moldoveanu do Stelmetu Zielona Gora.

– Wow… ale informacja. No to wszystkie karnety pójdą jak woda… przecież aż chce się oglądać grę tego cieniasa – dodawał ironicznie inny.

To był pierwszy transfer klubu przed powrotem do Euroligi. Stelmet ściągnął rywala zza miedzy, z nielubianego specjalnie Zgorzelca. Lecz wcale nie zabierał „Turom” największej gwiazdy, ale gościa, który był czasem szósty, siódmy, ósmy… nawet dziewiąty w rotacji. Brał gracza, który w finałach Tauron Basket Ligi był kompletnie niewidoczny. 0,0,0,0,3 – oto liczby jego punktów w meczach finałowych. Sam drapałem się po głowie. Jakim cudem on trafił do Zielonej Góry?

Trudno złapać rytm 

Zawodnik w wywiadach spokojnie tłumaczył, że jego europejska kariera jest okazała, a tylko ostatni rok był spadkiem formy. Miał za sobą udane sezony we Francji, Estonii, rozgrywkach Eurocup. W Zgorzelcu trochę zderzył się ze ścianą.

Trudno złapać rytm, gdy w jednym meczu grasz 15, w drugim 5 minut – mówił w jednym z wywiadów.

Ta ściana miała około 185 cm wzrostu, dobrze skrojony garnitur, biegała przy linii, machała teatralnie rękami. Nazywała się Miodrag Rajković. Vlad przychodził grać na tej samej pozycji, która należała do Filipa Dylewicza – jednego z ulubieńców serbskiego szkoleniowca. To właśnie kapitan Turowa po wywalczeniu mistrzowskiego tytułu dwa lata temu mówił, że to najlepszy trener, z jakim przyszło mu pracować w karierze. Trener, który miał swoje pięć pokaźnych minut w polskiej koszykówce.

I Moldoveanu jakoś zupełnie do niej nie pasował. Up-tempo, nieustanne rotacje. Damian Kulig grający z ławki. WTF? – chciałoby się powiedzieć. A poza nim sporo zawodników, którzy lubią rzucać: Mardy Collins, Michał Chyliński, Nemanja Jaramaz, Filip Dylewicz, Tony Taylor. Wszyscy byli przed Vladem w hierarchii zespołu. Ten sezon nie miał prawa mu się udać. I tak też zrobił – kompletnie się nie udał. Z odsieczą na pomoc Rumunowi przyszli Saso Filipovski i Janusz Jasiński.

Pomysł Saso

Na początek oddajmy głos pomysłodawcy.

– Vlad został zakontraktowany jako nasz backup na pozycję nr 4. Ma odpowiedni wzrost, ma dobry rzut za trzy, jest też zwrotny. A oprócz tego ma dobrą osobowość co sprawia, że z pozycji trenera łatwiej będzie nim kierować na parkiecie. Jest zawodnikiem gotowym do tego by stawiać cele drużyny na pierwszym miejscu – tłumaczył Saso Filipovski w artykule, który znaleźliśmy na stronie klubu.

Dodawał, że to ułożony i stabilny człowiek, który ma rodzinę i jej się poświęca. Przeciwieństwo Chevona Troutmana. Wiadomo było, że Vlad nawet jakby wybrał się do X-Demona, to nie wsiądzie po nim pijany do samochodu, nie weźmie na pokład kilku podchmielonych dziewuszek, chcących poznać wszystkie zagrywki Stelmetu Zielona Góra.

– To jest zawodnik poukładany, z dużymi umiejętnościami, który dla mnie był źle wykorzystany przez trenera Rajkovicia – dodawał na jednej z konferencji prasowych Janusz Jasiński, właściciel klubu.

fot. Sebastian Borowski

fot. Sebastian Borowski

80 proc. szans, że trafi

Gdy spojrzymy na dotychczasowy przebieg kariery Rumuna, to może nam się wydawać to spadkiem po równi pochyłej. Cztery lata w Stanach Zjednoczonych – dlatego tak świetnie mówi po angielsku – później słynny Benneton Treviso, następnie francuskie Le Havre, estoński Kalev Tallin, a później dwa lata w Polsce. Jednak to tylko złudzenie.

