ZA WCZEŚNIE SIĘ URODZIŁEM – rozmowa z Jarosławem Jechorkiem

Data:

Jarosław Jechorek to jeden z najbardziej utytułowanych polskich koszykarzy w historii. Jego trwająca przeszło dwadzieścia lat kariera to prawdziwa kopalnia doświadczeń i doskonały temat na lekcję historii poświęconą przeobrażeniom jakie zaszły w koszykówce w ciągu ostatnich kilku dekad. Dziesięciokrotny medalista mistrzostw Polski, uczestnik aż pięciu turniejów Mistrzostw Europy i jednocześnie pierwszy Polak we francuskiej Pro A – przed Wami Jarosław Jechorek.

Grał Pan w wielkich latach koszykówki w Poznaniu, święcił z Lechem ogromne sukcesy. Jak Pan wspomina tamte złote lata 80-te?

Oczywiście to piękne czasy dla każdego z nas, kto wtedy występował w Lechu. Mieliśmy świetną paczkę, zgraną ze sobą i paradoksalnie najbardziej nas scementował spadek z ligi w 1980 roku. Dopiero po tym jak awansowaliśmy rok później, rozpoczęły się nasze sukcesy. Była ciągłość pracy, w prawie tym samym składzie graliśmy cały czas, między innymi oprócz mnie byli wtedy młodzi Tomasz Torgowski, Jarosław Marcinkowski. Oczywiście zawodnicy też odchodzili, ale wynikało to często ze służby wojskowej, więc trzeba było grać na przykład w Śląsku Wrocław i wzmacniać jednocześnie swojego rywala. W Poznaniu była wtedy świetna atmosfera, na nasze mecze w Arenie przychodziły takie tłumy, że brakowało już biletów, koszykówka była ogromnie popularna, a Lech to zawsze było oczko w głowie poznaniaków.

Jeszcze na początku nowej rzeczywistości Lech funkcjonował, zdobywał nawet medale, ale ten stan niebawem radykalnie uległ zmianie.

Rozpoczął się proces transformacji i wiele klubów znalazło się w kryzysie, odcięto dotychczasowe finansowanie i wszystko tak naprawdę rozpoczęło się od nowa, do gry weszły zespoły nie odnoszące wcześniej sukcesów. Przeskok z jednego z systemu do drugiego był duży, my nie mieliśmy wcześniej kontraktów, tylko byliśmy zatrudniani na etacie. W 1990 roku po tym jak zostałem wybrany MVP sezonu w Polsce, wyjechałem na pół roku do Francji. Dzięki przemianom jakie nastąpiły w kraju, mogłem zostać pierwszym Polakiem, który zagrał w tamtejszej ekstraklasie. Oczywiście we Francji wielu naszych wybitnych zawodników występowało już dużo wcześniej jak Mieczysław Łopatka, Bohdan Likszo, Edward Jurkiewicz, ale obowiązujące rygorystyczne przepisy sprawiały, że lądowali oni w niższych ligach. I w tej Francji roczny kontrakt opiewał na kwotę 65 tysięcy dolarów rocznie! Pod względem sportowym i przede wszystkim finansowym trafiłem do zupełnie innego świata.

Będąc mistrzem Polski i wieloletnim reprezentantem kraju dało się wtedy odłożyć z gry w koszykówkę?

Mogę powiedzieć, że za wcześnie się urodziłem. Duże pieniądze pojawiły się w polskiej lidze, gdy już byłem dobrze po trzydziestce, stąd na koszykówce na pewno nie zarobiłem tyle ile mógłbym, gdybym zaczynał grać już w latach 90-tych. W ostatnich latach kariery siłą rzeczy z racji wieku grałem najczęściej w słabszych klubach, więc te pieniądze też nie były już jakieś wielkie, ale pozostawała przynajmniej radość z gry.

Sportowcy w czasach poprzedniego systemu byli w nieco uprzywilejowanej sytuacji, z racji wielu zgrupowań mogliście swobodnie wyjeżdżać w świat. Sporo krąży opowieści jak to wielu z nich zarabiało „na lewo” dzięki przewożeniu przez granicę różnych towarów. Z koszykarzami było podobnie?

