Zachwyty, klątwy, problemy. Taki był EuroBasket

Data:

To był najlepszy EuroBasket od… I tu każdy wstawić może cokolwiek według własnego uznania. Kapitalny turniej i jak to często bywa w roku przedolimpijskim, ze zwiększoną mobilizacją i ilością gwiazd. Świetne wrażenia mąci tylko fakt, iż przez kontrowersyjny sposób olimpijskich kwalifikacji i geograficzny klucz za rok w Rio de Janeiro wystąpi w najlepszym wypadku tylko pięć drużyn z Europy. Za mało! Ponadto szkoda, odbiegając już bardziej w przyszłość, że coraz bliżej do zmian, które po 2017 roku sprawią, że najlepszym świętem europejskiego basketu przyjdzie nam delektować się tylko raz na cztery lata. A na co warto zwrócić uwagę w zakończonych właśnie mistrzostwach?

Klątwa gospodarza

Żadne państwo nie kwapiło się, aby przejąć cały EuroBasket 2015 po komplikacjach z Ukrainą. O miejscu organizacji kolejnego turnieju, mimo, że zostało tak niewiele czasu, decyzji jeszcze nie podjęto. Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że to może przez swoistą klątwę, która od lat już dotyka organizatorów. Jedenaście turniejów, dwadzieścia dwa lata – tyle już czasu minęło odkąd Christian Welp zapewnił Niemcom dzięki rzutowi w samej końcówce sensacyjnie zdobyte w Monachium mistrzostwo Europy.

Nikt z późniejszych gospodarzy już tego nie powtórzył, mimo, że okazji ku temu było wiele. Wszystkie potęgi organizowały u siebie EuroBasket od Hiszpanii, Francji przez Serbię, Grecję aż po Litwę i Słowenię, ale za każdym razem czegoś brakowało. Praktycznie poza Turcją w 2001 roku każdy z kolejnych turniejów dla gospodarzy kończył się sporym niedosytem. Podobnie we Francji zostanie uznany „tylko” brązowy medal, który zdobyła przecież drużyna uznawana za najlepszą w historii tego kraju.

Milos „zawsze przegrany” Teodosic

Niewielu jest w Europie takich graczy, którzy byliby w równym stopniu poruszyć publikę, co Milos Teodosic. Dowódca i lider każdego zespołu, w którym występował, postać zarabiająca bajeczne pieniądze i kontynuator najlepszych cech serbskiej szkoły koszykówki i wielkich postaci, które przed nim znajdowały się na samym topie. Gdzieś mimowolnie zawsze przy Teodosiciu będzie przewijał się duch Dejana Bodirogi, który jest też widoczny w przypadku budowania kariery przez Serba.

Jak słynny Bodi, Teodosic też nie pali się do gry w NBA, ale w sprawie osiąganych tytułów 28-latka różnią od Bodirogi lata świetlne. Wydaje się nieprawdopodobne, ale do tej pory mimo łącznie sześciu występów w Final Four Euroligi z Olympiacosem Pireus i CSKA Moskwa, licznych awansów do strefy medalowej na mistrzostwach Europy lub świata, nigdzie na międzynarodowej seniorskiej arenie nie wywalczył jeszcze pierwszego miejsca! A jeszcze po fazie grupowej jedyną wątpliwością wydawało się być tylko to, z kim Serbia zagra w finale. Tydzień później Milos Teodosic nie może być nawet pewny, czy w ogóle przed trzydziestką zdoła zadebiutować na igrzyskach olimpijskich. Jakby tego wszystkiego było mało, na dobitkę w meczu o brąz rzucając dwunastokrotnie nie zdobył ani jednego punktu z gry… Kolejna klątwa?

W Europie nie ma już słabych drużyn

Utarty już slogan, ale prawdopodobnie po raz pierwszy nie musi być wcale używany z powodu kurtuazyjnej poprawności. Faktycznie EuroBasket mimo swojego ogromnego 24-zespołowego nadęcia nie był turniejem dwóch prędkości. Tylko w fazie grupowej odnotowano pięć dogrywek i kolejnych osiemnaście spotkań, w których zwycięstwo danego zespołu nie było wyższe niż pięć punktów. Holandia potrafiła wygrać z Gruzją, Islandia walczyć w dogrywce z Turcją, podobnie jak Finlandia z Francją, a Belgia rozprawiła się z Litwą, która dodatkowo przeżywała katusze w meczu z Ukrainą. Przed mistrzostwami przecież każde z tych spotkań było z serii tych, w których stawiając na papierowych faworytów bukmacherzy dawali zarobić zaledwie jakieś grosze.