Wszyscy sceptycy powinni wejść pod trybuny w hali Stelmetu i za karę zostać tam do końca sezonu. Wszyscy, którzy tak mocno psioczyli na Vlada. Szykowany na rezerwową czwórkę zawodnik dość niespodziewanie stał się najskuteczniejszym graczem zielonogórzan w Eurolidze. W pierwszym meczu przeciwko Żaligirsowi Kowno rzucił 16 punktów w 26 minut. Trafił 3 z 4 rzutów za trzy. W Barcelonie oddał jeden rzut za trzy mniej. Tym razem trafił wszystkie – skończył mecz z 14 punktami. Przeciwko Lokomotivowi Kubań dołożył jeszcze 2 z 3 trójek – znów uzbierał 16 oczek. Co takiego wymyślił dla niego trener Filipovski? Sytuacja numer jeden. Pick rozgrywającego ze środkowym i jeden z nich decyduje się odrzucić piłkę na obwód. Najlepiej gdzieś na 45 stopni. Tam już czyha Moldoveanu. Jeśli nie ma przy sobie obrońcy – to masz 80 proc. szans że trafi.

Tak przynajmniej mówią jego dotychczasowe statystyki – jest o 8 na 10 za trzy w Eurolidze. To daje mu trzecie miejsce wśród ludzi, którzy mają na razie najwięcej celnych trójek. Przed nim są tylko Jon Diebler z Efesu (14 trafionych) i Matt Lojeski z Olympiakosu Pireus (9). Obaj jednak potrzebowali oddać o wiele więcej rzutów, niż 10. Wróćmy do zagrywek dla Vlada. Druga jest równie banalnie prosta.

Nasz bohater stawia zasłonę rozgrywającego – najczęściej na lewej stronie i w zależności od sytuacji rzuca za trzy – gdy obrońcy decydują się podwoić podającego – lub też przepycha się z nim pod sam kosz. To Vlad robi troszeczkę topornie, ale w takich sytuacjach również punktuje – choć nie jest już tak skuteczny. Zdarzają mu się jakieś niezbyt piękne akcje, jak próba fade-awaya z jednej nogi, która nie dolatuje do obręczy. W tej swojej grze tyłem do kosza Vlad jednak potrafi zaskoczyć. I mnie, i swojego obrońcę. Sam w defensywie nie działa cudów, ale też nie wygląda jak ręcznik. Robi swoje, choć zdarzają się rywale znacznie silniejsi, skoczniejsi od niego. Z nawiązką jednak oddaje im w ataku.

Gdyby nie Koszar

Nie byłoby punktów Moldoveanu, gdyby nie gra kapitana Łukasza Koszarka. – W Turowie mało grał. Wiedzieliśmy jednak, że to jest rzucająca czwórka. Ja osobiście lubię z grać z takimi ludźmi – on wychodząc na obwód robi sporo miejsca w trumnie. Barcelona w pierwszej połowie go nie podwajała. Miał otwarte pozycje i trafiał. W drugiej rywale ryzykowali, kryli go mocniej i w ten sposób otwierała się gra dla Dejana Borovnjaka – tłumaczy. Dodaje, że przed sezonem nic nie wskazywało na to, że tak wystrzeli ze swoją formą rzutową.

– Cieszymy się jednak mocno z tego i staramy się na niego pracować. Jest ważną częścią naszego ataku, a w Eurolidze nie oszukujmy się, nie mamy dużo przewag nad rywalami, gdzie możemy dać piłkę i być pewni, że zdobędziemy punkty. Vlad to właśnie robi. Jak jest wolny, to trafi – tłumaczy rozgrywający Stelmetu.