Ja w ogóle zacząłem uprawiać koszykówkę, ponieważ lubiłem podróżować, sport był dla mnie świetnym sposobem na poznawanie i zwiedzanie świata. Oczywiście na takie zagraniczne wyjazdy zawsze brało się coś specjalnego ze sobą do torby. Zarobki w Polsce wtedy wyglądały mniej więcej tak, że przeciętny Polak za miesięczną pensję mógł u cinkciarza zakupić 30-40 dolarów.  Niewiele, zwłaszcza, że tylko na sprzedaży jednego litra wódki na Zachodzie była już na czysto przebitka 10 dolarów. Przewożąc więc 50 litrów wódki do Belgii zarabiało się aż 500 dolarów. To było przecież więcej niż przez cały rok zarabiał ten przeciętny Polak, więc pod względem dorobienia sobie do pensji sportowcy stali na uprzywilejowanej pozycji. Dlatego każdy, kto miał okazję, woził na przykład jeansy do Moskwy, wódkę do Brukseli, a kryształy do Paryża. To było wtedy dla wszystkich zawodników całkowicie normalne, po prostu stanowiło dodatkowe, ale bardzo wpływowe źródło dochodu.

I nie wpływało to na koncentrację, skoro z jednej strony w głowie był mecz, a z drugiej sprzedaż przywiezionego towaru?

Na pewno w jakiś sposób to mogło wpływać na zawodnika, że nie tylko mu koszykówka w głowie. Walizki i torby czasami były zapełnione do oporu. Tylko, że byłem od początku do tego przyzwyczajony, każdy, jeśli mógł dorobić sobie w ciężkich latach 80-tych, to postępował podobnie. Na boisku jednak zawsze każdy dawał z siebie wszystko i był profesjonalistą.

Wracając jeszcze do samej koszykówki. Dwukrotnie występował Pan w Zielonej Górze, pierwszy raz w 1992 roku. Jak to się stało, że zawodnik, który jeszcze przed chwila zostawał najlepszym koszykarzem polskiej ligi i pierwszym Polakiem we francuskiej ekstraklasie, wylądował w przeciętnym wtedy Zastalu?

Gdy wróciłem z Francji, Eugeniusz Kijewski, który wtedy był trenerem Lecha, zamierzał postawić na młodych zawodników, a jeszcze wtedy Lech posiadał świetne juniorskie zaplecze. Kijewski miał w składzie Tomasza Jankowskiego, Bartłomieja Tomaszewskiego, Wojciecha Ziółkowskiego, byli jeszcze młodsi Daniel Blumczyński, Dariusz Kondraciuk. Grałem w Lechu przed sezonem na memoriale Lecha Birgfellnera, ale tylko jakieś epizody, dosłownie kilka minut. Wszyscy byli zaskoczeni, że jak to możliwe, że gram tak mało. Wtedy wkroczył dyrektor Czesław Protasewicz i to on namawiał mnie na Zieloną Górę. Na początku sezonu nie mogłem jeszcze grać, bo trwały negocjacje między Lechem a Zastalem, ale w końcu pojawiłem się w składzie i zrobiliśmy wtedy najlepszy wynik w historii Zielonej Góry, który dopiero poprawił w ostatnich latach Stelmet.

W tamtym zespole grał Pan z Gvidonasem Marekviciusem, który dwa lata później grał w reprezentacji Litwy i wywalczył srebrny medal na ME 1995. Jak Pan go zapamiętał?

Gwidon to był bardzo ułożony zawodnik, miał poukładane życie, dla niego zdecydowanie najważniejsza była rodzina. Wtedy za niewielkie pieniądze można było sprowadzić klasowych zawodników zza wschodniej granicy i Gwidon był tego przykładem. Nie był może takim wirtuozem w pełnym znaczeniu tego słowa, ale prezentował bardzo solidny basket, potrafił rzucić celnie z rzędu sześć trójek w meczu i było widać, że ma spore papiery na granie.

W książce Macieja Noskowicza „Droga do złota” bardzo ciepło mówi Pan o Zielonej Górze, o spędzonych tam sezonach.

Za pierwszym razem, gdy zajęliśmy czwarte miejsce, stworzył się fajny klimat, panowała w drużynie bardzo dobra atmosfera, sporo czasu spędzaliśmy też razem poza boiskiem i to przekładało się też później na wyniki. Bardzo miło wspominam tamten sezon, podobnie zresztą jak ten spędzony z drużyną, z którą spadłem później z PLK. Poza tym w Zielonej Górze poznałem wielu fantastycznych ludzi, a samo miasto do życia naprawdę mi się podobało. Nie byłem co prawda tam od dawna, ale sentyment cały czas pozostał.

Jak Zielona Góra, to nie można uciec od tematu żużla. Bywał Pan bywalcem na stadionie przy ulicy Wrocławskiej?