Bez wątpienia format mistrzostw w tym roku obronił się w całości i pokazał, że turniej, w którym bierze udział pół Europy, może od pierwszego dnia stać na wysokim poziomie i być pełny meczów na styku. To ogromna siła koszykówki na starym kontynencie, która, jak pokazały ostatnie dwa tygodnie, jest w znakomitej kondycji, a wcześniejszy spory dystans między stałą czołówką a średniakami, wydaje się teraz zmniejszać.

Czas weteranów

Pau Gasol – Jonas Valanciunas. Ten finałowy match-up i jego końcowy rezultat dobrze symbolizuje, to co działo się przez całe mistrzostwa, kiedy głównie kolejni rutyniarze starali się wskazywać miejsce w hierarchii gwiazdkom wkraczającego coraz mocniej na salony młodego pokolenia. Z ćwierćfinalistów poza Czechami w dużym stopniu uzależnionymi od dyspozycji duetu Jan Vesely – Tomas Satoransky i częściowo Łotyszami, trzon pozostałej szóstki oparty był przede wszystkim na doświadczonych zawodnikach przed lub w okolicach trzydziestki. Mimo zaawansowanego już wieku trudno wyobrazić sobie nadal Francję bez Tony’ego Parkera i Borisa Diawa, Grecję bez Vassilisa Spanoulisa, Hiszpanię bez dwójki 35-latków zdobywających medale jeszcze z urodzonym w latach 60-tych Alberto Herrerosem.

Znamienne jest, że we wszystkich turniejach ME w XXI wieku najlepszymi strzelcem zawsze był ktoś z trójki Dirk Nowitzki, Gasol lub Parker. Bardzo prawdopodobne, że ten EuroBasket był ostatnim aktem, który zakończy na kontynentalnym podwórku pewną epokę długodystansowych weteranów będących przez dekadę lub nawet dłużej ikonami koszykarskiej Europy. Turniej za dwa lata powinien być czasem zmiany warty, która w końcu i tak musi nastąpić.

Rosja, Turcja, mamy problem!

W piłce nożnej liga angielska płaci ogromne pieniądze, sprowadza piłkarzy za bajeczne kwoty, ale kompletnie nie przekłada się to na sukcesy drużyny narodowej, a wręcz przeszkadza w ich osiąganiu. Ligi w Rosji i Turcji po części są jak ta angielska Premier League – najlepsze zarobki, nieograniczone możliwości klubów, ale mimo olbrzymich nakładów to kolejny rok, w którym udział drużyn z tych dwóch państw zakończył się przedwcześnie. Nawet bez części podstawowych koszykarzy i z racji gry w grupie śmierci odpadnięcie w 1/8 to dla Turcji wynik w stosunku do dużych możliwości sportowych i finansowych, który nikogo nad Bosforem nie może zadowolić. Rosję mimo rozgardiaszu w tamtejszej federacji na pewno też stać na zdecydowanie więcej niż jedno zwycięstwo w przeciętnej grupie.

Od srebrnych dla Turków mistrzostw świata i brązowych dla Rosji igrzysk olimpijskich miało miejsce ledwie kilka sezonów, a wydaje się jakby minęły od tych wydarzeń lata świetlne. W wielkich klubach występujących prawie w całości w Eurolidze lub Eurocupie Turcy i Rosjanie nie pełnią głównych ról, bywają często zadaniowcami, natomiast w kadrze muszą już pełnić zupełnie inne, większe zadania. Wtedy zaczyna się problem, bo w CV pełno klubowych trofeów, ale na parkiecie po prostu trudno dostrzec jakość kojarzoną z CSKA lub Fenerbahce.

Turcja i Rosja muszą na nowo poszukać swojej tożsamości. W lepszej sytuacji organizacyjnej są ci pierwsi, którzy dysponują również wyskakującymi co rusz utalentowanymi prospektami oraz znakomitymi perspektywami dalszego rozwoju. Przed Sborną ta droga do celu wydaje się dłuższa.

Trenerski status quo

Trenerzy. Oni również rozgrywali swoje szachy podczas turnieju, szczególnie w wielu nerwowych końcówkach. Czołowe federacje nie ryzykowały i na ławce szkoleniowej można było znaleźć przede wszystkim uznane i doświadczone nazwiska, którym nieobca jest ciągłość pracy. Sergio Scariolo wrócił w tym roku do obiegu, ale on doskonale znał kadrę Hiszpanii i zdecydowaną większość składu już wcześniej. Z czołówki Vincent Collet i Simone Pianigiani ze swoimi zespołami pracują od 2009 roku, a Jonas Kazlauskas ma za sobą lata w pracy selekcjonerskiej w kilku krajach.