Gdy rozmawiam z Koszarkiem, bohater tego tekstu rozciąga się pod koszem. Pytam go o to, jak to się stało, ze ma taką formę.

– Nie wiem. Po prostu staram się grać twardo, być agresywnym i wykorzystywać okazję, które daje mi nasz system. Na razie to się udaje, rzucam na wysokim procencie skuteczności – tłumaczy zawodnik.

Porównuje oba systemy. Ten ze Zgorzelca i Zielonej Góry. System Saso Filipovskiego nazywa bardziej zwartym, mocniej kontrolowanym. Tu nie ma tyle miejsca na improwizację, grę jeden na jeden, na które tak mocno stawiał Miodrag Rajković.

– Taki system jest dla mnie lepszy. Dobrze się w nim czuje – dodaje skrzydłowy.

Na koniec gadamy o Koszarku. W rewanżu również zasypuje Łukasza komplementami, które skrzętnie łapie mój dyktafon.

– Koszar był jednym z głównych przyczyn, dla których zdecydowałem się podpisać kontrakt w Stelmecie – śmieje się zawodnik. Latem miał jeszcze propozycję z ligi niemieckiej.

Kibice w Zielonej Górze ponoć już myślą o tym, aby dać na mszę dziękczynną w kościele św. Jadwigi, że zawodnik zdecydował się jednak na ich klub, zamiast zarobków w walucie Euro. Wrócmy do Koszarka.

– Grałem wcześniej przeciwko niemu i wiedziałem, co to za jeden. Jest ogromnie niesamolubny na boisku. A to rzadkość w obecnych czasach. Mamy więc ogromne szczęście móc mieć go w Stelmecie – tłumaczy skrzydłowy.

Morze łez?

Poza boiskiem Vlad to niezwykle otwarty i uśmiechnięty człowiek. Ulubieniec kibiców. Choć może nie tych samych, którzy rozkochują się w mieszaniu z błotem każdego zawodnika. Do tej pory jego pobyt w Stelmecie to sielanka, którą zakłócają tylko pechowe euroligowe porażki. W ostatnim meczu z Lokomotivem Kubań mógł dać kibicom dawkę ogromnego szczęścia i nadzieję na zwycięstwo. Stelmet przegrywał czteroma punktami i miał piłkę z autu. Moldoveanu zaczaił się pod koszem, skorzystał z zasłony niskiego i wybiegł na obwód. Piłka po jego rzucie leciała w kierunku siatki. Odbiła się jednak od obręczy. Gdyby trafił, kto wie, jak potoczyłyby się ostatnie sekundy meczu.

Rosjanie jeszcze w ostatniej akcji zwiększyli przewagę do ośmiu punktów. Gdy oba zespoły dziękowały sobie za zażarty pojedynek, jeden z chłopców myjących parkiet nie wytrzymał. Tłumiąc łzy chciał jak najszybciej przemieścić się do magazynu za jedną z trybun. Nie wytrzymał. Rozpłakał się w połowie drogi. Wcześniej nie krył emocji, gdy Vlad zdobywał kolejne punkty dla Stelmetu. Wszystkim w Zielonej Górze marzy nam się pewnie to samo. Piątek. Ostatnia akcja meczu z Panatinaikosem. Moldoveanu znów ucieka po zasłonie i rzuca decydujące punkty na zwycięstwo. Wtedy niech płacze nawet cała hala. Ze szczęścia. Fajnie mieć cię u siebie w mieście Vlad!

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Kosma Zatorski

Dziennikarz z Zielonej Góry, gdzie na co dzień pracuje w oddziale Gazety Wyborczej. Myśli o koszykówce 24 godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Fan Giannisa Antetokounmpo, Steve'a Nasha i filmów Wesa Andersona. W kuchni cały czas pracuje nad recepturą burgera idealnego. Beatwriter Stelmetu Zielona Góra.

Komentarze

2 komentarze