Nie, akurat nie byłem nigdy na meczu żużlowym, ale pamiętam tą zajawkę na ten sport, bo mieliśmy w zespole miejscowych chłopaków, którzy nawet w szatni siedzieli z tym radyjkiem i słuchali relacji na żywo jak tam w jakimś biegu pojechał Brian Karger (śmiech).

Drugi pobyt w tym mieście, czyli sezon 1999/2000 pod względem wyniku sportowego nie był już tak udany.

Miałem już wtedy właściwie zawiesić buty na kołku, ale odezwał się Grzegorz Chodkiewicz, który powiedział w stylu: „Jechor, mam młody zespół i kilku Rosjan, nie chcę, żeby rozłożyli mi go rozłożyli. Potrzebuję Ciebie, żeby był ktoś doświadczony między nimi”. Miewałem nawet jak na swój wiek kilka razy całkiem niezłe występy, ale na końcu i tak spadliśmy z ligi. Zabrakło chyba po prostu trochę jakości, doświadczenia i szczęścia, ale i tak wspominam tamten sezon bardzo miło. W ogóle wszystkie drużyny, w których grywałem w ostatnich latach kariery, wzbudzają we mnie dużą sympatię, bo może nie zarabiało się tam wiele, to wszędzie była atmosfera i odpowiednie podejście do koszykówki.

Spodziewał się Pan wtedy po spadku w 2000 roku, że ponad dekadę później Zielona Góra będzie miała tak mocny zespół jak obecnie?

Wtedy na pewno trudno było takie coś przewidzieć, nikt się tego nie spodziewał Tylko dla mnie ten obecny zespół to żaden Zastal, to jakaś efemeryda, która nie ma nic wspólnego z Zieloną Górą, to jest tylko miejsce pracy dla najemników. Ilu tam gra teraz chłopaków z tego miasta?

Na tą chwilę w pierwszym zespole nie gra żaden.

Otóż to. Nie podobało mi się to też w Poznaniu, gdy występował tutaj zespół PBG Poznań. Nie chodziłem na mecze, bo kompletnie nie utożsamiałem się z tą drużyną. Ciekawie tam grał Damian Kulig, ale on też nie miał nic wspólnego z tym miastem, był przez chwilę i zniknął. Rodowitym poznaniakiem był wtedy tylko Marcin Flieger. Rozumiem zawodników, którzy przychodzą z zewnątrz i byliby chociaż 5-6 lat w jednym zespole, to można mówić o nim już niejako o swoim, ale to co dzieje się w koszykówce obecnie, zupełnie mnie nie przekonuje, jeśli chodzi o budowanie zespołów.

A jak Pan patrzy na kwestię obcokrajowców? Występował Pan jak ich w ogóle nie było, potem stopniowo ich liczba się zwiększała. Jest Pan za jakimiś odgórnymi ograniczeniami?

Najbardziej byłem zwolennikiem układu 2+0, gdzie najczęściej sprowadzono obcokrajowców, którzy rzeczywiście podnosili jakość zespołu, potem już zaczęto na potęgę sprowadzać często przeciętnych „Jugoli” i to mi się już nie podobało. W połowie lat 90-tych praktycznie każdy Amerykanin był znaczącą postacią, no i trzeba powiedzieć, że wraz z nimi pojawiła się w lidze marihuana. Starsi zawodnicy znali tylko wódkę, a tu pojawiła się ganja, dla mnie coś zupełnie nowego i nie wyniszczającego tak jak alkohol.

jarjechorek2

Rok 2000 – mecz w Inowrocławiu

Parę miesięcy temu pisałem tekst poświęcony Adrianowi Małeckiemu (KLIK), który akurat na tej marihuanie wpadł i dostał karę zawieszenia. Też Pan występował z nim w Poznaniu i Tarnowie. Jak on z tamtych występów dał się zapamiętać?

Oj, Adrian… To był niesamowity gość, w ataku gdyby była potrzeba rzucić 40 punktów Lakersom, to pewnie by i to potrafił zrobić. On był trochę takim człowiekiem znikąd, chyba nawet nie występował w kadrach juniorskich, za bardzo nikt go nie znał, aż tu nagle chłopak z Janowca Wlkp. robił w ataku co chciał i to niezależnie przeciwko komu grał, zawsze bez żadnego respektu. Brakowało mu tylko takiej taktycznej ogłady, ale możliwości miał ogromne. A co do marihuany: wpadł Małecki, ale wszyscy w środowisku wiedzieli, że jest ona wszechobecnym zjawiskiem wśród zawodników już nie tylko tych, którzy przybyli ze Stanów.

