Wspominając Earla Lloyda

Data:

Chicago Hotel, 25 kwietnia 1950 roku. Pierwszy draft w historii National Basketball Association – ligi, która właśnie miała za sobą pierwszy sezon pod taką nazwą. Ligi, w której każdy zawodnik był biały. Czarnoskórych koszykarzy można było zobaczyć w meczach rozgrywek uczelnianych, bądź na występach Harlem Globetrotters, ale nie w profesjonalnej koszykówce.

Z pierwszym numerem draftu, Philadelphia Warriors wybierają Paula Arizina. Wkrótce po nim wybrany zostaje, jak się później okazało, najlepszy zawodnik tego draftu – Bob Cousy. Zebrani w sali hotelowej goście nie wiedzieli, że zaraz staną się świadkami bezprecedensowego wydarzenia. Z drugim wyborem, w drugiej z dwunastu rund draftu, Boston Celtics wybrali Charlesa „Chucka” Coopera – pierwszego Afroamerykanina wybranego w drafcie NBA. Wybór zszokował zebrany w hotelu tłum. Właściciel Celtics, Walter Brown zapytany został momentalnie:

Walter, nie wiesz, że on jest kolorowy?!

Mam to gdzieś czy on jest w kreski, kratę czy prążki. Boston Celtics wybierają Charlesa Coopera z Duquesne! – oznajmił Brown, który wyboru dokonał wraz z legendarnym trenerem, Redem Auerbachem.

Siedem rund później, z ostatnim wyborem dziewiątej rundy, Washington Capitols wybierają skrzydłowego, Earla Lloyda z West Virginia State – koledżu w pełni afroamerykańskiego. Lloyd, nazywany przez swoich kolegów „Moonfixer”, bądź w skrócie po prostu „Moon” – ze względu na swój wzrost, który miał mu pozwalać dosięgać księżyca – przechadzał się właśnie po kampusie, kiedy jedna z jego znajomych krzyknęła:

Moon! Właśnie usłyszałem twoje imię w radiu.

Lloyd był wyraźnie zdziwiony tym faktem.

Zostałeś wybrany do gry w jakimś profesjonalnym zespole zwanym Washington Capitols –  wyjaśniła znajoma.

Lloyd nigdy nie planował, gry w NBA. Nie wyobrażał sobie w ogóle, że może dostać taką szansę. Już od czasów licealnych marzył o tym by zostać nauczycielem, a później, jeśli dobrze pójdzie, trenerem szkolnej drużyny. Zawsze uważał, że bycie nauczycielem lub trenerem to wielki zaszczyt. Nikogo nie szanował bardziej niż swoich nauczycieli i trenerów, więc gdy jego trener zachęcał go by skorzystał z zaproszenia od Capitols, Lloyd potraktował to jak znak od Boga.

Earl nie chciał jednak opuszczać uczelni przed zdobyciem stopnia naukowego, ale gdy dziekan, Dr. Harrison Ferrell, zapewnił go, że w każdej chwili będzie mógł dokończyć studia, Lloyd wiedział już, że spróbuje swoich sił w NBA.

Za wybór w drafcie, Lloyd wdzięczny był przede wszystkim Redowi Auerbachowi i Walterowi Brownowi. Twierdził, że to właśnie szefowie Boston Celtics dali odwagę zespołowi z Waszyngtonu by wybrać zawodnika czarnoskórego. Lloyd twierdził, że był bezpiecznym wyborem. Nikt nie sprzątnąłby go Capitols sprzed nosa, ze względu na kolor jego skóry.

Zostałem wybrany w dziewiątej rundzie, ale wierzcie mi, zostałbym wybrany w czterdziestej-piątej, gdyby było czterdzieści pięć rund.

Lloyd przez długi czas zastanawiał się co podkusiło Waszyngton by go wybrać. Doszedł do wniosku, że zadecydowały względy ekonomiczne. Uniwersytecka drużyna Lloyda swoje mecze rozgrywała ledwie kilka kilometrów od siedziby Capitols, więc Caps nie musieli wydawać pieniędzy na skauting. Poza tym, sam zawodnik był bardzo tani. Nie były to jeszcze czasy gdy gracze zarabiali miliony. Ich pensje często ledwie starczały na utrzymanie.

Kilka miesięcy później Lloyd zjawił się na obozie Capitols. Wtedy pierwszy raz w życiu wdał się w konwersację z białym człowiekiem, a mianowicie trenerem zespołu. Earl wychowywał się w czarnoskórej dzielnicy Alexandrii w stanie Virginia. Później studiował  na uczelni tylko dla czarnoskórych. W mieście, próba rozmowy z białymi mogła zakończyć się odsiadką w więzieniu. Najlepiej było w ogóle nie iść tą samą stroną ulicy co biali. Tak wyglądały czasy segregacji w Stanach Zjedoczonych.