Z drużyn z nieco niższego pułapu klasycznym przykładem stabilizacji świeci Finlandia ze swoim Henrikiem Dettmannem, ale warto zwrócić uwagę też na Łotwę, której gra na tym EuroBaskecie mogła się akurat podobać. Wszystko umiejętnie tam od pięciu lat układa Ainars Bagatskis, który pozostał na stanowisku pomimo bardzo słabych mistrzostwach w 2011 roku. Od lat o takim trenerskim statusie quo w Polsce można pomarzyć, ale wygląda na to, że szansa na kontynuację pracy z selekcjonerem jest w tym roku największa od dobrych kilku lat.

Stary układ ma się dobrze

W ścisłym topie wiele się nie zmienia, wciąż obracamy się wokół tych samych państw na czele z Hiszpanią, Francją, Litwą. Na fali wznoszącej są efektownie, choć też dość jednowymiarowo grający Włosi, którzy byli o krok od awansu do półfinału, ale i tak zaliczyli najlepszy turniej po srebrnym medalu na igrzyskach w Atenach. W odwrotnej sytuacji wydaje się być Słowenia, która swoją największą szansę na sukces miała w Katowicach, gdyby nie fenomenalny wtedy Teodosic. Później do tego wyniku już się nie zbliżyła, a obecny EuroBasket był dla Słoweńców turniejem praktycznie bez historii. Planowe wygrane z Gruzją, Holandią i Macedonią oraz spodziewane porażki z Grecją i Chorwacją, a na końcu, mimo uniknięcia w 1/8 któregoś z potencjalnych faworytów, koniec turnieju. Jure Zdovc nie ma już tak utalentowanego zespołu, a następców grających przez wiele lat w mocnych klubach jak Erazem Lorbek, Matjaz Smodis, Jaka Lakovic, poza nielicznymi wyjątkami w tej chwili nie widać.

Wrażenie za to  oczywiście może robić wynik Czechów oraz Łotyszy, których awans do ćwierćfinału należy traktować w charakterze niespodzianki. Byłoby nie fair stwierdzenie, że obie reprezentacje znalazły się tam tylko dzięki korzystnej drabince. Czechy i Łotwa w 1/8 pokonały jednak drużyny będące bardziej renomowane od siebie, a wcześniej w grupie również pozostawiły pozytywne odczucia. Jak to bywa jednak w takich sytuacjach, bardzo ciężko takie wyniki ponad stan powtórzyć lub chociaż się do nich później zbliżyć. Doskonale wie o tym coś nasza kadra z 1997 roku, a ostatnio tak zweryfikowani i szybko przywróceni na swoje miejsce zostali Macedończycy i Ukraińcy, po których świetnym występie odpowiednio sprzed czterech i dwóch lat nie ma już śladu.

Kosmiczny nie tylko Gasol

Pau Gasol swoją grą przyćmił wszystkich innych zawodników mistrzostw od Tony’ego Parkera po estońskiego figuranta, Gerta Dorbeka, ale dla jego czterech kolegów te mistrzostwo może smakować równie wyjątkowo. Sergio Rodriguez, Sergio Llull, Rudy Fernandez i Felipe Reyes zgarnęli w tym roku wszystko, co tylko było można. Mistrzostwo i krajowy puchar? Proszę bardzo. Mistrzostwo Euroligi? Jak najbardziej, a na dokładkę jeszcze EuroBasket. Zdobyć cztery takie trofea w ciągu ledwie kilku miesięcy to ogromny wyczyn, na który Europa musiała poczekać długie dwanaście lat. Wtedy po finale… Hiszpania – Litwa Sarunas Jasikevicius zgarnął ze swoją reprezentacją i FC Barceloną pełną pulę.

Zapewne złoty medal będzie miał szczególną wartość dla Sergio Rodrigueza, którego zabrakło w 2009 i 2011 roku i teraz może świętować nie tylko swoje premierowe mistrzostwo, ale jeszcze wybór do pierwszej piątki całego turnieju. Kalendarz wskazuje, że do końca roku pozostało jeszcze 100 dni, ale Pau Gasol, Real Madryt i wszyscy Hiszpanie już na chwilę obecną wykonali swoją robotę w 2015 absolutnie na 100 procent.

Zainteresuje Cię również:


O Autorze

Piotr Grabowski

Z urodzenia mieszkaniec miasta, gdzie męska koszykówka z jej damska odmianą przegrywa na łopatki. Z wykształcenia historyk pamiętający o dokonaniach Walentego Kłyszejki, Witolda Zagórskiego i Mieczysława Młynarskiego.

Komentarze

Jedna odpowiedź