Palili wszyscy?

Kiedyś, gdy zebraliśmy się na jakimś spotkaniu prywatnym, na dwudziestu koszykarzy, nie paliło ze dwóch-trzech. Powiem wprost: mam jasno określony światopogląd i uważam, że marihuana jak najbardziej w naszym kraju powinna zostać w końcu zalegalizowana, może wtedy skończyłaby się ta cała hipokryzja związana z udawaniem, że nikt z tego nie korzysta. Tak samo jak szopka ze zwalczaniem nielegalnego handlu, który funkcjonuje przecież głównie dzięki obowiązującemu w Polsce prawu.

Mówił Pan o „Jugolach” i zapytam o jednego z nich. Dragan Visnjevac, który uchodził za bardzo specyficzną  i konfliktową osobę i to bardzo delikatnie nazywając, ale Panu chyba dobrze się z nim pracowało?

Na początku tylko o nim słyszałem, że jest trudnym w relacjach furiatem i pomyślałem, że może być mi z nim ciężko pracować. Na początku naszej wspólnej pracy wręcz nie chciałem go wpuścić do autokaru, którym jechaliśmy. Powoli to moje nastawienie zmieniało się na bardziej przyjazne – wytrzymywałem tempo jego ciężkich treningów, dobrze się dogadywaliśmy i mam o nim z okresu wspólnej pracy naprawdę pozytywne zdanie.

Pana kariera klubowa jest bardzo bogata, ale przecież w reprezentacji, choć bez znaczących sukcesów, również zapisał Pan wielką kartę występując na pięciu turniejach Mistrzostw Europy. Chciałbym zapytać konkretnie o turniej z 1987 roku, kiedy wręcz kosmiczne występy zaliczył Nikos Galis. Jak Pan wspomina tego zawodnika? Żaden gracz później w europejskiej koszykówce nigdy już nie zbliżył się do jego ówczesnych zdobyczy punktowych.

Co tu dużo mówić, nawet wystarczy zobaczyć YouTube i już wszystko stanie się jasne. Niesamowity zawodnik, jak nikt inny potrafił wisieć w powietrzu i tak oszukiwał każdego. Był niski, ale wchodził spokojnie pod kosz i w ten sposób zdobywał punkty nawet nad Arvydasem Sabonisem. Te mistrzostwa w 1987 roku to było szaleństwo. Gdy normalnie droga od hali w Pireusie do naszego hotelu zajmowała 15 minut, tak po meczu finałowym Greków, którzy wygrali po dogrywce ze Związkiem Radzieckim, a Galis rzucił 40 punktów, wracaliśmy wtedy dwie godziny, a na mieście działa się istne szaleństwo do rana.

Jechorek6

Mecz Lech Poznań – FC Barcelona w Pucharze Europy

A gdyby wskazać taką najlepszą piątkę rywali, przeciwko którym zagrał Pan w karierze?

Tylu ich było… Ciężko tak na szybko wybrać, ale w moim topie na pewno znaleźliby się między innymi Drażen Petrovic, Arvydas Sabonis, Żarko Paspalj, Sarunas Marciulonis, jeszcze Detlef Schrempf, czyli Ci, którzy poza Europą pokazali się też później z dobrej strony w NBA.

Jak Pan postrzega obecną koszykówkę w porównaniu do tej sprzed ponad dwudziestu lat?

Gra stała się bardzo szybka, wszystkie zmiany przepisów do tego prowadziły, by mecze były bardziej intensywne. Brakuje mi tylko trochę w tym wszystkim takiej improwizacji i nonszalancji u rzucających, bo wszystko wydaje się teraz schematyczne. Trenerzy rozrysowują dokładnie swoje akcje, a wielokrotnie ogranicza to koszykarzy, którzy powinni oddawać więcej rzutów, a zamiast tego tylko głównie biegają. Gdzie są teraz zawodnicy, którzy rzucaliby w Europie po 20 i więcej punktów w meczu?

Nowe pokolenie fanów koszykówki przyzwyczaiło się do bardziej zbilansowanej gry i może już nie wiedzieć, że jeszcze na początku lat 90-tych Polacy zdobywali w lidze średnio ponad 20 punktów.

Mnie ciągle zastanawia, gdzie są wszystkie raporty z meczów, w których przez tyle lat występowałem. Skrupulatnie zapisywał je Alojzy Chmiel, ale nigdzie ich potem nie widziałem.