Obóz treningowy Lloyd wspominał jako dość przerażające na początku doświadczenie. Nie łatwo było mu pokonać barierę psychiczną.

Kiedy całe, życie traktują cię jako gorszego, bardzo łatwo uwierzyć, że jesteś gorszy.

Do historycznego momentu dochodzi 31. października 1950 roku. Capitols rozpoczynają sezon meczem z Rochester Royals. Na boisko wybiega Earl Lloyd, przełamując tym samym barierę koloru skóry w NBA. Skrzydłowy, w porażce swojej ekipy notuje sześć punktów i 10 zbiórek (najwięcej zbiórek w meczu). Wybrany przez Celtics Chuck Cooper debiutuje następnego dnia. Historyczne dokonanie Earla Lloyda zostaje całkowicie pominięte przez prasę.

Lloyd dla Capitols rozegrał zaledwie siedem spotkań, w których notował średnio ponad sześć punktów i niecałe siedem zbiórek. Po siedmiu spotkaniach, 22-letni Lloyd został powołany do wojska i wysłany na wojnę do Korei. Opuścił przez to resztę sezonu i cały następny. Na domiar złego, podczas jego pobytu w Azji, Capitols wycofali się z rozgrywek. Lloyd spodziewał się, że to koniec jego kariery w NBA.

Po wycofaniu się Capitols, NBA ogłosiła draft uzupełniający, w którym znaleźli się wszyscy gracze Waszyngtonu. Syracuse Nationals zdecydowali się na kolegę Lloyda, Freda Scolariego, który następnie wstawił się za Lloydem.

Jest taki młody chłopak, nikt go nie weźmie, a możecie dostać go ‘za czapkę gruszek’”, zapewniał włodarzy Nationals Scolari.

W ten sposób Earl Lloyd w sezonie 1952-1953 wrócił do gry. W Syracuse spędził łącznie sześć sezonów. W najlepszym z nich (1954-1955) zdobywał średnio ponad 10 punktów na mecz oraz zbierał niecałe osiem piłek. W tym samym sezonie Nationals sięgnęli po mistrzostwo NBA. Earl Lloyd i jego kolega z drużyny, Jim Tucker, stali się tym samym pierwszymi czarnoskórymi mistrzami NBA.

Lloyd był tak zwanym „hustle player”, czyli graczem, który przede wszystkim miał walczyć o każdą piłkę, stawiać mocne zasłony i przepychać się w polu trzech sekund. Przez całą karierę, w playbooku nie było na niego ani jednej zagrywki. Trenerzy i szefowie klubów patrzyli wtedy na Afroamerykanów bardzo stereotypowo. Nie wyobrażano sobie czarnoskórego rozgrywającego. Afroamerykanie sprowadzani byli tylko i wyłącznie do walki pod koszem. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach sześćdziesiątych, gdy gracze tacy jak Oscar Robertson czy Hal Greer zaczęli sprawiać, iż trenerom nie wierzącym, że czarnoskórzy mogą kierować grą drużyny, zaczęło się robić głupio.

W czasach gry dla Nationals, Lloyd musiał zmagać się z wszechobecnym wtedy rasizmem. W znacznej większości miast czarnoskórzy nie mogli jadać w tych samych knajpach co biali. Zdarzało się, że Lloydowi odmawiano również noclegu w hotelu, w którym przebywała jego drużyna.

Według Lloyda najgorsze były małe miasteczka, w których drużyny NBA często rozgrywały mecze w okresie przygotowawczym. Autokar z graczami zatrzymywał się w niedalekiej odległości od hali. Czarni musieli przesiadać się do podstawionych samochodów i w ten sposób dowożeni byli na tyły hali i wchodzili tylnym wejściem.

Duże miasta jak Indianapolis czy Boston nie były jednak wcale lepsze. „W tych miastach trzeba było spodziewać się wszystkiego”, mówił Lloyd. Wielokrotnie spotykał się z najgorszymi wyobrażalnymi okrzykami, czy nawet pluciem. Słowo „czarnuch” było powszechnie używane nie tylko przez kibiców, ale także dziennikarzy czy ekspertów. Lloyd nigdy jednak nie spotkał się z rasizmem na samym boisku.

Kiedy wpuszczają nas razem na boisko, gra przestaje być biała czy czarna – mawiał.

Na boisku walczyliśmy na całego, chcieliśmy się pozabijać, ale wciąż pozostawaliśmy przyjaciółmi, dbaliśmy o siebie nawzajem.

Lloyd nie mógł liczyć jednak na wsparcie od, chociażby, szefostwa drużyny.  Pewnego lata, Nationals umówili się na mecz towarzyski w Południowej Karolinie. Problem w tym, że nie dopuszczano tam, by czarni grali przeciwko białym w koszykówkę. Oznaczało to, że Lloyd nie mógł pojechać z drużyną na mecz.

Sytuacja ta bardzo zabolała Lloyda. Nie chodziło tylko o to, że włodarze postąpili jak postąpili, ale też o to, że żaden z kolegów nie postawił się i nie powiedział:

Jeśli Earl nie może jechać, to ja też nie jadę!

Nikt nie powiedział, że to nie w porządku, mówił Lloyd. Takie sytuacje jak ta skłoniły mnie do myślenia o mojej wartości jako koszykarza i jako człowieka. Ostatecznie zdajesz sobie sprawę, że jesteś w tym wszystkim sam – wspominał z bólem.

Status gracza NBA nie oznaczał w owych czasach absolutnie nic, jeśli nie było się białym człowiekiem. Lloyd nie mógł się swobodnie poruszać po Syracuse. Przez kolor skóry miał też problemy z wynajęciem mieszkania. Często, gdy po rozmowie telefonicznej przyjeżdżał na umówione spotkanie, właściciel mieszkania nagle zaczynał twierdzić, że ogłoszenie nie jest już aktualne. Ponadto, zawsze musiał uważać by być odpowiednio ubranym.

Kolega kiedyś zapytał mnie:

Dlaczego zawsze jesteś w krawacie?

Odpowiedziałem mu:

Pamiętasz jak poszliśmy do klubu w Fort Wayne, gdzie mieli znak, który głosił ‘Rezerwujemy sobie prawo by odmówić obsługi każdemu, kto jest hałaśliwy, bądź nieodpowiednio ubrany’?’. Odpowiedział , że pamięta. ‘Jak sądzisz, dla kogo był ten znak? Nie dla ciebie. Możesz tu wejść z gołym tyłkiem. Nazwą cię ekscentrykiem, ale nic ci nie będzie. Ja wejdę bez krawata i wierz mi, będę ‘nieodpowiednio ubrany’”.

Po sześciu sezonach w Syracuse, Lloyd został wytransferowany do Detroit Pistons, dla których w latach 1958-1960 notował średnio 8,6 punktu i 5,9 zbiórki na mecz. W 1960 roku Lloyd zakończył swoją karierę w NBA.

Osiem lat później Pistons zaoferowali mu posadę asystenta trenera. Został tym samym pierwszym Afroamerykaninem w historii, który pomagał swojemu zespołowi z ławki, a nie na boisku. Trzy lata później, w 1971 roku, został głównym trenerem tej samej drużyny, drugim czarnoskórym w historii, pełniącym taką funkcję w NBA. (Pierwszym był Bill Russell, lecz był on grającym trenerem.)

Widok Afroamerykanina na ławce trenerskiej był sporym zaskoczeniem dla widowni w niektórych halach. Lloyd w swojej autobiografii wspomina o sytuacjach, gdy siedział przed meczem na ławce w garniturze i pod krawatem, a kibice przychodzili i pytali co się stało i czy jest kontuzjowany.

Wielu nie mogło uwierzyć, w końcu przede mną nie było nigdy czarnoskórego asystenta.

Lloyd pierwszym trenerem był krótko, gdyż Pistons pod jego wodzą mocno zawodzili. Nie miał więc do nikogo pretensji gdy go zwolniono. W Detroit pozostał jednak przez pięć kolejnych sezonów w roli skauta.

W 2003 roku spotkał go prawdopodobnie największy zaszczyt jako może spotkać osobę związaną z koszykówką – został wprowadzony do Galerii Sław NBA.

Lloyd współpracował z NBA przy okazji Rookie Transition Program, czyli corocznej serii szkoleń dla zawodników, którzy właśnie zostali wybrani do gry w NBA. Wielu z młodych graczy nie miało nawet pojęcia z kim ma do czynienia.

Earl Lloyd  zmarł w czwartek 26.02 w Crossville, w stanie Tennessee. Miał 86 lat. Świat stracił wspaniałą postać, pioniera, który na zawsze odmienił oblicze amerykańskiej koszykówki.

Zainteresuje Cię również:


Komentarze