Jednemu z naszych czytelników PZKosz. nie był w stanie udzielić informacji, kiedy rozegrano pierwszy mecz o Superpuchar, choć miał on miejsce ledwie szesnaście lat temu, więc wątpię, by kiedykolwiek ujawniono statystyki z lat jeszcze wcześniejszych.

Dla mnie PZKosz. to archaiczna struktura, która mogłaby teraz nazywać się Polski Związek Sędziów Koszykówki, tam od lat u władzy widzę przede wszystkim sędziów. Sam mimo swoich wieloletnich występów medal od PZKosz. otrzymałem po cichu dopiero po kilku latach od zakończenia kariery…

Kiedyś na pozycji centra mieliśmy Jechorka, Binkowskiego, Wardacha, później Korytka, Dryję, Szybilskiego. Dziś poza Przemysławem Karnowskim brakuje w Polsce klasowych centrów w młodym wieku. Jako były zawodnik na tej pozycji byłby Pan w stanie coś o nim powiedzieć?

Przede wszystkim widać wyraźnie, że obecnie można koszykówka zmierza do tego, by grać bez klasycznych „kloców”, typowych środkowych. Widziałem w akcji Karnowskiego i na pewno po stylu gry oraz posturze widać, że jest to taki klasyczny center, choć wygląda mi na kogoś, kto może mieć jeszcze problemy z utrzymaniem odpowiedniej wagi. Trenuje jednak w Stanach, a tam potrafią pracować nad ukształtowaniem odpowiedniej sylwetki. Pamiętałem z Polski Jacka Dudę jako chudego i wysokiego chłopaka, ale jak zobaczyłem go po kilku latach treningów w USA, to był zupełnie inny, świetnie zbudowany mężczyzna.

Teraz Karnowski chciałby podążyć śladami Dudy i zostać drugim Polakiem, który zagra w Final Four NCAA.

A z tym wyjazdem Jacka było to tak, że podczas zagranicznego zgrupowania w 1982 roku mieszkaliśmy razem w pokoju, wszystko było już wcześniej przygotowane i trzeba było się tylko zdecydować na wyjazd. Jacek wyszedł z hotelu, wsiadł do czekającej na dole taksówki, odjechał i kilka lat później grał na uczelni Providence w Final Four NCAA. Gdybym się wtedy zdecydował pojechać tą taksówką razem z nim, pewnie wspólnie gralibyśmy na tej uczelni, ale nie myślałem wtedy nad podjęciem takiej decyzji.

Został Pan za to prawdziwą ikoną Lecha Poznań. Czy dziś ten klub kojarzony już wyłącznie z piłką nożną chociaż dba w jakiś sposób o klubową tradycję i wasze sukcesy z przeszłości?

Mogę to głośno powiedzieć, bo nie jestem dziś w żaden sposób związany z Lechem i nie podoba mi się to w jaki sposób ten klub funkcjonuje, mianowicie spółka piłkarska zawłaszczyła całą historię klubu. Na jednym z okolicznościowych spotkań nagradzano sportowców za zasługi dla Lecha i wyróżniono Tomasza Iwana, który występował w Lechu ledwie przez pół roku, a o miejscowych koszykarzach grających przez lata zupełnie zapomniano. O sukcesach, które odnosiliśmy, władze obecnego Kolejorza widocznie nie chcą pamiętać. Mimo tego, że zostawiło się kawał zdrowia i zdobywało się medale, nie mam dziś ochoty odwiedzać tego klubu, wiedząc, że obsługuje tam pracująca od niedawna cizia, która potraktuje mnie jako kolejnego petenta.

jarjechorek1

Lech Poznań w latach 80’tych.

Jest Pan obecnie nieco z boku koszykówki. Nie brakuje dyscypliny, której tyle się poświęciło, tak na co dzień?

Nie, zakończenie kariery pozwoliło mi nieco inaczej spojrzeć na życie, z zupełnie innej perspektywy. W czasach trwania kariery koszykówka dla każdego zawodnika jest taką wielką szufladą, z której się nie właściwie nie wychodzi. Życie wydaje się proste – trening, drugi trening, mecz i tak w kółko. Po zakończeniu kariery widzę, że istnieje też życie poza basketem i może ono być również ciekawe. Dziś pracuję przy targach w Poznaniu i cenię to pracę, bo dzięki niej mogę dalej zwiedzać Europę i podróżować, jeszcze dziś muszę wyjechać do Genewy. Nie wszystko musi się cały czas kręcić wokół koszykówki.

Rozmawiał Piotr Grabowski

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze